Czarnek „ruskim trollem”? To już tak nie działa

O dziwo nadal nie ustaje narracja polityczna – chętnie powielana przez media – oskarżająca polityków opozycji o sianie prorosyjskiej propagandy. Ostatnio dostało się Przemysławowi Czarnkowi w związku z krytyką władz ukraińskich i polskich oraz stanu ich wzajemnych relacji.
Przemysław Czarnek dwoi się i troi, by w jakiś sposób podebrać elektorat obydwu Konfederacjom. Teraz stara się usilnie wykorzystać sytuację napięć związanych ze sporami historycznymi pomiędzy Polską a Ukrainą. Przyjmuje krytyczny język ugrupowań, które przyjęło się definiować jako „na prawo" od PiS. Pomaga mu w tym prezes Jarosław Kaczyński, wzywając z pomocą stosownego projektu uchwały, by nie przyjmować Ukrainy do Unii Europejskiej, jeśli ta nie rozliczy się z banderyzmem.
Zareagowała na to stacja TVN24, która piórem Patryka Michalskiego wytknęła Czarnkowi powielanie rosyjskiej propagandy antyukraińskiej. Jak to zazwyczaj bywa z tego typu zarzutami, mogą one uderzyć w każdego, kto ma krytyczne spojrzenie na Ukrainę i jej relacje z Polską. A dotyczy to wcale niemałej części Polaków.
Nie jest też tak, że winą za pogorszenie relacji Polaków z Ukraińcami można obarczyć polityków. Wygłaszane przez nich opinie, nawet najbardziej radykalne, zapewne wpływają na poglądy jakiejś grupy ludzi, ale relatywnie niewielkiej. Zazwyczaj społeczne konflikty mają głębsze podłoże.
Doskonale widać to w cyklicznych badaniach dr. Roberta Staniszewskiego z Uniwersytetu Warszawskiego, sprawdzającego rok rocznie, co Polacy sądzą o Ukraińcach. W mediach głównego nurtu niewiele się o nich mówi, wszak prościej – jak to zrobił Michalski – wziąć do ręki raport NASK dotyczący ruskich narracji propagandowych i nałożyć na nie kilka wypowiedzi Czarnka. Robota skończona, można wyłączyć laptop i zgarnąć wierszówkę.
Co zatem zmieniło się w postawach Polaków wobec Ukraińców? I jak to wpływa na oczywistą zmianę narracji PiS i Przemysława Czarnka wobec relacji polsko-ukraińskich?
Czego boją się Polacy?
Badania dr. Staniszewskiego nie pozostawiają wątpliwości, że stosunek Polaków do Ukraińców pogarsza się. Badacze interpretują to przede wszystkim zaniknięciem efektu tzw. dobrego samarytanina. Zaraz po 24 lutego 2022 roku ogromna część Polaków wspierała Ukraińców na różne sposoby. Trwało to pewien czas, ale wreszcie nadeszła „proza życia” i nakładające się na nią polityczne spory.
Pierwsza poważna erupcja nastąpiła w październiku tego samego roku, wraz z głośną tragedią w Przewodowe, gdy zabłąkana ukraińska rakieta zabiła dwóch Polaków. Władze ukraińskie negowały swój błąd i do dzisiaj się do niego nie przyznały.
W każdym razie stosunek Polaków do Ukraińców jest zdecydowanie bardziej negatywny lub – ktoś mógłby powiedzieć – urealniony względem entuzjazmu dla wspólnego braterstwa, jaki zapanował zaraz po wybuchu pełnoskalowego konfliktu. Co ciekawe, więcej negatywnych ocen mniejszości ukraińskiej w Polsce jest po stronie zdeklarowanych wyborców PiS i Konfederacji. Stąd zapewne Przemysław Czarnek wykorzystuje okazję, by zaznaczyć swój radykalny krytycyzm wobec Ukrainy. Krytycyzm, który – dodajmy – stał się tak radykalny stosunkowo niedawno. Gdy bowiem PiS rządził, podobnie jak obecna koalicja, unikał konfrontacji z Kijowem, czego najlepszym przykładem było wyraźne zakłopotanie polskich władz dotyczące tego, w jaki sposób obchodzić 80. rocznicę krwawej niedzieli na Wołyniu w lipcu 2023 roku.
Co ciekawe jednak, Polacy znacznie przychylniej patrzą na Ukraińców mieszkających na Ukrainie niż w Polsce, co sugeruje nieco inny problem, niż zarzucany nam głównie przez liberalne media – szczególnie ostatnio – szowinizm. Obawiamy się bardziej fal migracji i konieczności udzielania im kolejnej pomocy, niż samej pomocy Ukraińcom na miejscu, w ich kraju. W bardzo dużym stopniu nowej fali uchodźców ukraińskich chciałoby pomóc jedynie 14 proc. osób badanych. Może się to łączyć z obawą Polaków, że zostaną zmuszeni do poniesienia dodatkowych kosztów, a przecież nasze ambicje sięgają daleko – chcemy się dorabiać, przegonić Zachód, zbudować CPK. Socjał niekoniecznie jest tym, co obecnie lubimy najbardziej.
Dlatego chętniej pomożemy ukraińskim żołnierzom w walce z rosyjskim agresorem niż uchodźcom tutaj, na miejscu. Poparcie dla pomocy militarnej co prawda maleje z roku na rok, ale nadal utrzymuje się na dość wysokim poziomie. O ile w lutym 2022 roku taką pomoc popierało 54 proc. badanych, o tyle w listopadzie 2025 było to 44 proc. Pomimo licznych sporów polityków i publicystów oraz rosnącej świadomości dotyczącej skali korupcji na Ukrainie, przez ponad trzy lata, jakie minęły od wybuchu wojny do omawianego tutaj badania, odsetek osób popierających pomoc wojskową spadł „jedynie” o 10 proc.
To pokazuje wyraźnie, że Polacy są raczej realistami. Tym bowiem, co dzisiaj służy Polsce jest wiązanie rosyjskich wojsk na wschodniej Ukrainie. Daje nam to czas na przygotowanie własnych sił zbrojnych nie tyle do wojny z Rosją, ale do skutecznego odstraszania agresywnego sąsiada. Nie sądzę też, by spadek poparcia dla tej pomocy był efektem sporów politycznych. Możemy jednak założyć, że ludzie czytają media, interesują się co nieco światem i są świadomi, że pomoc ta nie zawsze jest efektywna. Widać to w wypowiedziach osób badanych przez zespół dr. Staniszewskiego. Nierzadko powtarzany komentarz brzmiał krótko: „nie może być tak, że nasz sprzęt się ulatnia, a my zostajemy z niczym”.
Zasadniczo Polacy są świadomi wielu problemów w relacjach polsko-ukraińskich, znakomicie zdają sobie sprawę z obciążającej naszych sąsiadów winy za rzeź wołyńską, stąd narracja Przemysława Czarnka wydaje się obliczona na skuteczne pozyskiwanie części, niezadowolonego ze stanu relacji polsko-ukraińskich, elektoratu. Szczególnie, że PiS przez długi czas krytykowany był za swój przesadny entuzjazm wobec Kijowa, by przypomnieć tylko często powtarzaną wypowiedź Łukasz Jasiny, rzecznika MSZ w czasach, gdy rządził nim Zbigniew Rau, że Polska „jest sługą narodu ukraińskiego”.
Stara śpiewka
Nie sądzę też, by nieustanne oskarżanie PiS-u czy obydwu Konfederacji o prorosyjskość było skuteczne. Częściowo rozumiem tę prymitywną metodę partii Donalda Tuska i sympatyzujących z nim mediów, obliczoną na to, by za wszelką cenę przykleić coś z putinizmu politycznym przeciwnikom. Sądzę jednak, że to – podobnie jak inne propagandowe „czar mary” – działa wyłącznie na bardzo wąski, twardogłowy elektorat.
Dziennikarka Karolina Olejak w książce „Nienawidzę ich!” pokazała, że także osoby deklarujące liberalny światopogląd, choć nie przyznają się do tego wprost, mają swoje lęki związane z napływem uchodźców z Ukrainy. Chodzi o poczucie zagrożenia związane z ich ekonomicznym awansem kosztem Polaków. To naturalny odruch, świadczący o pewnym poczuciu wspólnotowości kulturowej Polaków, nawet tych, którzy deklaratywnie odrzucają takie pojęcia jak naród. Wszak w pierwszej kolejności dbamy o siebie i swoich bliskich, później o nasze najbliższe otoczenie a następnie o naszą wspólnotę narodową. W dalszej kolejności dopiero o pozostałych. Obawy związane z „ekspansją” ukraińskich przybyszów, nierzadko dysponujących większymi możliwościami finansowymi niż Polacy, są zatem reakcją całkowicie naturalną.
Nie wierzę, że „stara śpiewka” w postaci miotania oskarżeń o prorosyjskość wpływa w jakiś istotny sposób na Polaków. Przypomina bardziej jakiś rytualny i zaplątany gdzieś w mailach od rzecznika rządu przekaz dnia lub gapiostwo szefów redakcji liberalnych mediów, którzy nie zdążyli jeszcze zorientować się, że to już po prostu nie działa.
Tomasz Figura







