Niemcy czerwienieją. Pochodzi z tureckiej rodziny, przejmuje Berlin

Niedzielne wybory w Niemczech pokazują dwie rzeczy: sukces lewicowej strategii podmiany ludności oraz totalną klęskę chadecji.
Berlin od lat jest miastem głęboko lewicowym. Dotąd rządził w nim burmistrz z CDU, Kai Wegner, ale polityk zbudował koalicję z socjaldemokratyczną SPD - i zdecydowanie popierał rozmaite lewicowe postulaty. Chętnie przechadzał się na przykład w tęczowych paradach. Konserwatyzm CDU w Berlinie był zatem tylko figurą retoryczną.
Teraz lewica bierze wszystko. W wyborach wygrała postkomunistyczna Die Linke. Radykalnie lewicowa formacja otrzymała aż 25,7 proc. głosów, rosnąc ponad dwukrotnie względem poprzednich wyborów. Poza tym zyskały jeszcze dwie formacje: Alternatywa dla Niemiec otrzymała 16,3 proc. głosów (+7,2 pkt. proc.), a nowa lewicowa partia BSW 4,7 proc. głosów - co oznacza, że nie przekroczyła progu wyborczego.
Inne formacje straciły: CDU otrzymała 18,8 proc. głosów, co oznacza spadek o 9,4 pkt. proc.; stracili też Zieloni oraz SPD.
Nowy rząd utworzy prawdopodobnie koalicja Die Linke z SPD, ewentualnie z dodatkiem Zielonych. Burmistrzem Berlina zostanie Elif Eralp, która pochodzi z tureckiej rodziny. Rodzice pani Eralp w 1980 roku opuścili Turcję i przenieśli się do Niemiec z powodów politycznych. Przyszła burmistrz Berlina urodziła się w Monachium, później mieszkała w Hamburgu. Do Berlina przyjechała dopiero w 2010 roku.
Fakt, że burmistrzem Berlina zostaje Niemka z tureckiej rodziny pokazuje bardzo dobrze: strategia tzw. podmiany ludności po prostu działa. Berlin staje się coraz bardziej lewicowy, bo ludność imigrancka głosuje właśnie na lewicowe partie. Jeżeli zsumować wynik Die Linke, Zielonych, SPD oraz BSW - to łącznie daje to prawie 57 procent! A kilka procent głosów otrzymały też niewielkie lewicowe ugrupowania, jak choćby Partia Ochrony Zwierząt...
Wcześniejsze sondaże dawały Alternatywie nawet 20 procent, podobnie jak chadecji. Okazało się, że oba ugrupowania uzyskały jednak znacząco gorszy wynik. Berlin stał się wyraziście czerwony - i nie ma wątpliwości, że to zasługa nie tylko lewicowej kultury tego miasta, ale również mas imigrantów, którym władze stolicy RFN chętnie nadają obywatelstwo.
Zupełnie inny jest krajobraz w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Tam historyczną porażkę poniosła CDU. Partia otrzymała 4,9 proc. i nie wejdzie do landowego parlamentu, pierwszy raz w historii. Ogromnie zyskała za to Alternatywa dla Niemiec. Partia wygrała wybory, otrzymując aż 38,2 proc. głosów - o 21,5 pkt. proc. więcej, niż w poprzednich wyborach. Alternatywa nie będzie jednak rządzić, bo 35,5 proc. głosów otrzymała SPD pod wodzą słynnej Manueli Schwesig, która w przeszłości działała na rzecz budowy Nord Stream. Czerwona Schwesig zbuduje koalicję z lewicowymi formacjami, AfD będzie zatem w opozycji.
Wynik Alternatywy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim nie jest zaskoczeniem, ale silna klęska CDU - już tak. Nie da się wykluczyć, że będzie to mieć konsekwencje dla samego kanclerza Friedricha Merza. Wcześniej media donosiły, że polityk może zdecydować się na rezygnację z szefowania CDU i urzędu kanclerskiego, jeżeli jego ugrupowanie poniesie kolejne porażki. Tak się tymczasem stało.
Z perspektywy długoterminowej widać, że CDU będzie coraz trudniej utrzymać dominującą pozycję w kraju. Partia jest w ewidentnej fazie schyłkowej, a sympatia wyborców przerzuca się na AfD. Nie widać powodu, dla którego miałoby to się zmienić.
Z drugiej strony, postępujące nasycenie RFN migrantami będzie promować raczej lewicowe ugrupowania. Trudno sobie wyobrazić, by w landach zachodnich, gdzie odsetek przybyszów jest bardzo wysoki, AfD otrzymała kiedykolwiek wynik pozwalający jej na stworzenie samodzielnych rządów. Wprawdzie część migrantów głosuje chętnie na tę partię, ale dotyczy to raczej Europejczyków. Przybysze z krajów islamskich zwykle nie chodzą na wybory. Jeżeli będą obawiać się AfD, mogą pójść do urn - i tak jak w Berlinie, poprzeć formacje lewicowe.
Pach






