Łukasz Warzecha: Prawdziwy kłopot z paktem migracyjnym

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Warzecha-pakt-migracyjny.jpg

Pakt Migracyjny wszedł w życie trzy dni temu. Opozycja – głównie PiS – wyciągnęła go znowu w charakterze straszaka i pałki na rządzących, jak zwykle pomijając milczeniem fakt, że rząd pana Morawieckiego na potęgę wpuszczał do Polski imigrantów zarobkowych. Przypomnijmy dane za 2022 r. – ostatni pełny rok rządów PiS. Dominowały pozwolenia na pracę dla Ukraińców. Spośród udzielonych w tamtym roku 365 tys. zezwoleń, Ukraińców dotyczyło 85 tys. Ale już na drugim miejscu były Indie (41 tys.), na trzecim Uzbekistan (33 tys.), na czwartym Turcja (25 tys.), na piątym Filipiny (22 tys.), na szóstym Nepal (20 tys.). Gruzini, przodujący w statystykach przestępczości cudzoziemców w relacji do liczby osób, to 4200 zezwoleń. (Tu trzeba pamiętać, że część pozwoleń to wznowienia.)

To za rządów PiS radykalnie wzrosła liczba pozwoleń na pracę dla mieszkańców państw islamskich – z 3200 w 2015 r. do blisko 131 tys. w 2022 r. – oraz dla mieszkańców krajów Afrykańskich – z 334 do ponad 12 tys.

Jak tłumaczył w Przysusze w ubiegłym roku Jarosław Kaczyński – tak trzeba było, bo tego domagali się przedsiębiorcy. Ci sami przedsiębiorcy, których przecież PiS nie słuchał w żadnej innej kwestii.

Dzisiaj politycy PiS pokrzykują, że pakt migracyjny to „wyrok dla Polski” i zapowiadają, że PiS, przejąwszy władzę, wypowie go. To są oczywiście bajki dla naiwnych. Nikt z nich nie wspomina, że ów pakt to w rzeczywistości pakiet dziewięciu rozporządzeń – czyli aktów prawa UE, stosowanych bezpośrednio w krajach członkowskich – oraz jedna dyrektywa. Tego nie da się „wypowiedzieć” – można najwyżej nie stosować. Co oczywiście łączyłoby się z postępowaniem przed TSUE z inicjatywy Komisji Europejskiej i dalszym ciągiem konsekwencji.

Zróbmy to razem!

Na temat samego paktu funkcjonuje wiele mitów. Wbrew plemiennemu podejściu, zawiera on również rozwiązania korzystne dla walki z nielegalną imigracją – na przykład połączenie w jedno decyzji o odmowie uznania wniosku o azyl i decyzji o deportacji. Dotychczas te dwie decyzje dzieliło często bardzo dużo czasu, co skutkowało tym, że imigranci uznani faktycznie za nielegalnych przebywali w UE miesiącami albo latami, a często zapadali się pod ziemię. Inna sprawa, jak skutecznie i konsekwentnie nowe przepisy będą stosowane.

Prawdą jest również, że państwo, które zobowiązane jest uczestniczyć w mechanizmie solidarnościowym ma względnie dużą swobodę wyboru, w jaki sposób chce to uczynić. Nie musi przyjmować imigrantów z kwoty wyznaczonej minimum rocznie na 30 tys. osób. Może zapłacić – 20 tys. euro za osobę – lub wybrać innego rodzaju wkład, na przykład pomoc własnych służb granicznych w procedowaniu starających się o azyl na miejscu ich przybycia, czyli w państwie będącym pod presją migracyjną. Może się oczywiście zdarzyć, że kraj będący pod presją migracyjną nie złoży wniosku o takie zamienne środki. Wówczas, zgodnie z rozporządzeniem 2024/1351 w sprawie zarządzania azylem i migracją, środki te zamienia się na wkład finansowy.

Konkluzja zatem byłaby taka, że pakt migracyjny nie jest tak tragiczny na poziomie praktycznych rozwiązań, jak chcieliby go pokazywać opozycyjni demagodzy. W istocie możemy, nawet w jego ramach, nie wpuścić na terytorium Polski ani jednego migranta, ponosząc oczywiście koszt na poziomie prawdopodobnie kilkuset milionów złotych rocznie.

Pakt jest jednak tragiczny na innym poziomie, którego się praktycznie nie dostrzega. Ten pakiet dokumentów został przyjęty przede wszystkim w interesie krajów, na które spada presja migracyjna. To państwa takie jak Grecja, Włochy, Hiszpania, Francja. Pośrednio również Niemcy, choć w znacznie mniejszym stopniu, jako że pakt ściśle reguluje kwestię przebywania migrantów w państwie pierwszego przybycia albo tym, które będzie za nich odpowiedzialne w ramach mechanizmu solidarnościowego. Jednak w tym właśnie sensie jest to dokument uchwalony również w niemieckim interesie, bo to właśnie Niemcy stawały się celem wewnątrzunijnych przemieszczeń nielegalnych imigrantów, pierwotnie przybywających na włoskie czy greckie wybrzeże. Teraz takie podróże staną się nielegalne.

Ważne jest to, że mamy tutaj konflikt żywotnych interesów krajów członkowskich. To, co jest fundamentalnie ważne na przykład dla Greków (zwłaszcza na wyspach Morza Egejskiego) jest również fundamentalnie ważne dla Polaków – tyle że w przeciwną stronę. Niemal nikt nie zadaje kluczowego pytania: czy w ramach mitycznej „solidarności europejskiej” inni mają prawo obarczać nas swoim problemem, gdy my z kolei mamy przekonanie, że takie obarczenie jest w konflikcie z naszymi najbardziej żywotnymi interesami? Uważam, że to jest niedopuszczalne – ale niestety w ramach mechanizmów unijnych jak najbardziej możliwe. Wszystkie akty prawne paktu były najpierw głosowane w Parlamencie Europejskim. Za najważniejszym z nich, wspomnianym już rozporządzeniem, zagłosowało w kwietniu 2024 r. dwoje polskich europosłów: Róża Thun i Włodzimierz Cimoszewicz. Grupa kilku innych zagłosowała za, ale potem w ramach korekty zmieniła swój głos na wstrzymujący się (m.in. Robert Biedroń i Leszek Miller). W maju tamtego roku pakt w postaci jednego pakietu głosowanego łącznie trafił do Rady UE, gdzie przeciwko były tylko Polska, Węgry i Słowacja – za mało, aby utworzyć mniejszość blokującą, która musiałaby łącznie zawierać przynajmniej cztery kraje członkowskie, mające w sumie powyżej 35 proc. ludności Unii.

Polityka migracyjna bezwzględnie powinna pozostawać domeną każdego z krajów członkowskich, a stworzenie obowiązkowego mechanizmu solidarnościowego jest pogwałceniem tej zasady. Sposób, w jaki zostało to wymuszone przynajmniej na trzech państwach, głosujących w Radzie UE przeciwko paktowi, każe zadać pytanie o sposób podejmowania decyzji w Unii w ogóle. Euroentuzjaści są zdania, że działa tu jakaś magiczna zasada wzajemności. Jeśli my w sprawie naszego fundamentalnego interesu ugniemy się przed potrzebami Włoch czy Grecji, to potem Włochy czy Grecja ugną się przed naszym. Nieprawda – a przykładem tego niech będzie choćby sprawa umowy z Mercosurem. Czy ktokolwiek może wierzyć, że gdybyśmy zagłosowali za paktem (niezależnie od tego, że przecież i tak wszedł w życie), to Włochy z wdzięczności odrzuciłyby ostatecznie umowę z krajami Mercosur? Nie – bo w Unii każdy dąży do maksymalizacji swojego zysku i ochrony własnego interesu, a „europejska solidarność” to mitologia z tomu „Bajeczki europejskie” autorstwa pani Róży Marii Barbary Gräfin von Thun und Hohenstein.

Nie jesteśmy zatem zdolni obronić naszych najważniejszych interesów, jeśli tylko mamy przeciwko sobie 55 proc. państw, mających w sumie 65 proc. ludności. A o to nietrudno. Cóż dopiero, gdyby weto zniknęło całkowicie, również w sprawach zagranicznych i obrony, na co przecież naciskają i Berlin, i Bruksela. Ten aspekt wejścia paktu migracyjnego w życie jest właściwie pomijany, a przecież jest kluczowy. Tak właśnie powinniśmy tę sprawę przede wszystkim widzieć: jako przykład radykalnego pogwałcenia naszych najważniejszych interesów, stawiający pod znakiem zapytania cały mechanizm decyzyjny UE w wersji, gdzie prawo weta zostało już ograniczone do absolutnego minimum.

Łukasz Warzecha

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: