Paweł Chmielewski: Abp Fulton Sheen w obliczu zmierzchającego Zachodu

Arcybiskup Fulton Sheen wierzył w Zachód. Miał nadzieję, że komunistyczne błędy, które zrodziły się przecież na tym właśnie Zachodzie, ostatecznie przegrają. Chociaż dobrze przewidział upadek Związku Sowieckiego, dziś świat Zachodu wygląda znacznie gorzej niż w jego czasach.
W czwartek 24 września Kościół katolicki zyskuje nowego błogosławionego. To Fulton Sheen, jeden z najsłynniejszych ludzi Kościoła w Ameryce, popularny i charyzmatyczny kaznodzieja, dziś czytany chętnie również w Polsce. Spuścizna urodzonego w 1895 roku w El Paso w stanie Illinois hierarchy jest szalenie obfita. Chyba wszyscy zainteresowani historią katolicyzmu w USA albo też historią ewangelizacji w mediach wiedzą, jakie są jego zasługi: dzięki audycjom w radiu i programom w telewizji wiarę katolicką poznawały miliony ludzi – ateiści, protestanci, letni katolicy, a część z nich faktycznie się nawróciła. Dziś arcybiskup Sheen przemawia głównie za sprawą tekstu, czy to poprzez książki czy artykuły internetowe, nadal wzbudzając duże zainteresowanie.
Nieudane przypisanie do obozów kościelno-politycznych
Jest chętnie cytowany przez wszystkich, zarówno katolików spoza ustalonych obozów kościelno-politycznych, jak i przez grupy bliższe ideom charyzmatycznym oraz te, które orientują się na integryzm, choć dyskusja o konkretnym „przypisaniu” Sheena do jednego nurtu wciąż trwa i jest odległa od rozstrzygnięcia. Do czasów II Soboru Watykańskiego arcybiskup tradycyjne nauczanie Kościoła, czyniąc to zresztą z wielką prostotą i jasnością. Po Vaticanum II – już jako dość sędziwy człowiek – stanął zdecydowanie po stronie tego, co uchodziło wówczas za przejawy soborowej odnowy; zaakceptował między innymi reformę liturgiczną i krytycznie oceniał tych, którzy nie chcieli przyjąć wszystkich wypowiedzi zgromadzenia Jana XXIII i Pawła VI. Kościół katolicki w Ameryce miał jednak wówczas swoje problemy i specyficzne nadzieje; nie było tam w gruncie rzeczy nikogo na miarę kardynała Alfredo Ottavianiego czy Marcela Lefebvre’a. Można powiedzieć, że „kolektywną” decyzją Kościoła w USA II Sobór Watykański został przyjęty jako rozstrzygające słowo na resztę XX wieku, a arcybiskup Fulton Sheen po prostu tego nie kwestionował. Można zatem powiedzieć, że debata nad przypisaniem Sheena do obozów progresywnego albo integrystycznego jest anachroniczna, a jako taka – nierozstrzygalna.
Problem demokracji
Z perspektywy tradycyjnej nieco większą trudność sprawia stosunek Sheena do demokracji. Kiedy dokumenty Sheena czyta współczesny katolik integrystyczny, łatwo dostrzeże w nich dość problematyczne podejście do ustroju demokratycznego. Arcybiskup był na przykład niezwykle zagorzałym admiratorem amerykańskiej „Deklaracji niepodległości”. Problem w tym, że tego dokumentu nie da się uznać za tekst katolicki - słowo Bóg pojawia się tam przecież tylko raz, ale z dookreśleniem - Bóg natury, tak, że mogą to zaakceptować nawet wolnomularze. Stąd niekiedy zarzuca się Sheenowi predylekcję do pewnych elementów amerykanizmu, błędu, który potępił Leon XIII w liście apostolskim „Testem benevolentiae” z 1899 roku. Sheen wysoko cenił też pierwszą poprawkę do amerykańskiej konstytucji, która gwarantuje wolność religijną. Wysoka ocena tego zapisu prawnego jest poniekąd zrozumiała w kontekście mniejszościowego statusu katolicyzmu w USA; niemniej jednak ta sama poprawka obejmuje ochroną również błąd i herezję, trudno zatem uznać ją za katolicki ideał - to raczej ujęcie prawne, które w określonych warunkach politycznych daje się tolerować. Pamiętając o tych zastrzeżeniach, w dniu beatyfikacji arcybiskupa warto jednak skupić się na tej części jego myśli, która może być wykorzystana przez nas z dużym pożytkiem.
Zachód kontra komunizm
To można zrobić na podstawie pracy „Kościół, komunizm i sumienie Zachodu”. Kiedy arcybiskup pisał tę książkę, Związek Sowiecki stał u szczytu potęgi. Zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i w zachodniej Europie powszechnie przeciwstawiano sobie rosyjski system komunistyczny i zachodnią wolność. Fulton Sheen nie likwidował tego przeciwieństwa, ale wskazywał, że na pewnym poziomie nie jest ono wcale tak ostre, jak mogłoby się wydawać. Ostatecznie rzecz biorąc, komunizm wyrósł przecież z zachodniej myśli. Tak o tym pisał:
„[N]ależy pamiętać, że filozofia komunizmu nie jest pochodzenia rosyjskiego, lecz pochodzi ona z Zachodu. Należy do cywilizacji zachodniej. To straszna myśl – tym bardziej straszna, że prawdziwa. Filozofia komunistyczna to nic innego jak mieszanina, potpourri, melanż, mieszanka całego taniego – deistycznego, sceptycznego, racjonalistycznego i ateistycznego myślenia XVIII i XIX w. To produkt świata zachodniego, a zarazem wyrok na ten świat wydany: produkt, bo go spłodziło złe myślenie zachodnie, wyrok, bo powraca on do Zachodu, żeby nas swoim złem prześladować”.
Świat bez Boga
W czasach Fultona Sheena to komunistyczne ukąszenie systemu zachodniego było już całkiem dobrze widoczne, w jego ocenie – przede wszystkim za sprawą skrajnego indywidualizmu. Ideologia komunistyczna, jak wskazywał w powyższym cytacie, jest ostatecznie pochodną myślenia, które usuwa Boga z życia człowieka – niezależnie od tego, czy chodzi o deizm, sceptycyzm, racjonalizm czy ateizm. Od strony czysto filozoficznej poglądy te mogą się różnić, ale kiedy przełoży się je na praktykę życia politycznego, to różnica będzie niezauważalna: w każdym przypadku likwidowany jest wpływ Boga na życie publiczne. Czy Boga nie ma (ateizm), czy też jest, ale nie oddziałuje (deizm) – to człowiek staje się ostatecznym punktem odniesienia. Z tego właśnie może rodzić się zarówno fałszywy kolektywizm, jak i fałszywy indywidualizm – oba systemu zasadzają się na uznaniu człowieka za jedyną miarę tego, co dobre i złe, co dopuszczalne i zabronione. Jan Jakub Rousseau przekonywał, że kiedy na gruncie rzekomej umowy społecznej jednostka wchodzi do politycznej społeczności, to oddaje się jej całkowicie – ta wspólnota przejmuje nad nią de facto całkowitą kontrolę. Teoretycznie jednostka zachowuje prawa nienaruszalne przez społeczność, niemniej jednak to społeczność jest źródłem tych praw. Innymi słowy, ludzka wspólnota przyjmuje rolę Boga – definiuje ostateczne warunki moralne ludzkiej egzystencji.
Zmiany społeczne
Konsekwencje tego wspólnego rdzenia ujawniły się z bardzo brutalną siłą jeszcze za życia arcybiskupa Sheena. W 1920 roku w Związku Sowieckim zalegalizowano dzieciobójstwo prenatalne. W imię emancypacji kobiet oraz ich prawa do samostanowienia możliwe stało się mordowanie dzieci poczętych – sowiecki kolektyw polityczny uznał, że to nie są ludzie, a w każdym razie że nie zasługują na żadne niezbywalne prawa. Dokładnie to samo zrobił amerykański demokratyczno-liberalny kolektyw polityczny w roku 1973. Sąd Najwyższy USA dopuścił wówczas aborcję, wskazując na emancypację kobiet oraz ich prawo do samostanowienia. Komuniści czy demokratyczni liberałowie, bez różnicy – w obu przypadkach to władza polityczna stanęła w miejscu Boga, uznając, że ma prawo definiować dobro i zło, prawo i moralność. W kolejnych dziesięcioleciach na Zachodzie proces separacji życia społecznego od prawa naturalnego i Bożego objawienia tylko postępował. Arcybiskup Sheen nie oglądał już triumfu ideologii sodomickiej, upowszechnienia procedury in vitro, marszu eutanazji i innych „zdobyczy” tego samego, rewolucyjnego ducha, który za jego życia doprowadził do legalizacji masowego zabijania dzieci.
Niejasna przyszłość Rosji
W książce „Kościół, komunizm i sumienie Zachodu” arcybiskup przekonywał, że Związek Sowiecki upadnie, a Rosja przejdzie przez proces duchowego odrodzenia. Choć pierwsze przewidywanie Fultona Sheena spełniło się wcale niedługo po jego śmierci, drugie jest wciąż wielką niewiadomą. Federacja Rosyjska, wolna od komunizmu, nie jest bynajmniej wolna od potępionych przez Matkę Bożą w Fatimie błędów komunizmu. Państwowość rosyjska nadal dopuszcza różnego rodzaju zbrodnie i depcze prawo naturalne; od kilka lat prowadzi też brutalną wojnę na Ukrainie. Nawrócenie Rosji pozostaje zatem postulatem – zresztą, po prawdzie tak samo, jak nawrócenie Zachodu z dokładnie tych samych, rewolucyjnych błędów.
Zmierzch Zachodu czy odbudowa w oparciu o cnoty?
Tuż po zakończeniu I wojny światowej niemiecki myśliciel Oswald Spengler ogłosił swoje słynne dzieło „Zmierzch Zachodu”. W pewnym sensie można je przeciwstawić temu, co pisał w swoich książkach Fulton Sheen. Według Spenglera, cywilizacje są podobne do bytów biologicznych – każda z nich ma okres wzrostu i uwiądu. Admirator pruskiego modelu państwowego uważał, że Zachodu nie da się już uratować – z racji fundamentalnych jest skazany na śmierć i zastąpienie przez inne formy cywilizacyjne. Fulton Sheen nie przyjmował nigdy takiego katastroficznego determinizmu. Przetrwanie Zachodu warunkował wiernością wobec Boga i cnotami: jeżeli Zachód będzie budować się wokół tego, co obiektywnie (sic) dobre, będzie w stanie wpływać na kształt świata.
Ponad sto lat po publikacji „Zmierzchu Zachodu” bieg dziejów wydaje się przyznawać Spenglerowi rację: wprawdzie Zachód nadal istnieje, ale jawi się coraz silniej jako schyłkowy. Cnoty odchodzą do lamusa, zachodnie społeczeństwa pogrążają się w nihilistycznym hedonizmie. Czy to oznacza, że nadzieje arcybiskupa Sheena były od początku złudne? Nie sądzę. Jako wierzący katolik Sheen doskonale rozumiał znaczenie wolnej woli człowieka. Ludzka historia nie jest w żaden sposób określona – to otwarta karta, którą zapisują dzieje współpracy między człowiekiem a Bogiem albo też dzieje odmowy tej współpracy.
Skoncentrowanie świata Zachodu wokół nadprzyrodzoności jest zawsze możliwa – to decyzja woli i w tym sensie arcybiskup Sheen ma rację. Czy jest jednak jeszcze prawdopodobne, by taka „wola ku Bogu” zamanifestowała się w świecie polityki? To inne pytanie. Możemy dziś prosić błogosławionego Fultona Sheena o to, by orędował za takim biegiem wypadków u Tego, który trzyma w swoim ręku stery historii świata.
Paweł Chmielewski






