Hanna Dobrowolska: Reformy Nowackiej mają zrobić z uczniów analfabetów

forum-1110716649_800x460.jpg
Fot: Jacek Szydłowski / Forum

Opór społeczny i protesty oraz staranna lektura dokumentów dotyczących szkodliwych reform edukacji, mają sens. W ten sposób często wybijamy przeciwnikowi broń z ręki – mówi Hanna Dobrowolska, koordynator Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły. 

 

Jak podsumowałaby Pani kończący się właśnie rok szkolny w polskiej oświacie?

Zróbmy to razem!

Powiedziałabym, że mamy do czynienia z pokazem skrajnej arogancji, ignorancji i buty minister Barbary Nowackiej, która oceniana jest w tej chwili w kategoriach najgorszego ministra. Znalazło to zresztą swój wyraz w liczbie podpisów pod czterema petycjami internetowymi dotyczącymi polskiej szkoły. Łącznie jest ich w tej chwili około 200 tysięcy. To głosy sprzeciwu wobec jej decyzji oraz wyrażone wprost poparcie dla opinii, że minister Nowacka powinna odejść ze stanowiska – deklaracji w tej konkretnej sprawie jest już ponad 70 tysięcy.

Wydaje mi się jednak, że najistotniejszy opór wobec polityki MEN miał miejsce wówczas, kiedy do końca września ubiegłego roku – a zatem u progu kończącego się dzisiaj roku szkolnego – deklaracje rezygnacji z uczestnictwa dzieci w zajęciach tak zwanej edukacji zdrowotnej złożyło ponad 70% rodziców.

Jak mówią dane, spośród pozostałych 30% uczniów, którzy nie zostali wypisani z tego przedmiotu, uczęszczało na te nieobowiązkowe zajęcia około połowy. Zatem łącznie 15% zwolenników pomysłów Nowackiej to jest zdecydowanie za mało, ażeby miała ona prawo, kierując się swoją „odwróconą logiką” uczynić ten przedmiot obowiązkowym. Jak zapowiada, ma to nastąpić już po wakacjach, od 1 września. To wybitny przykład nowej lewackiej „logiki”, która wyciąga wnioski przeciwne do tych, które nasuwają się po analizie faktów.

Wspomnianą tu całą kampanię sprzeciwu rodziców oceniam jako jeden z ważniejszych gestów prezentujących naszą obywatelską autonomię i jednocześnie chęć obrony własnych dzieci przed zagrożeniami. Rodzice odczytali je jasno, uświadamiając sobie skutki wprowadzenia tak zwanej edukacji zdrowotnej i to, jak daleko brnie ona w stronę stricte ideologiczną, naruszając prawa do wolności wychowawczej.

Druga kwestia, która jest absolutnym, ciągnącym się już od wielu miesięcy skandalem, to faktyczne prześladowania uczniów za wiarę. Chodzi o utrzymanie dyskryminujących zapisów dotyczących lekcji religii, a skierowanych wprost przeciwko uczniom wierzącym, i to pomimo orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przypomnijmy, że uznał on redukcję lekcji religii o 50% za absolutnie niekonstytucyjne. MEN utrzymuje też decyzję o niezaliczaniu ocen z lekcji religii do średniej z wszystkich przedmiotów. I tutaj z kolei przypomnijmy akcję „Tak dla lekcji religii lub etyki w szkole” i pół miliona podpisów pod obywatelskim projektem ustawy w tej sprawie. To wielokrotnie więcej niż liczba wymagana aby inicjatywa trafiła pod obrady Sejmu. Cały sposób procedowania tego projektu ustawy zakrawa na dyskryminację, wręcz jakiś rodzaj szowinizmu. Na jednym z ostatnich posiedzeń komisji edukacji zerwano obrady, a poseł Krystyna Szumilas, była minister, demonstracyjnie utrąciła dalsze procedowanie projektu obywatelskiego.

Pomimo tej postawy rządzącej koalicji mamy jednak do czynienia z wielkim oporem społecznym i z jasną wyrażaną deklaracją tego, czego rodzice od polskiej szkoły by sobie życzyli.

 

Wymienione kwestie nie wyczerpują jednak problemów generowanych przez władze oświatowe…

Niestety nie i chcę tu zwrócić uwagę na całą masę przepisów, które już weszły w życie w kończącym się roku szkolnym bądź też zostaną uruchomione począwszy od 1 września. One, niestety ugruntowują proces destrukcji polskiej edukacji. Mam na myśli kilka bardzo istotnych tematów dotyczących rozmaitych dziedzin.

Pierwsza kwestia odnosi się do prac domowych. Została ona ostatnio, według minister Nowackiej rozstrzygnięta w postaci nowego rozporządzenia, wydanego mniej więcej przed miesiącem. Ponoć wychodzi ono naprzeciw szeroko zgłaszanym postulatom przywrócenia prac domowych w szkołach. Tymczasem założenia tej decyzji są dokładnie odwrotne, bowiem nakłada ona obowiązki nie na uczniów, lecz na nauczycieli.

Może brzmi to groteskowo, ale tak jest w istocie. Mianowicie każda wykonana przez ucznia praca domowa – o ile zechce on ją wykonać, bo nadal takiego obowiązku nie ma – musi być sprawdzona przez nauczyciela. Taki wymóg nigdy dotychczas w polskiej szkole nie obowiązywał. Zadania domowe sprawdzane były losowo, w różnych kontekstach; czasami wszystkie, czasami wybiórczo. W każdym razie Karta nauczyciela gwarantowała nauczycielowi autonomię decyzji w tej materii, która wchodzi w zakres metodyki jego pracy. Tutaj zaś narzuca się wszystkim pedagogom taki obowiązek i on jest wprost zapisany w rozporządzeniu.

Tymczasem uczniowie nadal nie są objęci obowiązkiem wykonywania poleceń nauczyciela, który może jedynie proponować zadania. Nie może natomiast uczniów zmusić do ich realizacji. Mamy więc karykaturę słynnego rozporządzenia o pracach domowych, opiniowanego przez Instytut Badań Edukacyjnych, poddanego przez wiele miesięcy badaniom, rekomendacjom i tak dalej. W efekcie minister zaproponowała nam taką właśnie konkluzję. To kolejny przykład lewicowej, odwróconej logiki, o której mówiłam wcześniej.

Następna sprawa dotyczy sztandarowego obecnie argumentu MEN – że ministerstwo słucha rodziców. Kwestię tę podnosi się nawet w oficjalnym liście na zakończenie roku szkolnego. Oto mianowicie resort usłyszał głos rodziców, którzy oczekują zakazu stosowania smartfonów i innych urządzeń elektronicznych na terenie szkół, zarówno w czasie lekcji, jak i przerw. I wprowadzone zostało rozporządzenie, które te kwestie reguluje, tyle, że pozornie. Po pierwsze, co najmniej połowa szkół w Polsce wprowadziła taki zakaz wraz z przepisami wykonawczymi już w ramach swoich własnych statutów. Nie jest to więc żadne specjalne novum. Od ministerstwa oczekiwano natomiast ujednolicenia standardów postępowania na terenie całej Polski, we wszystkich placówkach edukacyjnych. Tymczasem zgodnie z tym rozporządzeniem, najbardziej ogólnym, cała procedura wykonawcza pozostawiona została do decyzji dyrektorów szkół. Nie wykonano żadnego kroku, który umożliwiłby praktyczną realizację tego rozporządzenia. Nauczyciele wprost podkreślają, że nie mają w tej chwili możliwości zabrania telefonu z rąk dziecka, które korzysta z urządzenia na lekcji. Nie ma bowiem procedury, która umożliwiałaby pedagogowi ochronę, na przykład przed zarzutem pozbawienia ucznia własności. Więc mamy tu do czynienia z kolejną farsą: wydawane jest rozporządzenie, które MEN niesie jak na sztandarze, a w praktyce szkolnej cała pierwotna idea zostaje całkowicie zagubiona.

Być może zresztą temu właśnie mają służyć te rozporządzenia – ażeby nie były wykonywane, albo były wykonywane opacznie, albo żeby w ogóle niczemu nie służyły i taka jest ich istota. Sądzę, że tak właśnie jest.

 

KROPS zgłosił w tych dniach obszerne uwagi do ustawy o prawach i obowiązkach ucznia.

To następna, bardzo istotna sprawa. Ustawa leży u prezydenta, a my czekamy na jego – mam nadzieję – weto. Nowe prawo zawiera bowiem długą listę bardzo szczegółowych, różnych problemów, niezwykle niebezpiecznych dla normalności i dyscypliny w szkołach.

Został tam na przykład umieszczony zapis o powołaniu nowej funkcji rzecznika praw ucznia. Ma on prawo ingerowania w strukturę działań szkoły właściwie na każdym poziomie. Za krajowym rzecznikiem w kolejnych latach pojawią się następne etaty. Będą to rzecznicy wojewódzcy i szkolni. Ich identyczne prerogatywy mają być egzekwowane pod pozorem obrony praw ucznia – zresztą zawartych w katalogu otwartym, z możliwością dowolnego rozszerzania w poszczególnych szkołach, w przeciwieństwie do ustawowo zamkniętego zakresu obowiązków.

Możemy w związku z tym spodziewać się zupełnie kuriozalnych zapisów, które umożliwią uczniom właściwie wszystko, a odbiorą narzędzia dyscyplinujące dyrektorom szkół i nauczycielom.

Tak się stanie np. w zakresie wyglądu i stroju. W tej chwili na przykład szkoły katolickie mają ustalone swoje własne regulacje statutowe dotyczące mundurków czy podkreślające skromny, nierzucający się w oczy wizerunek. Od tej chwili placówki te nie będą mogły zawierać w swoim wewnętrznym prawie takich zapisów. Na poziomie ustawy proponuje się bowiem rozwiązania absolutnie „antydyskryminujące” dla kogokolwiek. Możemy się spodziewać wymyślnych fryzur, odsłoniętych pępków, odkrytych kolczyków w dowolnych miejscach ciała. To wszystko będzie „prawem ucznia”.

Nowa ustawa w znaczący sposób pomniejsza autonomię szkół. Dotychczas mogły one zawrzeć w statutach wiele korzystnych regulacji. W tej chwili przepisy nadrzędne w postaci ustawy – modyfikacji prawa oświatowego, ustawy o prawach i obowiązkach ucznia – narzucą szkołom urawniłowkę w standardach postępowania, niezależnie od tego, czy będzie to szkoła katolicka, publiczna, niepubliczna, ogólnodostępna… Wszystkie one będą się rządzić takimi właśnie opresyjnymi przepisami odgórnymi wraz z całym katalogiem metod odwoławczych.

W każdej szkole będziemy mieć do czynienia, w mikroskali z opresyjnym państwem prawa zamiast autonomii, zamiast własnych statutów, zamiast rozwiązań przedyskutowanych w obrębie danej społeczności.

Przykładowo, przyjęty do szkoły uczeń zyska większe prawo do zachowań, które dotychczas w danej placówce nie były tolerowane jako niedopuszczalne czy naganne. Jest w ustawie o prawach i obowiązkach chociażby zapis związany z dyskryminacją osób niewierzących. Powołując się na niego można będzie w szkołach katolickich żądać zdjęcia krzyża w klasie, ponieważ dana osoba chce „czuć się wolna” od pewnej „opresji”, którą tworzy rzekomo wobec niej środowisko osób wierzących.

Zapis w ustawie zapewnia dzieciom i młodzieży „wolność od dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu, w szczególności ze względu na płeć, wiek, wygląd, niepełnosprawność, rasy, religię, narodowość, stan zdrowia, sytuację materialną, przekonania polityczne, pochodzenie etniczne, wyznanie lub jego brak i orientację seksualną”. Przy odpowiedniej interpretacji owa „wolność od dyskryminacji ze względu na brak wyznania” może w praktyce prowadzić do tego, że oprotestowanie przez jednego ucznia ekspozycji krzyża, szkolnych jasełek, dzielenia się opłatkiem w klasie, zablokuje możliwość podtrzymywania tych tradycji. Oczywiście to będzie zależało od determinacji dyrektorów szkół, ale tu mamy już potencjalne pole konfliktu, gdyż w hierarchii praw ustawa leży ponad statutem.

W ustawie określono także „prawo do zachowania odpowiednich proporcji pomiędzy czasem przeznaczonym na wysiłek szkolny, a czasem wolnym”. Zostało też tam zagwarantowane prawo pełnoletniego ucznia do nie udzielania jego rodzicom informacji dotyczących ocen, postępów w nauce i tak dalej.

Ustawa nakłada na wszystkie placówki obowiązek powoływania rad szkół. Do tej pory można było je ustanawiać, ale nie było to obligatoryjne. Przypomnijmy, że chodzi o organ, w którym równe proporcje we współdecydowaniu mają nauczyciele, rodzice i uczniowie. Opinia uczniów i określonej grupy rodziców – na przykład niewierzących – może przeważać nad zdaniem kadry dydaktycznej danej szkoły.

Dotychczas funkcjonowały rady rodziców razem z radą pedagogiczną i samorządem uczniowskim. W takim układzie szkoły sobie całkiem nieźle radziły. Nowa ustawa zmienia te zasady, narzucając inne warunki choćby placówkom katolickim. Wystarczy grupa bardziej aktywnych rodziców o innych poglądach, by w pewnym sensie przejąć szkołę.

Ostatnia kwestia, która – powiedziałabym – jest symbolicznym gwoździem do trumny „ministrowania” Barbary Nowackiej, dotyczy „Reformy26 Kompas jutra”, nazywanej przez nas konsekwentnie „reformą 26 kompas na Brukselę”.

Jest ona forsowana przez rząd pomimo grudniowego weta prezydenta, za pomocą rozporządzeń. Taka praktyka stanowi obejście prawa. W naszym przekonaniu, narusza je, ponieważ upublicznione w marcu zapisy podstawy programowej oraz rozporządzeń z nią związanych w znacznym stopniu przekraczają ramy tych regulacji. Posługują się pojęciami i narzędziami, które można stosować wyłącznie po zmianach ustawowych zapisanych w prawie oświatowym, jak wiemy, zawetowanym przez prezydenta.

Mamy tu do czynienia na przykład z wprowadzeniem obowiązkowych „tygodni projektowych” i doświadczeń edukacyjnych. To są elementy, które zmieniają model funkcjonowania szkoły. Ich wprowadzenie leży w ramach ustawy, a zostały wprowadzone za pomocą rozporządzenia. Całkowicie zdezorganizują już od września pracę szkół, o czym jestem przekonana – o ile ten model zostanie wprowadzony. Rozporządzenie jednak jest podpisane i od 1 września szkoła będzie wyglądała zupełnie inaczej niż do tej pory, między innymi również z tego powodu.

MEN wprowadził też przyrodę jako drugi przedmiot interdyscyplinarny, obok edukacji zdrowotnej, czyli tej „pierwszej jaskółki” zmian w szkole. Przyroda do klasy szóstej włącznie ma zastąpić biologię i geografię. Następuje więc rozciągnięcie modelu nauczenia początkowego nie tylko na klasę czwartą, jak do tej pory, bo przyroda będzie nauczana jeszcze w klasie piątej i szóstej.

Stajemy tutaj przed całym wielkim problemem, podobnym do tego, jaki wygenerowała edukacja zdrowotna. Mam na myśli brak nauczycieli przygotowanych do nauczania przyrody. W tej chwili proponuje się nauczycielom, którym odebrano przynajmniej część ich lekcji – na przykład fizykom w wyższych klasach – ażeby nauczali przyrody od klasy czwartej, czyli właściwie zastąpili biologów i geografów. Co to ma wspólnego z ich kompetencjami, tego nikt nie wie. Oczywiście kadry wyspecjalizowane są oburzone zupełnie takimi propozycjami, ale być może będą zmuszone do „przebranżowienia” ze względu na deficyt godzin.

Kryje się za takim działaniem MEN ta sama perfidia co w przypadku oferowania katechetom nauczania „edukacji zdrowotnej”.

Podsumowując – w ramach reformy mamy przyrodę, mamy likwidację kanonu lektur z zakresu języka polskiego do klasy szóstej włącznie oraz radykalne ograniczenie do trzech dłuższych tekstów literackich w klasach siódmej i ósmej. Taka, wyniesiona przez uczniów kompetencja w zakresie lektur będzie jedyną podstawą egzaminu ósmoklasisty. To jest to, czego będzie się wymagało po zakończeniu 8 lat pracy w szkole podstawowej.

Takie ograniczenie kształcenia polonistycznego i jego funkcji kulturotwórczej, ograniczenie wymagań w zakresie ćwiczenia ortografii, wypowiedzi w mowie i piśmie, nazywam wprost analfabetyzacją polskiego ucznia. Tym grozi w przyszłości realizacja tego projektu. Dochodzi jeszcze zredukowanie wszelkich treści i celów kształcenia związanych z tożsamością. Widać to w programach nauczania  języka polskiego i historii. Do kompletu mamy obniżenie wymagań w przedmiotach ścisłych i przyrodniczych.

Także nauczyciele matematyki podkreślają brak w programach zadań trudniejszych, posługiwanie się też kalkulatorami czy pomocami, które zastępują ćwiczenie choćby rachunku pamięciowego, mnożenia, brak ćwiczeń tego rodzaju. To wszystko niesie za sobą „deforma 26”, która od 1 września ma się już na dobre zasiedlić w polskich szkołach.

 

Resort chwali się ogromnymi nakładami na unowocześnienie procesu nauczania. Miliardowe kwoty robią wrażenie…

W liście na zakończenie roku szkolnego minister Nowacka mocno bardzo podkreśliła wydatek 5 miliardów złotych na transformację cyfrową w szkołach. Powstanie 12 tysięcy pracowni sztucznej inteligencji oraz pracowni STEAM. Zatem doświadczenie edukacyjne, o których się mówi cały czas i pragmatyzm wiedzy – między innymi w zakresie nauczania przyrody oraz przedmiotów ścisłych – ma w efekcie mieć swoją realizację na ekranach komputerów. Zamiast tradycyjnego doświadczenia z zakresu biologii, chemii czy fizyki, będzie realizowane w przestrzeni cyfrowej. Na to jest przeznaczone z Krajowego Planu Odbudowy 5 miliardów złotych. Taka transformacja już wystartowała, bo konkursy na te pracownie zostały przeprowadzone. Kilkanaście tysięcy szkół takie właśnie zestawy otrzyma, podobnie jak sprzęt do nauczania zdalnego, co wszystko razem nie brzmi dobrze i nie rokuje dobrze na przyszłość. Powiedziałabym nawet, że jest niezwykle groźne dla poziomu wykształcenia naszych dzieci poprzez zamknięcie ich w świecie nieweryfikowanym przez rzeczywistość. To po prostu uwiarygodnienie świata cyfrowego jako jedynego punktu odniesienia, jako zasobu wiedzy, weryfikacji pewnych faktów. Rzeczywistość cyfrowa zwycięży czy przeważy nad faktyczną również w polskich szkołach? Wchodzimy w proces, od którego wszystkie kraje Zachodu odchodzą, w spektakularny zresztą sposób. Tam zamykają pracownie tego typu, a tutaj właśnie w takiej liczbie i za takie pieniądze się je otwiera…

Te wszystkie wymienione aspekty sprawiają, że podsumowanie roku świadczy absolutnie na niekorzyść procesów, które są wdrażane przez władze oświatowe.

 

Protestują Państwo także przeciwko „psychologizacji” polskiej szkoły.

Chodzi o zastosowanie narzędzi inkluzyjnych, takich jak projektowanie uniwersalne w podstawach programowych, ale też diagnoza funkcjonalna, czy też ocena funkcjonalna. Jest to narzucona przez MEN konieczność poddania uczniów i ich rodzin daleko posuniętej inwigilacji. Krótko mówiąc, mamy więc zabór wiedzy, ograniczenie prac rodziców i przesterowywanie całego procesu edukacyjnego z placówek kształcących, przekazujących wiedzę, na inwigilujące i transformujące postrzeganie świata. To jest właściwie ideologiczne narzucanie pewnych modeli młodym ludziom, a nie zachęcanie ich do dokonywania własnych wyborów, własnej oceny rzeczywistości.

Ocena funkcjonalna to tak zwane narzędzie inkluzywne, wprowadzane pod hasłem wyrównywania szans edukacyjnych. Wchodzi od 1 września i obowiązuje uczniów, których rodzice występują do poradni pedagogiczno-psychologicznych o orzeczenie lub opinię. My zachęcamy rodziców, żeby składali rezygnacje z zastosowania takiego narzędzia, pokazując łamanie ich praw konstytucyjnych. Dokonuje się ono w momencie, kiedy uczniowie są wypytywani o prywatne sprawy domowe, niekoniecznie przy rodzicach albo nawet często bez ich świadomości. Ankieta oceny funkcjonalnej takie pytania zawiera. Jest to niezwykle niebezpieczne narzędzie, zbierające komplet danych o uczniu, całe jego dossier w jednym miejscu. Została stworzona w tym celu specjalna platforma cyfrowa. Nie mamy gwarancji, że te dane nie będą udostępniane na zewnątrz, ponieważ znaleźliśmy zapis, który umożliwia przeprowadzenie – oczywiście podobno zaanonimizowanych – szczegółowych badań populacyjnych. Zakładamy, że to jest zasób, który będzie udostępniany unijnym placówkom badawczym, ponieważ nasze, polskie właściwie się takimi rzeczami nie zajmują.

Chcę podkreślić, że tylko dzięki protestowi KROPS udało się uniknąć, po pierwsze – wprowadzenia tego narzędzia już na jesieni ubiegłego roku, bo takie były plany, a następnie już od 1 kwietnia tego roku. Wchodzi ono ostatecznie począwszy od 1 września i nie obejmuje wszystkich uczniów, a tak miało być w pierwotnym założeniu.

Obecnie, pod naciskiem środowisk rodzicielskich i pedagogicznych takie zapisy znikają z internetowych oficjalnych publikacji. Usiłuje się stworzyć wrażenie, iż od początku miały dotyczyć tylko dzieci z trudnościami, podczas gdy w rzeczywistości projektowane były dla wszystkich i miały wejść w życie znacznie wcześniej.

Zatem naprawdę opór społeczny i protesty i staranna lektura dokumentów ma sens. W ten sposób często wybijamy przeciwnikowi z ręki broń. W tej chwili bardzo mocno zachęcamy, żeby rodzice składali takie negatywne deklaracje dotyczące operowania oceną funkcjonalną, ale także związane z „edukacją zdrowotną”. Zawarte tam groźne zapisy niekoniecznie dotyczą wyłącznie seksualizacji dzieci, ale i innych aspektów życia, na przykład zachęt do tranzycji albo fałszywie pojmowanej ekologii. W programie tego przedmiotu można znaleźć przeróżne, stricte ideologiczne wątki, które wkraczają na teren wychowania zagwarantowanego prawami rodziców. Apelując i informując o tych kwestiach chcemy wyposażyć ich w narzędzia, które naszym zdaniem będą prewencją wobec stosowania opisanych tu rozporządzeń Barbary Nowackiej.

 

Czy istnieje jakaś droga prawna żeby zablokować szkodliwe zmiany wprowadzane na podstawie rozporządzenia, zamiast ustawy?

Istnieje taka możliwość, do której powinni odwołać się posłowie partii opozycyjnych. W naszym przekonaniu edukacja zdrowotna znalazła się w polskiej szkole w sposób bezprawny. Minister w rozporządzeniu o jej wprowadzeniu powołuje się na ustawę z 1993 roku o planowaniu rodziny, a edukacja zdrowotna jest sprzeczna z ideą tej ustawy, czyli ochroną rodziny, małżeństwa i dzietności. W tym celu ustawa z 1993 roku została uchwalona, a rodzajem jej realizacji był przedmiot Wychowanie do życia w rodzinie. Minister powołując się dzisiaj na tę samą delegację ustawową wprowadza przedmiot, który jest sprzeczny z literą tej ustawy.

To jest sprawa, w której od roku apelujemy do posłów opozycyjnych – aby zwrócili się do Trybunału Konstytucyjnego – tak jak miało to miejsce w przypadku redukcji liczby lekcji religii – o uznanie tego posunięcia za niezgodne z ustawą zasadniczą.

Liczymy na to, że doczekamy się realizacji obietnic posłów, iż taki wniosek zostanie złożony.

 

Rozmawiał RoM

 

 

 

 

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: