Gwiezdne Wojny: czyli o deprawacji dzieł wielkich

redakcja.jpg
Autor:
Jakub Majewski
forum-0428449367_02.jpg
Fot. Daniel Pach / Forum

Nie, to nie jest spóźniona o dwa tygodnie recenzja Mandalorian i Grogu, czyli najnowszego filmu z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Owszem, widziałem film. Owszem, film stał się przyczyną dla niniejszego artykuły. Ale nie jest to recenzja, bo… po co recenzować film, który nikogo nie obchodzi? I doprawdy, trudno o większy upadek dla Gwiezdnych Wojen niźli ta obojętność właśnie. A przecież tu chodzi o coś niegdyś wielkiego!

Gwiezdne Wojny to epicka hybryda. Z jednej strony, oto archaiczna, mityczna struktura fabularna, schemat tzw. Wędrówki Bohatera opisywany przez amerykańskiego badacza Josepha Campbella, czyli cyklu w którym młody bohater niechętnie wyrusza w świat, ponosi porażkę po porażce, aby w końcu nauczyć się, aby przejść przez kolejne próby, aby zmierzyć się z największym swym strachem, i ostatecznie zwycięsko powrócić do domu. Z drugiej zaś strony, jest tu nowoczesna forma i futurystyczny sztafaż, nawet jeśli z potężną dawką magicznej fantastyki. Są statki kosmiczne i lasery, są nowoczesne efektami specjalnymi. To z połączenia tych dwóch aspektów – błyskotliwej futurystyki i efektów, oraz mitycznej struktury i archetypów wyłoniło się coś naprawdę wyjątkowego. Owszem, niektórzy będą mówić z ostentacyjną pogardą, że Gwiezdne Wojny to głupawa bajeczka dla naiwnych, że nigdy nie było czym się zachwycać. Jest to jednak bzdura. Gwiezdne Wojny były niegdyś wybitnym arcydziełem, wielkim cyklem, wielkim mitem na nowo opowiedzianym. Toteż upadek tego mitu – i innych – jest autentycznie godny pożałowania. Bo ludzie potrzebują mitów. Potrzebują inspiracji by wyrastać ponad siebie i ponad swoje możliwości. Śmierć mitu dotyka całe społeczeństwo. Śmierć mitu odziera z nadziei. A nam już tak niewiele tych mitów zostało.

Czym były Gwiezdne Wojny?

Był czas, gdy Gwiezdne Wojny były nie tylko mitem, ale wielkim eposem. Zaczęło się dawno temu, w odległej galaktyce, od historii jednego młodego chłopca który odkrywa w sobie Moc, i używa jej aby pokonać najgroźniejszą broń złowrogiego Imperium, historii inspirowanej – i równie absurdalnej w wielu aspektach – dawnymi amerykańskimi serialami z lat 30-tych takimi jak Flash Gordon. Sukces filmu był ogromny, i jego reżyser natychmiast przystąpił do produkcji kolejnej części – przy czym, przed jej powstaniem, do tytułu pierwotnego filmu dopisał słowa: Epizod Czwarty. Tak oto stworzył wrażenie, że to co obejrzeli widzowie nie było li tylko początkiem cyklu, ale jego środkiem. Dalsze części były więc częściami piątą i szóstą. I tu odkrywamy – przepraszam, jeśli ktoś nie oglądał tych liczących już blisko pół wieku filmów, to niestety nie da się podjąć tego tematu bez zdradzenia różnych szczegółów – że poza prostą fabułą filmów opowiadających o bohaterskim Luke’u Skywalkerze i o tym jak pokonał Imperium i złowrogiego Imperatora, w tle ukrywa się dłuższa, tragiczna historia Anakina Skywalkera, wielkiego rycerza, który skuszony przez zło, upadł, stając się głównym sługą Imperatora, i narzędziem zniszczenia dawnej Galaktycznej Republiki. I że historie ojca i syna razem dobiegają końca, gdy miłość do odnalezionego syna pozwala Anakinowi podnieść się z upadku, tak że to on ostatecznie, z poświęceniem własnego życia, pokonuje Imperatora – ale robi to dzięki bohaterstwu swego syna, który nie uległ pokusie i nie podniósł ręki na własnego ojca. Tak: to nie lasery i miecze i statki kosmiczne, ale relacja ojciec-syn jest w centrum tej historii.

Nic dziwnego, że zarówno widzowie, jak i twórca, chcieli zobaczyć co właściwie doprowadziło bohaterów do tego punktu – zobaczyć tragiczny upadek Anakina i Republiki, okoliczności narodzenia jego syna. Prawie dwadzieścia lat minęło, nim George Lucas nareszcie nakręcił Epizod Pierwszy, a potem w kolejnych lat drugi i trzeci, aby w ten sposób dopełnić cały cykl. Te nowe filmy – tzw. trylogia prequeli – zdecydowanie ustępowały jakością dawnym dziełom Lucasa. Choć efekty specjalne były lepsze niż kiedykolwiek, scenariusze i warstwa aktorska pozostawiały wiele do życzenia. Trudno zresztą żeby filmy te nie zawiodły, choćby były idealne: tak długo czekano na nie, a każdy widz miał w głowie własne domysły jak wyglądały tamte legendarne wydarzenia. To było pierwsze pęknięcie eposu – okazało się, że początki nie zawsze należy pokazywać zbyt dosłownie, bo można uszkodzić mit.

Zróbmy to razem!

Niemniej, prequele można bronić jako dzieła epickie, bo mimo swoich ewidentnych wad, zawierają wielkie bogactwo – chociażby tego, w jaki sposób kolejne filmy czynią wizualne aluzje do swoich odpowiedników z pierwszej trylogii, jak wydarzenia powtarzają się w formie rymu, w innym kontekście i z innymi bohaterami, co niejeden raz daje widzowi przeczucie że wie co teraz się wydarzy, nie w sensie przewidywalności (choć to czasem też), ale w sensie napiętego oczekiwania na to, co nieuniknione. Można bronić wielkości tych filmów. Ale gorzej z tym, co nastąpiło potem… i następowało równolegle w tle.

Od eposu do franczyzy

Żyjemy w czasach, gdy nie liczy się już w kinie pojedyncza fabuła. Liczy się całe uniwersum, pieczołowicie tworzone przez niezliczonych światotwórców. Wiem coś o tym – wykładam o światotwórstwie na uniwersytecie, i proszę mi wierzyć, bogata jest literatura zarówno teoretyczna jak i praktyczna, tak jak bogate są niezliczone przykłady zarówno udanych jak i nieudanych światów. I choć może ktoś takie wrażenie odniesie, kategorycznie nie jest moim celem krytykowanie tej tendencji światotwórczej do rozszerzania swoich kreacji ponad wszelką miarę. Czyż miałbym odmówić Tolkienowi prawa do pisanie kolejnych fragmentów swojego wielkiego legendarium, tak wielkiego, że dopiero jego syn zdołał wydać pośmiertne dzieło ojca? Sam Tolkien zresztą był i pozostaje kluczowym teoretykiem i apologetą światotwórstwa, broniąc prawa ludzi do fantazjowania, do uciekania przed szarą rzeczywistością do świata mitów. Mówił Tolkien: któż miałby pretensje do więźnia, że nie mogąc wydostać się z celi, marzy o niedostępnym świecie za kratami? Tak, bronię światotwórstwa, choćby i w nadmiarze – ale tylko dopóty zachowuje ono celowość, dopóty tworzony świat ma swoje wartości. To zaś kończy się zwykle, gdy w grę wchodzą pieniądze, gdy twórcy przestają tworzyć z zamiłowania do swej historii, a zamiast tego, popycha ich dalej chęć powiększenia nienasyconej franczyzy. Gwiezdne Wojny nie są ani pierwszym ani jedynym przykładem takiego upadku, ale są szczególnie wybitnym. Myli się bowiem ktoś, kto sądzi że to Disney zniszczył tę serię swoimi poronionymi tworami, zwanymi Epizodami siódmym, ósmym i dziewiątym. Owszem, o jakości tych filmów nic dobrego powiedzieć się nie da. Ale one jedynie dopełniły tragedii, która rozwijała się już od… właściwie, samego początku. Mało kto dziś przecież pamięta Star Wars Holiday Special wyprodukowany niemal natychmiast po pierwszym filmie – i niech tak zostanie. Oczywiście, Lucas nie miał z tym tworem nic wspólnego – ale przecież pieniądze za prawa zainkasował. Potem uniwersum rozrastało się coraz to kolejnymi dziełami – książki, słuchowiska, gry cyfrowe, filmy poboczne, seriale telewizyjne animowane i zwykłe, i tak dalej, aż po dziś dzień. Każde takie dzieło, o ile nie stanowiło literalnej adaptacji jednego z filmów, opowiadało jakąś drobną historię która czasem była dobra, czasem zła, ale zawsze była… zbędna, bo nic nie wnosiła do centralnej sagi Skywalkerów. Każde dzieło również poszerzało świat, dodając kolejne lokacje, kolejne postaci, sprzęty, fragmenty historii czy mitów. Bywały dzieła udane, bywały mniej udane, bywały fatalne. Wszystko to stanowiło kolorowe tło dla sagi Skywalkerów, odpowiadało na pytania o pochodzeniu tego czy innego bohatera, o tym co się z kimś tam stało po filmie, między filmami, i tak dalej. Nie było w tym nic złego, ponieważ dzieła te doskonale wiedziały że są zbędne – więc zapoznawali się z nimi zapaleni miłośnicy uniwersum, a reszta świata je ignorowała.

Ale potem nadeszła era Disneya, i owej nowej trylogii. Gdy Disney zakupił markę Gwiezdych Wojen, potraktował ją właśnie jako markę – jako zestaw produktów, które mają napędzać sprzedaż kolejnych produktów, a co gorsza, które mają epatować „współczesnymi” wartościami, dalece odmiennymi od tego, co prezentował tamten dawny epos. W obliczu finansowo udanej, choć mocno krytykowanej przez fanów trylogii, Disney zaczął zasypywać rynek kolejnymi filmami i serialami – ale już nie przemyślanymi jako drobne przystawki dla tych którzy chcieliby spędzić więcej czasu wśród Gwiezdych Wojen, lecz jako dania główne. Z wykwintnej restauracji serwującej dzieła sztuki zrobiono podrzędnego fast-fooda, bezczelnie udającego dalej ową wykwintność, ale nie oszukującego nikogo.

I tak oto doszliśmy do dnia dzisiejszego – do owego Mandaloriana, filmu który stanowi nijaki, nic nie znaczący dopisek do serialu, obracającego się wokół postaci która zupełnie nie musiała istnieć, i wokół wydarzeń które nikogo nigdy nie obchodziły. Sam serial generalnie oglądało się przyjemnie – był niezobowiązujący, ale do pewnego momentu całkiem dobry. Kiedy jednak postanowiono nie robić czwartego jego sezonu, a z zaplanowanej tegoż sezonu fabuły sklecić jeden film, absurdalność sytuacji sięgnęła zenitu. Każdy bowiem serial stara się zaczynać i kończyć mniej więcej w tym samym miejscu, aby bohaterowie, pokonawszy wielkie wyzwania, mogli stanąć gotowi do kolejnego sezonu kolejnych podobnych wyzwań. Sednem telewizji jest ciągłość i, uogólniając, brak zmian, aby widzowie zawsze mogli wrócić do oglądania i nie martwić się co przegapili. Sednem filmu zaś – zwłaszcza budowanego w uniwersum epickim – powinna być wielka przemiana. Bohater nie ma prawa na końcu być tym, kim zaczął. Mandalorian i Grogu pod tym względem, jako przeróbka serialu, zawodzi zupełnie. Jest to film, który każdego niemal pozostawi obojętnym – film, który można obejrzeć… albo i nie, i zupełnie nic nie tracić.

Filmem tym, Gwiezdne Wojny upadły na dno ostateczne. Dno nie polaryzacji, nie niechęci do tego czy innego nieudanego filmu, nie złości ze strony fanów. Dno obojętności. Ale nie tylko Gwiezdne Wojny. Wiele jest innych światów – franczyz – zmierzających w tym samym kierunku, zniszczenia przez nadprodukcję, przez nadmierną koncentrację na dodawaniu szczególików do świata, zamiast budowania sedna tegoż świata, budowania mitu i fantazji. I owszem, wiele można powiedzieć o problemach jakościowych, o wielkim ideologicznym zjawisku wokeness, feminizmie, trawestacji dawnych wartości, i tak dalej – ale naprawdę, choćby i tego wszystkiego nie było, na końcu i tak zostanie wielkie śmietnisko.

Czy potrafimy jeszcze uszanować epos?

Za czym bowiem ma dziś tęsknić ów Tolkienkowski więzień? Logika wielkich franczyz, choćby i realizowanych z kunsztem – nakazuje podtykać temu więźniowi nie cudowne krajobrazy i porywające historie, ale trywialne historyjki, dodające szczegóły, odpowiadające na pytania które miło czasem zadać, ale które bynajmniej nie potrzebują „oficjalnej” odpowiedzi. Logika wielkich franczyz nakazuje ciągle przedłużać, nigdy nie dawać satysfakcji zakończenia – każde pokonane zło musi powrócić, odrodzić się, przeistoczyć, aż do rychłego znudzenia. Logika wielkich franczyz nakazuje uporczywie wypełniać wszystkie białe plamy na mapie, te majaczące na horyzoncie wyspy i góry – miejsca o których sam Tolkien mówił, że gdyby autor opowiedział co tam jest, musiałby natychmiast wymyślić kolejny horyzont, z jeszcze bardziej niedostępnymi miejscami, aby wyobraźnia dalej mogła być poruszana brakiem wiedzy.

Wszystko to zabija epos. Mało kto wie, że po zakończeniu Władcy Pierścieni, Tolkien podjął próbę pisania kontynuacji, o roboczym tytule Nowy Cień. Rychło jednak porzucił to dzieło, napisawszy bodajże jeden rozdział. Nie potrafił bowiem uzasadnić co ta książka miałaby wnieść, skoro Władca Pierścieni był punktem kulminacyjnym całego jego eposu, a cokolwiek by przyszło potem, musiałoby być po prostu bardziej mdłe? Albo czy Odyseja zyskałaby cokolwiek, gdyby po niej przyszedł serial, opowiadający jak to Odyseusz żyje na Itace i odpędza bandytów, a czasem jakaś burza go zepchnie z kursu na parę dni? Albo czy pomogłoby Iliadzie, gdyby jakiś nieszczęśnik dopisał historię pierwszych dziewięciu lat oblężenia, które epos po prostu pominął jako nieistotne dla fabuły?

Epos to dzieło wielkie, bo niedopowiedziane, bo skoncentrowane na tym, co wielkie i kluczowe. Dzieło, które wie też kiedy zejść ze sceny, nim jego czystość nie zostanie złamana przez zbędne szczegóły, nim dramatyzm wyobrażonej przeszłości nie zostanie nadpisany wydarzeniami opowiedzianymi sprawnie, lecz nieporównywalnie gorzej od wyobrażenia. Epos porusza właśnie przez to że dając nam świat niepełny, zaprasza nas do wnętrza nie żeby konsumować produkt, lecz żeby współtworzyć go w swej wyobraźni.

Zniszczono Gwiezdne Wojny – i wiele innych dzieł. Świat franczyz odziera nas z dzieł wspaniałych, które nas podnosiły na skrzydłach nadziei i wyobraźni. Ale jeszcze nic straconego. Bo jak powiedział Tolkien – twórczość, jakkolwiek byśmy jej nie nadużywali, pozostaje naszym prawem, wielkim Darem Bożym, pozwalającym nam naśladować Stwórcę. Na podrzędne, wyprane z wielkości, franczyzy, naszą odpowiedzią winny być nowe kreacje, które na nowo przemówią do naszej wyobraźni, na nowo natchną nas nadzieją.

Jakub Majewski

redakcja.jpg
Autor:
Jakub Majewski
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: