Paweł Chmielewski: Bezzębna Alternatywa

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
forum-1132851195.jpg
Fot. Christian Mang / Reuters / Forum

Alternatywa dla Niemiec ma w Polsce opinię partii antypolskiej. Część polskiej prawicy uważa jednak, że to absurdalna kwalifikacja. Jak jest naprawdę?

Alternatywa i Rosja

Polski mainstream krytykuje Alternatywę przede wszystkim za sprawą jej stosunku wobec Rosji. W tym aspekcie słuszność ma ta część polskiej prawicy, która zwraca uwagę na zasadniczą jednolitość niemieckiej polityki wobec Federacji Rosyjskiej, bez względu na kolory partyjne. Niemcy widzą korzyść w ścisłej współpracy gospodarczej z Rosją. Od dziesięcioleci korzystały z relatywnie tanich surowców, przede wszystkim gazu, co pozwalało im na utrzymanie modelu gospodarki nastawionej na produkcję i eksport. Jest naturalne, że niemieccy politycy dążą do przywrócenia tej współpracy. Interesy polityczne Ukrainy są dla nich drugorzędne względem korzyści, jakie RFN może wyciągnąć z dostępności relatywnie taniego gazu.

Alternatywa dla Niemiec mówi o tym wprost, ale kto ocenia polityków po słowach, a nie czynach, ten jest po prostu dzieckiem. Nie ma znaczenia, kto rządzi w Niemczech – każda partia będzie chciała zbliżenia z Rosją. O tym, czy to zbliżenie stanie się możliwe, Berlin nie decyduje jednak samodzielnie. Nie wolno zapominać, że w 1945 roku Niemcy zostały pokonane przez koalicję pod wodzą Stanów Zjednoczonych i do dziś pozostają pod przemożnym wpływem politycznym Waszyngtonu. Zatem ewentualna realizacja „prorosyjskiej” polityki Niemiec nie leży nigdy w wyłącznej gestii rządzącej w tym kraju partii. Potrzebna jest uprzednia zgodna Ameryki. Jeżeli taka zgoda będzie, zrobią z niej użytek zarówno Alternatywa, jak i CDU czy SPD.

Antypolonizm?

Zróbmy to razem!

W narracji politycznej AfD są zawarte elementy dotyczące Polski, które nie występują u innych ugrupowań. Kilka lat temu z partią związała się na przykład Erika Steinbach, walcząca o odszkodowania dla „wypędzonych” z Polski. Szefowa AfD, Alice Weidel, w rozmowie z magazynem „Der Eckart” mówiła z nostalgią o niemieckiej tożsamości historycznej Głubczyc, przekonując, że polska nazwa tej miejscowości – jest z nią związana rodzinnie – nie może przejść jej przez gardło. Szereg polityków AfD odwołuje się z aprobatą do niemieckiego militaryzmu. Celuje w tym szef struktur Alternatywy w Turyngii, Björn Höcke; w przeszłości z uznaniem o dokonaniach wojennych Wehrmachtu mówił z kolei honorowy przewodniczący tej partii, Alexander Gauland. Nie oznacza to jednak, że Niemcy zgrupowani w AfD rzeczywiście myślą o podjęciu próby odzyskania terenów na wschodzie. Po pierwsze, państwo niemieckie ma gigantyczne problemy wewnętrzne i o takich rzeczach nie może nawet marzyć.

Po drugie, wspomniana narracja trafia do bardzo niewielkiej grupy niemieckich wyborców, powodowanych nostalgią za potęgą Prus. Politycy AfD co pewien czas puszczają do nich oko, bo nie mogą dopuścić, by wyrosła jakakolwiek formacja „na prawo” od nich. Pamiętają Państwo NPD, czyli nacjonalistyczne ugrupowanie, które otwarcie odwoływało się zarówno do pruskiego militaryzmu jak i do III Rzeszy? A czy słyszeli Państwo o jego aktywności w ostatnich latach? Prawdopodobnie nie, bo NPD nie tylko zmieniła nazwę, ale straciła też jakiekolwiek polityczne znaczenie. Niemal wszyscy Niemcy o zapatrywaniach volkistowskich przeszli do AfD. Alternatywa woli zadbać, by tak zostało – z pragmatycznych względów, a nie dlatego, że planuje jakiś Drang nach Osten.

Na AfD równocześnie głosuje także spora część Polaków uprawnionych w Niemczech do głosowania. To prawdopodobnie większa grupa, niż środowiska volkistowskie. Czytelnicy zainteresowani polityką europejską znają na pewno działalność europosła Tomasza Froelicha, polityka AfD o polskich korzeniach. Froelich poświęca część swojej aktywności politycznej budowaniu wizerunku Alternatywy jako partii sprzyjającej Polsce, co jest w oczywisty sposób realizacją interesu partyjnej w postaci pozyskania „polskiego” elektoratu. W Niemczech nie ma dziś szerszego społecznego resentymentu antypolskiego. Dlatego ewentualne „żądania reparacyjne” wobec Polski, jakie mogłaby kierować Alternatywa po objęciu władzy, są mało prawdopodobne – chyba, że jako konieczny z perspektywy Berlina element nacisku na nasz kraj po tym, jak z powodów zasadniczych Berlin nie może już naciskać sprawami genderyzmu czy migracji.

Unia Europejska

To chyba najciekawszy element całej układanki. AfD jest bardzo krytyczna wobec Unii Europejskiej, którą uważa za biurokratyczną narośl, niszczącą poprzez ideologie potencjał Niemiec i szerzej, całej Europy. Partia deklaruje chęć radykalnego zerwania z zieloną polityką unijną i przywrócenie nieskrępowanych możliwości rozwoju niemieckiego przemysłu. Brzmi to wszystko rozsądnie i racjonalnie i może podobać się polskiemu prawicowcowi. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewną sprzeczność. Otóż Unia Europejska jest zwykle postrzegana jako instrument niemieckiego panowania nad Europą. Niebezzasadnie, co pokazała choćby sprawa Mercosuru, forsowana przez Berlin w porozumieniu z kilkoma innymi stolicami europejskimi.

Jeżeli Unia Europejska jest jednak instrumentem niemieckiego panowania nad Europą, to dlaczego Alternatywa dla Niemiec miałaby rezygnować z używania tego instrumentu we własnym celu? Nacjonalistyczna partia dążąca do maksymalizacji potęgi własnego kraju powinna raczej wykorzystywać wszystkie takie narzędzia, a nie je porzucać. Polski prawicowiec może co najwyżej zakładać, że struktury unijne są tak przeżarte lewicową ideologią, że AfD u władzy nie będzie w stanie ich przetworzyć i uczynić narzędziem własnej polityki, a co za tym idzie – będzie dążyć do likwidacji Unii Europejskiej albo jej takiego przetworzenia, by Wspólnota stała się wyłącznie płaszczyzną współpracy gospodarczej. Nie sądzę jednak, że to realistyczne. Gdyby AfD przejęła w Niemczech rządy, próbowałaby najpewniej wykorzystać również unijne narzędzia do realizacji celów, które zdefiniowałaby jako leżące w niemieckim interesie.

To się nie raczej nie wydarzy

Perspektywa zwycięstwa wyborczego AfD w całych Niemczech jest jednak bardzo odległa, by nie rzec – mało realna. Kolejne wybory odbędą się dopiero w 2029 roku. Obecnie Alternatywa ma w sondażach 27 – 28 proc. poparcia. To solidny wynik, ale w kluczowych landach niemieckich nadal znacząco ustępuje innym formacjom. Nie da się tymczasem stworzyć rządu federalnego, jeżeli nie przejmie się rządu dusz w Nadrenii Północnej-Westfalii, Bawarii, Badenii-Wirtembergii, Hesji… To tam, a nie na wschodzie Niemiec, decydują się polityczne losy kraju. Alternatywa jest w nich tymczasem wyraźnie słabsza, mając poparcie rzędu 18 – 22 procent. Umacnia się, owszem, niemniej wyborcy na zachodzie kraju są dalece bardziej stabilni niż ci na wschodzie. Do 2029 roku scenariusz takiego wzmocnienia AfD, który pozwoliłby partii na objęcie władzy, jest skrajnie nieprawdopodobny.

Horyzont 2033 roku? Być może, ale to zbyt daleko, by snuć poważne rozważania. Biorąc pod uwagę lewicowe skłonności blisko połowy niemieckiego społeczeństwa, jedyny realistyczny scenariusz objęcia przez AfD sterów w państwie to koalicja. Partii brakuje jednak dobrego partnera – takie formacje jak CDU, SPD czy Zieloni wolą tworzyć rządy ze sobą, niż oddawać urząd kanclerski Alternatywie, choćby i partia ta odnotowała w wyborach najwyższy wynik. Wprawdzie w demokracji nic nie jest wykluczone, ale AfD, jako partia protestu, żywi się kryzysami. Głównym motorem jej popularności na wschodzie jest obecna słabość gospodarcza kraju. Zwycięstwo Alternatywy będzie możliwe wtedy, kiedy Niemcom będzie się żyło po prostu źle – to znaczy, kiedy zawali się ekonomia. Do tego jednak daleka droga, bo mimo problemów z produkcją i eksportem samochodów, niemiecka gospodarka radzi sobie przyzwoicie, a według najnowszych prognoz instytutów ekonomicznych właśnie wychodzi z okresu kilkuletniej zapaści. Dlatego zastanawianie się, czy Alternatywa jest groźna dla Polski, to być może ciekawa gimnastyka intelektualna, ale póki co – nic więcej niż gimnastyka.

Obcy

Gdyby nawet wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, a w 2033 roku AfD faktycznie objęła w Niemczech samodzielne rządy, będzie mieć zupełnie inne problemy, niż Polska. Obecnie 31 proc. ludności Niemiec ma tzw. korzenie migracyjne. W takich miastach, jak Frankfurt, to prawie 60 procent. Ten odsetek cały czas się zwiększa. Wprawdzie część imigrantów obdarzonych prawami obywatelskimi to potomkowie Europejczyków i jako tacy są skłonni do głosowania na Alternatywę, ale odsetek przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki cały czas rośnie. W 2033 roku problem migracyjny może być na tyle duży, że AfD po prostu się na nim… wyłoży. Bo rojenia o przeprowadzeniu „remigracji”, czyli wyrzuceniu z kraju kilkunastu milionów mieszkańców, są właśnie rojeniami. Alternatywa idzie do władzy z hasłami uporania się z problemami na ulicach miast, ale tych problemów po prostu nie będzie w stanie rozwiązać. Łatwo powiedzieć, że obetnie się socjal – problem tylko w tym, że natychmiastowym skutkiem obcięcia socjalu będzie lawinowy wzrost przestępczości. Przed takim samym problemem stoi dziś Francja – i francuskiej prawicy, podobnie jak niemieckiej, brakuje dobrych rozwiązań. Poważne zmiany etniczne już się dokonały – i żadna polityka tego nie odwróci, zwłaszcza taka, która mogłaby wejść w życie dopiero za kilka lat, kiedy sytuacja tylko mocniej nabrzmieje. Jak tymczasem ocenią wyborcy partię, która obiecywała uporać się z „obcymi”, a nie będzie w stanie tego zrobić? Chyba, że wyborcom rzuci się wówczas innego „kozła ofiarnego”. Polskie demony podpowiadają, że mogliby to być właśnie Polacy; ale to zależy przede wszystkim od stanu relacji Waszyngtonu z Moskwą, a nie od Berlina.

 

Paweł Chmielewski

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: