Krystian Kratiuk: Korona „Perły Gotyku”. Kolegiata Najświętszej Maryi Panny w Stargardzie

Odchodziły wyznania i narody, miasto znikało i odradzało się, a ona trwa. Świątynia z cegły, światła i pamięci. Przez pół życia wskazywała mi drogę do domu w mieście nazywanym "Perłą Gotyku". Ona stanowiła i stanowi tego miasta koronę.
Bluszcz. Bluszcz to pierwsze, co pamiętam. Oplatał ją, otaczał, wtulał się w nią, wspinał się od spodu niemal po szczyt. Pieścił cegła po cegle, omijał okna, piął się przez nikogo nie niepokojony. Nie przeszkadzały mu jej surowość, chłód, oschłość, majestat. A może przeciwnie, może nie tyle mu one nie przeszkadzały, ile wręcz pociągały?
Ona była stara, bardzo stara. A on dodawał jej jeszcze lat, a może raczej stuleci, z każdym metrem swej podróży ku górze wręczał jej w prezencie urokliwą patynę czasu. Gęstość jego zieleni zdawała się wołać, że mieszka w tym miejscu co najmniej pół tysiąclecia.
Tak przynajmniej zdawało się dziecku jadącemu tamtędy do szkoły każdego dnia. Ale pewnie nie tylko jemu, czyli nie tylko mnie. Dziś już wiem, że zaślubiny bluszczu z jej ścianą musiały zdarzyć się znacznie później niż pięć wieków temu, ale do dziś nie wiem, kiedy odbyło się rozstanie: kto i kiedy postanowił, że już wystarczy, że bluszcz nie może już tam rosnąć, że jego podróż ku najpiękniejszemu szczytowi okolicy zostanie brutalnie przerwana. To co dla dziecka pozostawało oczywistością, to co musiało trwać od zawsze, musiało trwać też na zawsze, musiał więc zawsze trwać tajemniczy związek bluszczu i ceglanej ściany. Ale przestał trwać. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak rozwód – nie znałem wtedy, co prawda, jeszcze żadnego człowieka po rozwodzie, ale skoro tamten mistyczny poniekąd związek rośliny i muru został przerwany, zrozumiałem już, że przerwać można wszystko.
Czy w tym zaprzestanym uścisku przewiną bluszczu było to, że rozpędził się za mocno, za bardzo się rozgościł, że wrastał w szczeliny, rozpychał je, przyspieszał kruszenie i odpadanie cegieł? Czy po prostu gęsta mgła jego liści zacieniała ścianę, utrudniała wysychanie, zachęcała do rozwoju masę grzybów i mchów? A może jedno i drugie?
Po latach przyszła refleksja, iż właściwie dobrze się stało, że ich związek nie doczekał naszych czasów, wszak dziś to ona, ściana, byłaby oskarżona o szkodzenie jemu. Może to on by przetrwał, a jej kazano by ustąpić, w końcu o przyrodę dba się dziś w coraz bardziej zwariowanym świecie mocniej niż o takie budowle. Lata zaczęły być gorętsze, liście zaczęły się przypalać, młode pędy wysychały, solne wykwity na cegłach zaburzały pobieranie wody przez korzenie.
Kto wie, może więc rzeczywiście nie najgorzej się złożyło, skoro rozstali się wtedy, za porozumieniem stron? Bez orzeczenia o winie.
Wszczepienie
Zapewne płakałem – do dziś nierzadko zdarza mi się uronić łzę wzruszenia – więc i wtedy musiałem płakać. Łzy są piękne, bo są prawdziwe.
Było przecież zimno, byłem niewyspany, zapewne głodny, a już z całą pewnością nie wiedziałem, co się dzieje. I nagle zimna woda na mojej głowie. Oburzenie? Przerażenie? Co czuje wtedy taki człowiek? Tak mały człowiek?
To było Boże Narodzenie. Prawdopodobnie. Ale raczej tak, przecież ufam księgom parafialnym, a już z pewnością własnym rodzicom, którzy zanieśli mnie wtedy do chrztu. Kobiety w futrach, mężczyźni w kożuchach, tak jak się wtedy chodziło. Masowy chrzest, wtedy rodziło się sporo dzieci i mało którego nie chrzczono.
To tam, przed prezbiterium nadano mi imiona Krystian Łukasz. Miałem nazywać się inaczej, ale dwa tygodnie wcześniej w tym samym kościele odprawiono Mszę za zmarłą Krystynę – moją babcię, mamę mojej mamy, która nie doczekała pierwszego dziecka swojej córki. Krystyna odeszła, nadszedł Krystian. Oto wieczny krąg życia, niesprawiedliwy, bolesny, przeplatający łzy rozpaczy ze łzami radości. Sam później przeżyłem to tak wiele razy, z bezradnością niezrozumienia szarpiąc się z nieuchronnym.
Nie było jeszcze kamer wideo, a przynajmniej nie w mojej rodzinie, dlatego z tego przełomowego momentu, z dnia Chrztu Świętego, nie mogę za wiele przytoczyć. Wiem jednak na pewno, gdzie się odbył, i wiem, gdzie kapały krople poświęconej wody, lane na dziecięcą główkę przez kapłana.
Ta chrzcielnica stoi tam nadal. Nie tak długo jak świątynia, rzecz jasna. To nie jest ta sama chrzcielnica, w której chrzczono Niemców panujących nad miastem przez poprzednie stulecia. Tamta, jak widziałem w archiwach, była zupełnie inna. Nie wiem, czy zginęła w czasie wojny, czy została zniszczona, czy tuż potem zamienili ją w coś zgoła innego czerwonoarmiści; nigdy się tym nie zajmowałem. Ot tak, któregoś razu, gdy tęskniąc za domem przeglądałem starodawne fotografie, jej zdjęcie trafiło przed moje oczy. Tamta, niemiecka, protestancka. Okrągła czasza, zdobiona niedającymi się rozszyfrować na zdjęciu obrazami i innymi ornamentami, stojąca na trzech nogach, a każda z nóg to postać człowiecza. Czarna albo bardzo ciemna – trudno orzec – źródło jest bowiem zbyt monochromatyczne.
Nasza chrzcielnica, polska, katolicka, szara, odlana jest zupełnie inna. Zastąpiła tamtą, tak jak my zastąpiliśmy mieszkających tu przed nami, modlących się tu przed nami. Ale nas chrzczono właśnie nad nią, nad nową czaszą, naszą czaszą, do której wlewała się woda kropiąca uprzednio nasze czoła. Już od kilku pokoleń, nieustannie.
Tak wielu z nas, w tym moi rodzice i ja z moją siostrą, a wcześniej i później wielu innych mieszkańców naszego miasta, to właśnie tam otrzymaliśmy imiona.
A imię to nie byle co.
Imię to część tożsamości i to tej, której najtrudniej się wyrzec. Na długie lata imię staje się zasadniczą, najważniejszą, centralną częścią samoświadomości dziecka, bo przecież musi upłynąć wiele czasu, zanim potrafimy powiedzieć o sobie więcej niż właśnie to, jak mamy na imię. Jak się nazywamy. Jak nas wołają. Jestem Krystian, mam mamusię i tatusia, tam jest moje łóżeczko – to cała nasza tożsamość przez niemały, ale jakże ważny czas pierwszego dziecięctwa.
I to stało się naszym udziałem właśnie tam, nad tą chrzcielnicą, którą zawsze odwiedzam, gdy wracam do miasta.
Ale stało się tam i coś większego niż nadanie tożsamości. Tam otrzymałem pierwszą łaskę – łaskę uświęcającą, stałem się dzieckiem Boga, zostałem „zanurzony” w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, który patrzył na mnie wówczas z tamtejszego krucyfiksu i który patrzy na mnie nadal. Nieusuwalne znamię chrztu, przynależność do Chrystusa – co dla kogoś noszącego imię Krystian, oznaczające właśnie „należącego do Chrystusa” stało się szczególnie istotne, by nie rzec istotowe.
Ilu nas w tych ceglanych ścianach zaczynało drogę do życia wiecznego? Ilu z nas właśnie tam pożegnano? Ilu tam jeszcze pożegnamy?
Oświecenie
Pojechałem w świat. Naczytałem się tych wszystkich Słowackich, Norwidów i Mickiewiczów, tego ostatniego nawet sławiąc imię w liceum, któremu patronował. I ruszyłem w wielki świat poetów i malarzy – do dawnej stolicy Polski, pozostającej wciąż jeszcze stolicą duchową. Po dwóch dekadach dochodzę do wniosku, że wyjechałem właśnie dlatego, że się ich naczytałem, bo tak jak oni chciałem móc tęsknić za czymś wielkim, za wielką sprawą, za miejscem żyjącym w mych trzewiach. Rzuciłem więc miasto strzelistych wież, baszt i bastei, by tęsknić za nim przez resztę życia i wracać doń myślami częściej niż pociągiem czy samochodem.
I właśnie podczas jednego z takich studenckich powrotów nagle zobaczyłem ją inną niż zwykle. Jasną, mimo nocy. Bywałem w jej okolicy wielokrotnie, przed wyjazdem i przy częstych podówczas – bo studenckich jeszcze – powrotach. Szedłem w jej stronę, gdyż tuż obok znajdował się pub Katakumba, gdzie pośród cegieł i dymu można było poczuć się wolnym i akceptowanym.
I w czasie takiej podróży, pewnego niezapowiedzianego dnia, a właściwie pewnej nocy, ona po prostu zajaśniała. Stanąłem jak wryty, jak mąż żyjący z żoną od ćwierćwiecza, kiedy dostrzegł, że ona nagle, po latach kieratu i mozołu, nudy i przemijania, wystroiła się olśniewająco, specjalnie dla niego. Stałem pośrodku rynku i wpatrywałem się, pękając z dumy, że perła mojego miasta chce wyglądać jak perły Paryża czy Rzymu, bo przecież na zdjęciach z tych właśnie miejsc widywałem takie iluminacje. A teraz i tu, przed moimi oczami halogenowe reflektory umieszczone między kostką brukową rzuciły światło na fasadę mojego kościoła.
Ciepłe, kierunkowe światło jaśniało na fasadzie. Snuło się ku górze, ogromną żółtawą mgłą – zupełnie tak samo jak kiedyś, na sąsiedniej ścianie – zielony, niepoddający się bluszcz. Ale światłu było łatwiej niż roślinie, światło się nie psuło, nie rozsadzało cegieł, było przez wszystkich akceptowane, przez wszystkich docenione. Nasz powód do dumy, nasza oświetlona katedra. Tak, katedra, bo tak ją nazwaliśmy i tak o niej zawsze mówić będziemy, choćby nikt oprócz nas tak jej nie nazywał.
Ta niespodziewana jasność oblewała front kościoła, zahaczając o portal nad drzwiami i głaszcząc czekające tego od stuleci smukłe blendy, ostrołukowe, tynkowane na biało, dodające elewacji rytmu i lekkości, mimo monumentalnych rozmiarów. Za dnia kontrastuje z czerwoną cegłą, nocą wydaje się jej idealnym uzupełnieniem. Tak się budowało wyrafinowany gotyk czasów hanzeatyckich, tak podświetlili i uświetnili go Stargardzianie początku dwudziestego pierwszego stulecia, we wspólnym, nieplanowanym, a więc w jakiś sposób szalonym tańcu epok, narodów i wyznań.
Blendy, olbrzymie ślepe okna, którym nigdy niedane było spojrzeć na świat, przyjęły teraz na siebie światło. Ostre łuki wycelowane ku niebu, jak skrzydła aniołów, które nie chcą odlecieć. Zapis wielkości architektów i budowniczych – nieprowadzące nigdzie, a jednak mówiące tak wiele. O czasie mijającym powoli, lecz szybciej, niż byśmy chcieli, o dłoniach układających cegły i ustach wyśpiewujących pieśni, w tym samym celu wskazanym przez ostrołuki. Przez wieki.
Zrozumienie
Najważniejsza rozmowa, jaką na jej temat odbyłem, to rozmowa z… satanistą. Takim satanistą oczywiście, jakim można być w liceum, a mój ówczesny serdeczny przyjaciel takim właśnie mianem sam siebie określał. Czarne spodnie, glany, koszulki z trupimi czachami, wiadomo. Siedzieliśmy u jej stóp, na schodach jednego z budynków naprzeciw, podnosząc głowy do góry i wydychając trochę papierosowego dymu.
– Piękny budynek. Służy do celów, które są mi obce, ale ona jest po prostu piękna – wyrzucił z siebie z błyskotliwością, która nie mogła mnie wtedy nie zachwycić.
To po tej rozmowie zacząłem się zastanawiać, dlaczego ona właściwie tu jest, skąd się wzięła. Ojciec opowiadał mi o niej wielokrotnie, ale jak to zwykle bywa, opowieści ojców dzieci muszą odkryć dopiero wiele lat później, odkryć po swojemu, zachwycić się własnym już, a nie ojcowskim zachwytem. Co dla ojca jest niezwykle irytujące – dziś, jako rodzic, sam wiem to doskonale.
To dzięki tamtej, absurdalnej, zakrapianej przecież rozmowie, której mój kolega z całą pewnością dziś nie pamięta, mogę powiedzieć, że dzisiaj moja dusza w znacznej mierze zbudowana jest z czerwonej cegły. Mój przyjaciel fascynował się wtedy gotykiem jako stylem ubioru zbuntowanych licealistów, a mnie tchnął do zanurzenia się w tym piękniejszym, prawdziwym gotyku. I w jakimś przewrotnym sensie on, przyjaciel, był wtedy duszą gotycką, a ja, do dziś jestem w duszy… z gotyku. Z naszych czerwonych, brązowych, ceglanych wież, baszt, bram i bastei.
Tu, gdzie mieszkam teraz od lat, jest bardzo polsko. Bardzo pięknie. Ale gotyku w takiej surowej formie jak w Stargardzie jest jednak mniej. Kościół Mariacki w Krakowie to imponująca struktura klasycznego gotyku, ale jego – olśniewające skądinąd – wnętrze nijak nie przypomina zachodniopomorskiej surowości. Są co prawda kazimierskie kościoły Świętej Katarzyny i Bożego Ciała, ale inne tutejsze średniowieczne świątynie zostały unowocześnione w czasach baroku. A jak wiadomo tereny, na których wzrosła i trwała nasza kolegiata, zanurzyły się w gotyku i nie chciały się zeń wynurzyć. Protestanci bowiem nie barokizowali świątyń na taką skalę, nie wprowadzali rzeźb aniołów i świętych, nie malowali iluzjonistycznych sklepień ani nie dobudowywali zdobnych w złocenia rodowych kaplic. A gdy stargardzka świątynia powróciła w ręce katolików, zachowaliśmy historyczną logikę wnętrza, tak jak ją odziedziczyliśmy.
A gotyk, ten tutejszy, ten z naszej kolegiaty, miał wszak jeden cel – unosić ludzki wzrok ku górze, czy raczej ku Górze. Strzeliste katedry i ostre, wymierzone w niebo blendy i okna – wszystko tu wydaje się napiętym łukiem, gotowym wznieść się w powietrze. Ciężar potrafiący udawać lekkość.
Wodząc wzrokiem w tamtym kierunku, wspinając się ku szczytowi wieży cegła po cegle, dostrzegamy, jak w gęstych elewacjach jej czerwień pulsuje ciepłem i życiem. Cegła nie wydaje się martwa jak kamień tworzący fundamenty i dolne partie ścian, ale mimo swej surowości wydaje się w jakiś sposób rytmiczna. Jakby czerwona glina mogła przemawiać niczym stateczny filozof.
A wszedłszy do środka, zobaczymy, że gotyk jest przede wszystkim architekturą światła. Nawet tam, gdzie nie ma witraży, gra światła i cienia pozostaje imponującym zabiegiem. Ot, monumentalna machina do chwytania blasku.
Oto właśnie gotyk, oto katedra, przez stulecia kamienna księga ludzkości – jak pisał Victor Hugo. Nie tyle architektura, co raczej modlitwa zaklęta w kamień – jak prawił Paul Claudel. Gdzie każde żebro, każda linia trwają napięte jak nić, po której wspina się światło – jak wyznawał John Ruskin.
Budowana, by głosić chwałę Boga, ale i wielkość miasta. W musicalu inspirowanym powieścią Hugo Katedra Najświętszej Maryi Panny w Paryżu padają słowa doskonale oddające również istotę jej stargardzkiej siostry.
Strzelistych katedr świat istnieje dalej
Od wieków co dnia człowiek gwiazd dosięgnąć chce.
Przesłanie o potędze swej i chwale
Zapisać chce dziś znów w kamieniu oraz szkle.
Prowadzenie
Świat ma cztery strony, każdą inną. Tak jak nasza katedra. Coś takiego powiedział mi kiedyś tata, kiedy podekscytowany wyznałem mu, że uwielbiam ten moment zbliżania się do miasta, z którejkolwiek strony byśmy nie jechali, a ona zawsze tam jest.
Czy jedzie się od Szczecina, czy znad morza, od Piły albo z Pyrzyc, zawsze wita nas świat strzelistych wież. Najpiękniejsze kolegiackie, najwyższa świętego Jana, dumna świętego Ducha. Skądkolwiek się zbliżasz, podróżniku, zawsze będą twoimi drogowskazami, że oto zmierzasz już do celu, do Stargardu, do perły gotyku.
Ale wieże te są nie tylko drogowskazami, są także gospodarzami. Trwającymi tu dłużej niż rodziny, wyznania i narody. Niż języki i państwa. Pomniki stałości wbrew dziejowym zawieruchom. Nienaruszalne.
Wieże kolegiaty są jednak szczególne. Wydają się matkować pozostałym. Tak charakterystyczne, że nie da się tego budynku pomylić nie tylko z żadnym innym w mieście czy w okolicy, ale i na świecie.
Zawsze się na nią orientowaliśmy, próbując uchwycić azymut. W tym właśnie ułamku sekundy, gdy podejmujesz decyzję, w którą stronę iść, by dotrzeć do zamierzonego celu, orientowaliśmy się, gdzie jesteśmy, zerkając na jedną z jej ścian.
Gdy szedłem z domu babci na Grodzkiej, patrzyłem na zachodnią fasadę. Kiedy szedłem ze szkoły podstawowej na przystanek autobusowy, orientowałem się na część wschodnią świątyni, wykonując znak krzyża, jak nauczył mnie dziadek. Gdy przedpołudnia lub popołudnia, w zależności od planu lekcji, spędzałem u ukochanej cioci Gieni, z okna jej mieszkania podziwiałem ścianę północną. A kiedy zmierzałem ku centrum z warsztatu mojego taty, nie mogłem nie orientować się na olśniewający kompleks budynków plebanii, o który zdawała się opierać rozciągnięta i ukształtowana przez rytm przypór i okien ściana północna.
Do szkoły już dawno nie chodzę, ciocia Gienia odeszła szybko po moim wyjeździe, babcia, dziadek i tata nieco później, ale niemal jednocześnie, bo w ciągu trzech lat, rok po roku, jakby jedno chowając się w grobie trzymało za rękę kolejne. Wszystko w centrum miasta się dla mnie zmieniło, umarło. Jedne budynki zburzono, inne zbudowano. Sklepy i zakłady pozmieniały szyldy, właścicieli i cel.
I tylko ona trwała.
Trwa.
I będzie trwać.
Ukształcenie
Kiedy uświadomiłem sobie, że jest królową tego miasta? Kiedy zobaczyłem Stargard z jej wieży. Inny kolega z liceum dorabiał sobie w wakacje sprzedając bilety na ten najniezwyklejszy w okolicy punkt widokowy. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że tam w ogóle można wejść. Owszem, wielokrotnie mijałem niewielkie drzwiczki ku górze, wiedziałem, że tamtędy wspinają się organiści, ale nikt wcześniej nawet nie zasugerował, że u góry jest coś jeszcze.
Sam powinienem był się domyślić. Przecież tyle razy wpatrywałem się w hełm naszej katedry. Ale nie zastanawiałem się, co tam znajdę. Gdy w końcu z kumplami wspięliśmy się na górę, po niezliczonej liczbie maleńkich, krętych schodów, moim oczom ukazał się widok po prostu niezapomniany. Nie miałem jeszcze wówczas żadnych doświadczeń w podróżach lotniczych, drony uzbrojone w kamery nie istniały jeszcze w masowej świadomości, jeśli gdzieś widziałem zdjęcie mojego miasta z góry, to może w telewizji? A przecież akurat naszych stron nie pokazywano w niej tak często.
Zobaczyłem więc z góry i blok dziadków i cioci, i warsztat taty i wszystkie nasze wieże, baszty i basteje, bibliotekę, wszystkie kościoły i mury obronne, naszą rzekę Inę trwającą w jak zwykle spokojnej podróży, wiele znanych mi oddolnie dróg i parków, kluczewską cukrownię. Szkołę, w której pracowała mama.
A więc to nie tylko my, mieszkańcy, zawsze widzimy kolegiatę. Ona też zawsze widzi nas, rozgląda się we wszystkie strony ze swych hełmowych okien. Widzi wszystko i widziana jest przez wszystkich – prawdziwa królowa.
Ale jeszcze mocniej niż widok z niej ceniłem sobie zawsze widok w niej. Gdy byłem małym dzieckiem, nie ma co ukrywać, w kościele nieco mi się nudziło. W katedrze urozmaicałem sobie czas licząc… kredki. Chodzi o długie, pionowe ozdoby filarów, wyrzeźbione i pomalowane w taki sposób, że nie mogły nie kojarzyć się właśnie z kolorowymi kredkami. Ciągnęły się pionowo do góry i prawdopodobnie sprawiały, że cała przestrzeń wydawała się wyższa. Dziś wiem, że te elementy nazywa się służkami. Prawdopodobnie, nie sprawdzałem tego, ktoś mi tak kiedyś powiedział i uwierzyłem mu. Nazwa nie była istotna, bo dla mnie do dziś są to kredki.
Ale jeszcze ważniejszy był ambit, o którym tata powtarzał mi, że utworzenie go przez uduchowionych architektów ukształtowało całe pokolenia wierzących. To między innymi dzięki niemu wiedzieli, kto jest najważniejszy w kościele. I w Kościele.
Skłamałbym, próbując twierdzić, że mnie to nie ukształtowało. Dziś, za każdym razem, gdy odwiedzam katedrę, przechadzam się z moimi dziećmi ambitem, aby i one – znające wszak niewątpliwe piękno, urok i sławę krakowskich kościołów – mogły docenić potęgę gotyku.
Zachwycenie
Niedawno kolegiatę wyremontowano, oddycha teraz nowym powietrzem. Majestat świątyni odzyskał pełnię, piękno tylu dawnych epok znów zajaśniało w pełnym świetle, cegły znów nabrały barwy. Nie sposób się nim nie zachwycić. Choć moje kredki nieco wyblakły.
Dziadek i babcia – parafianie od ponad półwiecza – nie zdążyli tego zobaczyć. Nie zdążył też tata – wielki miłośnik urody katedry, gotyku i wszystkiego co stargardzkie. A kolegiata, nasza katedra, jest przecież najbardziej stargardzkim ze stargardzkich budynków.
Widać to doskonale na fotografii, po zobaczeniu której nie sposób znów nie zatęsknić i nie poczuć dumy z rodzinnego miasta. Zobaczyłem ją jako zdjęcie profilowe parafii w internecie.
Oto w palecie ciepłych, miękkich i rozmytych barw złota, miodu i bursztynu, pastelowej rdzy, grafitu i brązu wynurza się z porannego zamglenia niczym okręt zbudowany z cegły i światła. Jednocześnie potężna i cicha, jakby nie chciała nikogo obudzić przed czasem. Wschodzące światło oplata wieże, krzyż przeszywa niebo, mgła otula dachy niczym ciepła kołdra. Świat poza nią pozostaje rozmyty, bez konturów, jeszcze w krainie snu. Tylko świątynia ma wyraźny kształt, jak gdyby była pierwszą rzeczą, którą stworzył poranek.
Miasto budzi się do życia. A pierwsza budzi się ona. Królowa stargardzian. Kolegiata Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata. Nasza katedra.
Krystian Kratiuk
Artykuł został opublikowany w 112. numerze magazynu POLONIA CHRISTIANA
Fot. Malwina Lewandowska







