„Lex szarlatan” czy „Lex Big Pharma”? Rozmowa z mec. Arkadiuszem Tetelą

Ludzie mają coraz większą świadomość tego, jak działa obecnie państwo, stając się coraz bardziej opresyjnym i przeciwnym zwykłemu obywatelowi polskiemu. Jego instytucje oficjalne najczęściej nie służą zwykłym ludziom, tylko tym najmożniejszym, dysponującym najpotężniejszymi narzędziami i środkami finansowymi – mówi mecenas Arkadiusz Tetela, pełnomocnik w sprawach dotyczących swobody wykonywania zawodów medycznych.
W minionym tygodniu Sejm przyjął ustawę określaną przez zwolenników jako „lex szarlatan”, zaś przez przeciwników nazywaną „Lex Big Pharma”. Kiedy jeszcze była ona w fazie projektu, zadał Pan inicjatorowi nowych regulacji – Rzecznikowi Praw Pacjenta – a także Ministerstwu Zdrowia pytania związane z okolicznościami powstawania tych przepisów. Długo też nie mógł się doczekać odpowiedzi. Czy w końcu nadeszły?
Pytałem w trybie dostępu do informacji publicznej o kwestie, które wynikały z doniesień medialnych. Chodziło przede wszystkim o to, czy w ogóle wspomniane instytucje dysponują danymi wskazującymi, ile osób zaniechało systemowego leczenia z uwagi na to, że korzystały one z jakiejś alternatywnej kuracji czy metody. Czy mają informację, jakim skutkiem takie odmowy się zakończyły. Czy są w ogóle jakieś tego rodzaju udokumentowane przypadki. Powstała bowiem inicjatywa ustawodawcza, która ma ograniczać nasze konstytucyjne wolności – prawo do działalności gospodarczej, a z drugiej strony – prawo do wyboru metody leczenia. Pamiętajmy, że definicja zdrowia, naszego dobrostanu, niekoniecznie oznacza wolność od choroby. Dobrostan ma również związek z uznaniem, że człowiek może się godzić na określony uszczerbek i uważać, że stanowi on w jego sytuacji na przykład mniejsze zło, a chory czy zdrowy ma prawo chcieć pomóc sobie w inny sposób.
I na to pytanie, oczywiście nie dostaliśmy odpowiedzi.
Z drugiej strony zastanawiam się, ile jest udokumentowanych błędów medycznych i zgonów z tym związanych; albo też – ile jest w statystykach błędów związanych z polityką pandemiczną oraz zgonów z tym związanych. To wydawałoby się kwestią podstawową jeśli mamy weryfikować procedury medyczne.
Nasze wątpliwości są związane także z tym, że pośród krajów, które poddaliśmy analizie, nigdzie nie ma zastosowania wprowadzony do ustawy mechanizm autorytatywnego uznawania przez jakiś podmiot – w tym przypadku Rzecznika Praw Pacjenta – co jest „aktualną wiedzą medyczną” i na tej podstawie wymierzania kar wobec tych, którzy jej się nie podporządkowują.
W rzeczywistości „aktualna wiedza medyczna” uciera się na zasadzie sugestii wynikających z opinii towarzystw czy stowarzyszeń medycznych. Potem znajduje ona wyraz w orzecznictwie. To jest taki worek, do którego mogą być wrzucane różne rzeczy, w różny sposób. Niejednokrotnie w historii było tak, że to, co uważane było za „aktualną wiedzę medyczną”, reklamowane szeroko jako „bezpieczne i skuteczne”, w rzeczywistości takim nie było, co okazywało się dopiero po pewnym czasie.
A tutaj Rzecznikowi Praw Pacjenta, organowi administracji daje się narzędzie, które pozwala mu określać, co jest tą „aktualną wiedzą”. Przypomina to zupełnie orwellowskie Ministerstwo Prawdy.
Jeszcze jedna kwestia, którą poruszaliśmy i do tej pory nie uzyskaliśmy odpowiedzi, to fakt, że szereg „doradców społecznych” działających przy RPP pozostaje w konflikcie interesów. Również sam Rzecznik występował na konferencjach sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne. Próbowaliśmy więc ustalić, na jakich etapach tworzenia projektu ustawy i w jaki sposób te osoby uczestniczyły oraz czy składały w tym zakresie jakieś oświadczenia. To nie jest wykluczone, że kształt tych uchwalonych regulacji wynika m.in. z faktu, że w ich powstaniu brały udział osoby powiązane z firmami mającymi interes w tym, żeby ich zapatrywanie na leczenie było tym „jedyne słusznym” i dopuszczalnym.
Na powyższe kwestie nie odpowiedział ani Rzecznik Praw Pacjenta, ani Ministerstwo Zdrowia. Złożone przez nas skargi na bezczynność tych urzędów wobec naszych zapytań są w sądzie administracyjnym. Wymienione instytucje mają obowiązek udzielić tych informacji. Natomiast jaki finalnie będzie rezultat naszych zapytań, dzisiaj nie potrafię powiedzieć.
Z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego wynika, że proces legislacyjny nie spełniający kanonów demokratycznego państwa prawa również wpływa na możliwość stwierdzenia przez TK niezgodności przyjętych przepisów z ustawą zasadniczą. Pamiętajmy przy tym, że w sprawie ustawy Lex Big Pharma ścieżka legislacyjna nie została zakończona. Mamy za sobą etap przegłosowania tego projektu przez Sejm. Przed nami jeszcze Senat, powrót do Sejmu i ewentualne weto prezydenta.
Jak Pan ocenia dotychczasowy przebieg procedowania tej ustawy?
Sam proces oceniam skrajnie negatywnie. Nieudzielenie informacji na pytania, które wskazywaliśmy, budzą wątpliwości o kształt przegłosowanych przepisów, w tym o możliwość wpływania na ich treść przez lobbystów farmaceutycznych. Na żadnym etapie nie zostało to wyjaśnione. O wysłuchanie przed komisją zajmującą się projektem wnioskowała organizacja społeczna licząca wielu członków. O jej przesłuchanie na jednym z posiedzeń zwracał się poseł Roman Fritz. Te wnioski nie zostały jednak uwzględnione. To też pokazuje, że ktoś procedował pod z góry założone dyktando i cel. Bez dopuszczenia w tym zakresie poglądów innych, chcących zabrać głos organizacji reprezentujących pacjentów.
Myślę, że sposób procedowania będzie miał wpływ na ocenę ustawy przez Trybunał Konstytucyjny, o ile oczywiście te przepisy wejdą w życie.
Cieszy to, że zaznacza się duży opór społeczny przeciwko tym uregulowaniom. Prędzej czy później znajdzie to zapewne przełożenie na przebieg wydarzeń i kształt prawa. To w jaki sposób poszczególne ugrupowania głosowały w tym zakresie, może mieć duże przełożenie chociażby na wyniki przyszłorocznych wyborów [od redakcji: KO, PSL i Razem poparły Lex Big Pharma, PiS wstrzymał się od głosu, obydwie Konfederacje były przeciwne].
Ludzie przecież dostrzegają to, że w Europie nie ma takich przepisów, które pozwalałyby w ten sposób „ministerstwu prawdy” rozstrzygać, co jest zgodne z aktualną wiedzą medyczną.
Analizowaliśmy dokładnie proponowane przepisy. Zgadzamy się, że można karać za nieuczciwą reklamę, za podszywanie się pod lekarza. Jeżeli jednak ktoś deklaruje, że nie jest lekarzem, że jego usługa nie jest poradą medyczną, ale np. jego klient chce się suplementować w proponowanym przez dietetyka zakresie, zauważając korzyści, pomoc w chorobie, to nikt nie powinien w to ingerować. To jest mój wybór, do kogo zwrócę się o wsparcie – czy będę chciał pójść skonsultować swój dobrostan do lekarza medycyny, czy do osoby, która nie ma tego tytułu, ale posiada na przykład kompetencje w dziedzinie żywienia. Na zasadzie swobody wykonywania działalności gospodarczej powinno być to absolutnie dopuszczalne i w żaden sposób nieograniczone.
Tym bardziej, że jak wspomniałem, zaczęliśmy zadawanie naszych pytań do Rzecznika Praw Pacjenta i Ministerstwa Zdrowia od celu legislacyjnego. Od tego, jakimi danymi, statystykami dysponują ci, którzy próbują przegłosować przepisy ograniczające wolność. A zatem: ile osób i z jakim skutkiem zrezygnowało z terapii, która jest przewidziana przez oficjalne procedury medyczne? Żeby w ogóle zakładać istnienie ryzyka i potrzeby takich ograniczeń, trzeba takie dane mieć w ręku.
Jaki, według Pana przewidywań, jest najbardziej prawdopodobny ciąg dalszy sprawy „Lex Big Pharma”?
Pomimo tego, w jakim miejscu dzisiaj jesteśmy, istnieje duża szansa, że te przepisy w taki czy inny sposób zostaną zablokowane.
Według mojej wiedzy, negatywnie wypowiadał się na ich temat Rzecznik Praw Obywatelskich. Zwiększa się systematycznie społeczna świadomość. Ludzie mają coraz większą wiedzę o tym, jak działa obecnie państwo, stając się coraz bardziej opresyjnym i przeciwnym zwykłemu obywatelowi polskiemu. Jego instytucje oficjalne najczęściej nie służą zwykłym ludziom, tylko tym najmożniejszym, dysponującym najpotężniejszymi narzędziami i środkami finansowymi.
W jednej z prowadzonych przez nas spraw mama przebadała we własnym zakresie preparat podawany dzieciom w ramach kalendarza szczepień. Wyniki były bardzo niekorzystne dla producenta. Ta kobieta wysłała wyniki do Głównego Inspektora Farmaceutycznego z wnioskiem o wszczęcie postępowania wyjaśniającego. GIS stwierdził jednak, że odmawia, gdyż ta osoba „nie ma interesu prawnego”; że taki interes, zgodnie z przepisami ma tylko producent. Taką opinię potwierdził następnie sąd administracyjny.
Ten przykład trafnie pokazuje, jak dzisiaj zbudowane jest i jak działa to państwo. Osoby, które mają prawo spodziewać się wsparcia od organów centralnych administracji – wydawałoby się, powołanych w celu ochrony ich praw – tak naprawdę pozostawiane są bez takiej pomocy.
Obrazuje to także sposób procedowania przepisów, o których rozmawiamy – tak mocno ingerujących w nasze wolności – i zlekceważenie zadawanych przez nas pytań.
Tego samego dowodzi także stawianie przed sądami branżowymi lekarzy, którzy w okresie „pandemii” Covid-19, wbrew przyjętemu schematowi, podejmowali się normalnego leczenia pacjentów, zgodnie z własną wiedzą i doświadczeniem.
Jestem podobnego zdania. Poglądy, które mają swoje uzasadnienie w literaturze medycznej, ale nie są oficjalnie popierane przez organy administracji czy samorządu lekarskiego, są bardzo skrupulatnie niwelowane. Ci lekarze są prześladowani w procesach sądowych właśnie za poglądy. Na przykład teraz przed Sądem Najwyższym, a być może także przed Trybunałem Konstytucyjnym, będą toczyć się procesy dotyczące apeli lekarskich związanych z Covid-19, wokół kwestii polityki pandemicznej państwa. Być może postępowania te doprowadzą w końcu do zniesienia obowiązku przynależności medyków do izb lekarskich.
Uważam, że wspomniane procesy lekarzy przypominały przypadki sądzenia przeciwników politycznych władzy z czasów komuny. Inna była tylko płaszczyzna tego sporu. Jednak, podobnie jak w poprzednim systemie, nie było ważne, co jest prawdą, czy ktoś ma w tym zakresie badania potwierdzające swoje stanowisko. Istotne było to, kto sprawuje w tym wypadku władzę sądowniczą; kogo powołamy na biegłego, i tak dalej.
Na przykład w sprawie lekarzy oskarżanych za apele przeciwko restrykcjom covidowym,
medycy byli sądzeni przez branżowe instancje lekarskie. Między innymi w składzie orzekającym zasiadała osoba, która otrzymywała pieniądze od producentów produktów farmaceutycznych krytykowanych w tych apelach. Jako biegłego sąd powołał współautora zaleceń rządowych, poddanych polemice w apelach lekarzy. Są to aspekty, które w normalnym procesie cywilnym uniemożliwiałyby sądzenie czy opieranie się na opinii takiego biegłego, z uwagi na podejrzenie braku bezstronności. Tymczasem dla samorządu lekarskiego wydawało się to naturalne – możemy was osądzić bez względu na to, co myślicie, jakie badania przedłożycie, bo my decydujemy, kto jest tutaj biegłym i kto jest tutaj sądem.
To właśnie przypominało mi mocno rzeczywistość „czasów minionych”. Istotne nie było to, kto mówi prawdę, tylko kto rozstrzyga.
Rozmawiał Roman Motoła






