Łukasz Warzecha: Wołyń – szczera zmiana czy koniunkturalizm?

W marcu 2022 r. pojechałem do redakcji tygodnika „Najwyższy Czas!”, żeby nagrać komentarz wideo. Siedziba tygodnika mieści się na Marymoncie, niedaleko trasy S8. Tomasz Sommer, redaktor naczelny, powiedział mi, gdy wychodziłem, żebym zajrzał na Skwer Wołyński, kilkadziesiąt metrów od redakcji, gdzie w 2013 r. postawiono pomnik ofiar wołyńskiego ludobójstwa, i zobaczył, jak ten monument teraz wygląda. Poszedłem zatem na skwer i oniemiałem. Prosty, betonowy pomnik – krzyż i kilka płyt z pamiątkowymi napisami – jest wciśnięty wstydliwie w kąt, zasłonięty ekranami dźwiękochłonnymi drogi ekspresowej, a tuż obok była pomazana graffiti budka transformatorowa. Nie było kwiatów, zniczy, a spomiędzy kostki brukowej i płyt pomnika wyrastała trawa.
Poruszony tym widokiem umieściłem na ówczesnym Twitterze zdjęcie pomnika i napisałem: „Nie z powodu obecnej sytuacji, ale akurat byłem obok. Oto w jak eleganckim otoczeniu, w miejscu kompletnie schowanym, umieszczono pomnik ofiar Wołynia”. Wpis zebrał kilkadziesiąt komentarzy, z których znaczna część pochodziła od oburzonych wielbicieli Ukrainy, zarzucających mi szczucie i mącenie, oczywiście pod dyktando Moskwy.
Nie z powodu obecnej sytuacji, ale akurat byłem obok.
— Łukasz Warzecha (@lkwarzecha) March 3, 2022
Oto w jak eleganckim otoczeniu, w miejscu kompletnie schowanym, umieszczono pomnik ofiar Wołynia. pic.twitter.com/RFSUx0HSKx
W ostatnią sobotę pomnik wyglądał całkiem inaczej: odświeżone miejsce, oficjele, kompania honorowa Wojska Polskiego, przemówienia, wieńce i bukiety kwiatów. W zespole cerkiewnym w Radrużu (miejsce doskonale mi znane z Festiwalu Rezonanse Fundacji inCanto) pan prezydent wygłosił naprawdę dobre wystąpienie, słusznie przy tym oddając hołd tym Ukraińcom, którzy w czasie wołyńskiego ludobójstwa zaryzykowali własne życie i ostrzegali lub nawet ukrywali Polaków. Trafnie wskazał, że to oni powinni spoczywać w narodowym panteonie Ukrainy, a nie zabójcy i animatorzy ludobójstwa.
Pan premier Tusk z kolei chyba po raz pierwszy odezwał się w rocznicę krwawej niedzieli, bo dotychczas bardzo unikał wypowiadania się na temat ukraińskiego ludobójstwa właśnie w ten dzień. Jego wypowiedź była jednak w charakterystyczny sposób obła. Sugerował, że w Polsce na nacjonalizmie ukraińskim korzystają jakieś ekstremalne, także skrajnie nacjonalistyczne środowiska. Zapowiedział powstanie Muru Pamięci, na którym mają zostać umieszczone nazwiska każdej zidentyfikowanej ofiary – ale ta zapowiedź była również mglista i niekonkretna. Nie tylko nie wiadomo, gdzie taki mur miałby zostać wybudowany i kto miałby się zająć realizacją tego zadania, ale również, jakie nazwiska właściwie miałyby się tam znaleźć. Pan premier mówił o ofiarach zbrodni ukraińskiego ludobójstwa, lecz również innych ofiarach wojen XX w., spoczywających na Ukrainie. Czy zatem Mur Pamięci ma być poświęcony specjalnie ofiarom ukraińskiego ludobójstwa na Polakach czy może cywilnym ofiarom innych konfliktów? I czy tylko tym spoczywającym na Ukrainie? Nie wiadomo – i jest to bardzo typowe dla pana Tuska. Nie założyłbym się nawet o 10 złotych, że to upamiętnienie faktycznie zostanie stworzone.
Nie założyłbym się również dlatego, że wiem doskonale, jak wiceprzewodniczący Koalicji Obywatelskiej pan Rafał Trzaskowski od kilku lat lekceważy bardzo umiarkowany, mający poparcie wielu osób publicznych, dobrze udokumentowany wniosek Stowarzyszenia Wspólnota i Pamięć o zbudowanie na Powązkach krzyża poświęconego ofiarom ludobójstwa ukraińskiego.
Najbardziej spektakularna zmiana dokonała się w największej obecnie partii opozycyjnej. Te same osoby, które jeszcze trzy lata temu namiętnie śledziły „ruskie onuce”, dzisiaj z równą zaciętością śledzą przejawy banderyzmu. W Parlamencie Europejskim z ogniem w oczach niedawno rezolucję na jego temat prezentowała pani Małgorzata Gosiewska, która trzy lata temu, w 80. rocznicę kulminacji ludobójstwa jako wicemarszałek Sejmu, pytała pana Grzegorza Brauna w kontekście jego bardzo akurat stonowanego i celnego wystąpienia, ile „rubelków” za nie dostał. Ci, którzy trzymali się z daleka od Domostawy, kiedy odsłaniano tam pomnik ofiar wołyńskiego ludobójstwa, dzisiaj koniecznie chcą się ogrzać w blasku tego mocnego dzieła.
Wszystko to sprawia, że mam mocno ambiwalentne odczucia. Z jednej bowiem strony czuję satysfakcję i radość, że presja, uporczywa praca publicystyczna, a w przypadku mnóstwa zwykłych ludzi – nieustający nacisk na polityków i setki tysięcy wpisów w mediach społecznościowych – wszystko to przyniosło skutek i wymusiło na politykach z głównych partii zmianę tonu.
Z drugiej jednak strony ta satysfakcja jest gorzka. Sama zmiana tonu bowiem nie niesie ze sobą jeszcze żadnych skutków. Gdy Pan premier ogłaszał w sobotę, że doprowadził do wznowienia procesu poszukiwań i ekshumacji, to bardzo mocno niestety rozmijał się z prawdą. Wydaje się to oczywiste, ale trzeba to powtarzać: zgoda Ukrainy na poszukiwania, a potem ewentualnie ekshumacje (niekoniecznie to pierwsze oznacza automatycznie to drugie) w pojedynczych miejscach nie oznacza, że proces toczy się normalnie. Liczba miejsc improwizowanych pochówków jest szacowana nawet na tysiąc. Ukraina z trudem zgodziła się dotąd na prace może na obszarze 1 procenta z nich. Polska nie otrzymała żadnej blankietowej zgody, na podstawie której mogłaby poszerzać obszar działań naszych służb.
Zadaję sobie także pytanie, jaką wartość ma retoryczna zmiana stanowiska, pozbawiona refleksji nad własnymi błędami i przyznania się do nich. To się oczywiście nie pojawia u przedstawicieli rządzącej partii – ale tutaj zmiana jest stosunkowo niewielka. Przede wszystkim zaś nie pojawia się jednak w ugrupowaniu pana Kaczyńskiego, którego przedstawiciele niezmiennie twierdzą, że w sprawie Ukrainy działali znakomicie i nie mają sobie niczego do zarzucenia. Taką linię podtrzymywał w rozmowie w cyklu „Warzecha Kontra” jeden z najaktywniejszych niegdyś łowców „onuc”, pan Paweł Jabłoński, któremu nagle gdzieś zgubił się znaczek ze skrzyżowanymi flagami polską i ukraińską, jaki ostentacyjnie nosił w klapie marynarki przez długi czas. To samo opowiada dzisiaj pan Mateusz Morawiecki w typowym dla siebie, skrajnie bezczelnym tonie.
Czy zatem powinniśmy się cieszyć – my, którzy naciskaliśmy mocno i konsekwentnie na oparcie relacji z Kijowem na realnej ocenie nastawienia naszych sąsiadów zamiast propagandy i groźnych iluzji? Całkiem szczerze mówiąc: nie wiem. I zapewne się tego nie dowiemy do momentu, gdy ci, którzy dzisiaj okazują się przeciwnikami banderyzmu i powtarzają, że „z Banderą do Unii Ukraina nie wejdzie”, nie przejmą ponownie władzy i nie będą mieli okazji dowieść, że nie byli jedynie odstręczającymi koniunkturalistami. Do tego momentu – proszę wybaczyć – nie mogę przezwyciężyć odruchu odrazy, gdy słucham ich wywodów na ten temat.
Łukasz Warzecha







