O. Jarosław Wysoczański OFMConv: Nigdy nam przez myśl nie przeszło, aby opuścić Pariacoto

uratowane-krzyze-AB.jpg
Fot. AB/PCh24.pl

- Pasterz nie opuszcza swojej owczarni – te słowa stały się testamentem polskich franciszkanów z Pariacoto, zamordowanych przez komunistyczny Świetlisty Szlak 9 sierpnia 1991 roku. O niezwykłej logistyce misyjnej, zmaganiach z językiem, radościach andyjskiej posługi oraz o mrocznym cieniu terroru, który wkradł się w sam środek zakonnej codzienności opowiada o. Jarosław Wysoczański OFMConv w rozmowie z Martą Dybińską.

 

Proszę Ojca, jechaliście w nieznane, karmiąc się tylko opowieściami i wyobraźnią. Co z tej początkowej wizji przetrwało po zderzeniu z prawdziwym Pariacoto i co Was tam najbardziej zaskoczyło?

Zróbmy to razem!

Chcieliśmy być obecni na 500-lecie ewangelizacji w Peru. Dla nas była to wielka „wędrówka”, wielka przygoda – wyobrażanie sobie z tekstu pisanego miejsca, w którym będziemy na misji. W tamtych czasach nie było internetu, nie mogliśmy sprawdzić, jak jest w tym Pariacoto – jakie to miejsce, jakie tereny, jaka diecezja… Nasze wyobrażenia krążyły między morzem a potężnymi górami – Andami. Oprócz tego jeden ze współbraci, o. Peregryn Ziobro, leciał z Boliwii do Limy, do Peru i do Pariacoto. Odwiedził osobiście te wszystkie miejsca, które miały być przeznaczone pod przyszłą misję. Oczywiście spotkaliśmy się z nim i on nam bezpośrednio przedstawił swoją wizję. To było duże wyzwanie. Byliśmy pełni pasji, chcieliśmy jak najszybciej „wchłonąć” to, o co tam będzie chodziło, ale to był dopiero pierwszy okres.

 

Jak wyglądała nauka hiszpańskiego?

Podjęliśmy działania, aby znaleźć nauczyciela. To nie było takie proste. Ojciec prowincjał wyznaczył nas, abyśmy zostali we Wrocławiu. Tam spotkaliśmy panią, która pracowała w tamtejszym Muzeum Narodowym i znała hiszpański bardzo dobrze, więc przygotowywała nas językowo. Oczywiście chłonęliśmy też literaturę, jaka tylko była dostępna na temat Peru.

 

Jak zapamiętał Ojciec tę długą drogę i logistyczną trasę do Limy?

 

Lecieliśmy przez Moskwę – to był mocny moment. Udało nam się na lotnisku Szeremietiewo poprosić panią, która rozdzielała hotele, o nocleg, ponieważ musieliśmy tam spędzić dwie noce. W tamtym czasie Aerofłot był linią dla rybaków radzieckich, którzy mieli bardzo dobry kontakt z Peru, i stąd wybraliśmy te linie, bo było najtaniej. Dzięki temu mieliśmy okazję spędzić dwie noce w dobrym hotelu, po raz pierwszy w życiu (uśmiech). Przez Shannon w Irlandii, później Gander w Kanadzie, wylądowaliśmy na Kubie, skąd polecieliśmy prosto do Limy.

 

Jak wyglądała ta podróż?

W Peru przywitał nas bardzo gorący klimat. Mieliśmy tylko adres do biskupa i jednej polskiej rodziny. Nie było zbyt dużo informacji na temat tego, gdzie mamy jechać, a język był nam prawie całkiem obcy. Mieliśmy jednak wielkie zaufanie do Pana Boga i byliśmy spokojni. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, jakimś sposobem biskup dowiedział się od asystenta generalnego o naszym przyjeździe. Zorganizował o. Sasina – oblata od Oblatów Św. Józefa, który wraz z innymi swoimi współbraćmi z zakonu przyjął nas na lotnisku i przez pierwsze dni służyli nam jako tłumacze. Czuliśmy się bardzo błogosławieni i zaopiekowani – widzieliśmy, że Opatrzność nad nami czuwa. W ani jednym momencie nie mieliśmy poczucia opuszczenia. Losy tak się układały, że przyjmowały nas osoby bardzo życzliwe, pełne serdeczności, gościnności i profesjonalnej pomocy. O. Sasin szybko pomógł nam m.in. w zdobyciu karnetów rezydenta w Peru – to był prawie cud.

W czasie, kiedy przylecieliśmy do Peru, czuło się już walkę ze Świetlistym Szlakiem. Często dochodziło do przerw w dostawie prądu. Pomimo tej trudnej sytuacji udało nam się szybko zdobyć potrzebne dokumenty i po prostu stać się częścią tej peruwiańskiej historii.

 

Mieliście jakiś kontakt z rodzinami po przylocie?

Jedyną naszą komunikacją był telefon. Ze dwa, trzy razy dzwoniliśmy do Polski, do naszych przełożonych. To też ciekawa historia – ojciec, który odebrał telefon w kraju, napisał później do naszych rodzin list, w którym streścił naszą rozmowę. Dowiedziałem się o tym fakcie dopiero po latach. To niesamowite, jak to wszystko wtedy funkcjonowało.

 

Jakie były Wasze pierwsze kroki na peruwiańskiej ziemi, po opuszczeniu stolicy?

 

W momencie, kiedy przylatujemy ze Zbyszkiem do Peru, przez około dwa tygodnie jesteśmy w Limie. Później jedziemy na krótki pobyt do Chiclayo – miasta, w którym działał obecny papież, Leon XIV. Po Chiclayo pojechaliśmy do Chimbote – tam bardzo krótko byliśmy gośćmi bpa Luisa Bambaréna, a później się rozdzieliliśmy. Zbyszek pojechał na kilka miesięcy do Moro – wioski w górach, a ja pozostałem w Chimbote.

 

Czemu taki podział?

Zależało nam bardzo na tym, aby poznać rzeczywistość lokalnego Kościoła. Ja poznawałem specyfikę ewangelizacji w mieście, a Zbyszek – rzeczywistość gór. Był u boku o. Pablo Finka, Austriaka, człowieka bardzo wykształconego, który wprowadzał go w świat Andów. Kiedy w sierpniu przylatuje Michał, lądujemy już razem w Pariacoto i oficjalnie obejmujemy tę misję. Wspólnie z siostrami Służebniczkami NSPJ kreślimy programy strategiczne naszej misji, wsłuchując się w ich głos, ponieważ siostry znały tamtą rzeczywistość najlepiej.

 

Było więcej radości czy smutku?

Na pewno było więcej radości, bo od początku czuliśmy się zaopiekowani i przyjęci bardzo gościnnie. Wyczekiwanie sióstr oraz wielkie pragnienie współpracy i bycia na misji razem było czymś niesamowitym. W momencie, kiedy człowiek czuje się kochany, jest młody, pełen entuzjazmu i wie, że otrzymuje wspaniałą odpowiedź drugiej strony – powodów do radości i satysfakcji jest bardzo dużo. Kościół południowoamerykański jest niezwykle otwarty na Słowo Boże. Odpowiedź ludu i owoce, jakie można było dość szybko zobaczyć, nieustannie dodawały nam entuzjazmu. Kiedy jednak coraz głębiej wchodziliśmy w tę rzeczywistość i zaczynaliśmy realnie patrzeć na wszystko wokół, naszą uważność budziły sygnały mówiące o kolejnych atakach terrorystycznych.

 

To prawda, że wśród Was – jako kandydat do zakonu – pojawił się człowiek powiązany ze Świetlistym Szlakiem?

Tak, to prawda. Miał na imię Romel. Mam nawet gazety, w których opisano jego oficjalne wykrycie – został złapany przez policję i pokazany publicznie. Ten człowiek podawał się za lekarza. Przyjęliśmy go do zakonu, ale od początku było widać, że coś tam nie funkcjonuje. Zbyszek jako wychowawca odpowiadał za formację. Później odkryliśmy, że Romel kłamał. Udowodniliśmy mu kłamstwo i podziękowaliśmy mu za współpracę. Nie mamy bezpośrednich dowodów na to, że uczestniczył w samej akcji porwania męczenników, ale na pewno był terrorystą. W pewnym momencie wzbudzał w nas strach, bo byliśmy w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewni, że jest związany ze Świetlistym Szlakiem. Wiem, że wyszedł już z więzienia. Chciałbym się z nim kiedyś spotkać…

 

A co z pogróżkami? Nie czuliście, że komuś przeszkadza Wasza obecność i działalność?

W Pariacoto zostaliśmy bardzo życzliwie przyjęci przez ludzi. Co więcej – sołtys, który później zginął z rąk terrorystów, był stuprocentowym komunistą, a mimo to z nami współpracował. Miałem z nim spotkanie na niedługo przed moim wyjazdem do Polski. Jasno mi wtedy powiedział, że to, co robimy, bardzo mocno współgra z potrzebami mieszkańców: „Ojcowie robią to, co jest dla nas najważniejsze” – to znaczy, są z ludem. Zapewniał mnie: „Proszę się nie bać, nic Wam się tutaj nie stanie”. Sam biskup mówił nam, że jeśli chcemy, możemy w każdej chwili opuścić Pariacoto. Jednak wspólnie z siostrami uznaliśmy, że nie ma takiej opcji, bo czuliśmy się bezpieczni.

 

Czemu tymczasowy powrót do kraju w ogóle nie wchodził w grę?

Wchodził. Zawsze mogliśmy poprosić…

 

To dlaczego nie chcieliście?

Po prostu: chcieliśmy być z ludem. Biskup proponował, żeby na jakiś moment zawiesić misję w Pariacoto, ale odpowiedzieliśmy, że chcemy z nimi zostać. Pasterz nie opuszcza swojej owczarni. Nigdy nam przez myśl nie przeszło, aby opuścić Pariacoto. Choć sytuacja była napięta – Zbyszek tuż przed śmiercią był w Limie i zobaczył, że na murze naszego klasztoru ktoś napisał: „PERU BĘDZIE TWOIM GROBEM”.

 

W jakich okolicznościach dowiedział się Ojciec, że współbracia zostali zabici?

Dowiedziałem się z Teleexpressu. To był potwornie smutny moment. Przebywałem wtedy w odosobnionym miejscu w Polsce, żegnając się z moją rodziną. Pożegnania zawsze są trudne, ale to było wyjątkowe – tak jakbym podświadomie coś przeczuwał z moim śp. Tatusiem. Bracia zginęli w piątek czasu peruwiańskiego, ale w sobotę było już wiadomo, że zostali zamordowani.

 

Młodzi mężczyźni, pełni energii, i nagle staje przed nimi grupa terrorystów z bronią… Nie boją się?

Na pewno Michał się trząsł. Mamy poruszające świadectwo, w którym ktoś wspomina: „A ten, taki potężny, upadł jak gołąbek…”. Te słowa ogromnie mnie wzruszają, bo kryje się w nich nieprawdopodobna pokora i całkowite oddanie Panu Bogu. Zbyszek z natury był twardszy, bardziej odporny. Ostatnie znane słowa, jakie wypowiedział, skierował do Beto – chłopaka, który pomagał nam uruchamiać generator prądu na Msze święte. Gdy terroryści wsadzali już Zbyszka do samochodu, powiedział tylko: „Beto, zamknij drzwi, zamknij bramę”. To pokazuje, że męczeństwo wchodzi w sam środek zwykłej codzienności, a jego ostateczna akceptacja dokonuje się w tajemnicy ludzkiego serca.

 

Po jakim czasie zdecydował się Ojciec na powrót do ogarniętego terrorem Peru?

Lądowałem w Peru, na lotnisku akurat przygotowywano transport ciała o. Alexandro Dordiego do Włoch (włoskiego misjonarza zabitego przez ten sam oddział kilkanaście dni później). Ktoś na lotnisku prosto w oczy zapytał mnie wtedy: „Po coś tutaj przyjechał? Przecież tu jest wojna…”. To był niesamowicie trudny czas.

 

W czasie tych kolejnych, trudnych misji modli się Ojciec za wstawiennictwem swoich błogosławionych współbraci?

Oczywiście. Przez kolejne lata byłem w Afryce, służyłem przez dwanaście lat w Rzymie, odwiedzając właściwie wszystkie sześćdziesiąt cztery kraje, w których posługuje nasz zakon. Przez ostatnie sześć lat pracuję na granicy Stanów Zjednoczonych z Meksykiem. W tym wszystkim nieustannie czuję bliskość Zbyszka i Michała. Oni bardzo mi pomagają. Czuję się najszczęśliwszym przełożonym na świecie, bo mam w niebie dwóch tak potężnych orędowników. Pan Bóg dał im łaskę Ducha Świętego, by nie uciekli przed niebezpieczeństwem i pozostali wierni aż do samej śmierci.

Bóg zapłać za rozmowę.

Marta Dybińska

 

meczennicy.jpg
Fot. Meczennicy.Franciszkanie.pl

Polscy męczennicy z Pariacoto: byli pasterzami, którzy w pełni oddali się Panu Bogu i ludziom [PORUSZAJĄCA ROZMOWA Z PROMOTOREM KULTU]

Normalnie gdy ktoś umiera, bierzemy różaniec, książeczkę i modlimy się za zmarłego. A tamci ludzie nie modlili się za braci, tylko przez ich wstawiennictwo. To był pierwszy znak dla Kościoła, że ci nasi bracia byli wyjątkowi. Ludzie przyprowadzali swoje dzieci, chcieli aby dotknęły ciał misjonarzy – mówi brat Jan Hruszowiec, promotor kultu polskich męczenników z Pariacoto. W piątek 7 czerwca przyp...Czytaj dalej

 

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: