Paweł Chmielewski: Europa. Kościół różnorodności

Kościół katolicki w Europie staje się programowo „różnorodny”. Chrześcijanie na naszym kontynencie zyskują prawo do kształtowania doktryny i moralności według własnych pomysłów, a pozostali mają po prostu zaakceptować ich wybór.
Papież podjął decyzję
„Nie jest rzeczą stosowną, żeby Papież zastępował lokalne Episkopaty w rozeznaniu wszystkich problemów wyłaniających się na ich terytoriach. W tym sensie dostrzegam potrzebę przyjęcia zbawiennej «decentralizacji»” – napisał papież Franciszek. Jego słowo staje się właśnie ciałem, przynajmniej w Europie. Jasno pokazuje to kierunek europejskiej synodalności, przedyskutowanej na spotkaniu na zamku Puchberg w Austrii.
Cytat z Franciszka o decentralizacji pochodzi z jego programowej adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium”, którą ogłosił zaledwie kilka miesięcy po objęciu pontyfikatu. W tekście z 2013 roku papież z Argentyny wskazywał, że episkopaty muszą stać się „podmiotami o konkretnych kompetencjach, łącznie z pewnym autentycznym autorytetem doktrynalnym”. Krytykował wizję „monolitycznej doktryny”, wskazując, że „różnorodność” w prądach filozoficznych, teologicznych i duszpasterskich może lepiej ukazywać „niewyczerpane bogactwo Ewangelii”.
Te postulaty powtarzał w kolejnych latach, w „Amoris laetitia” pisząc, że „nie wszystkie dyskusje doktrynalne, moralne czy duszpasterskie powinny być rozstrzygnięte interwencjami Magisterium”; jak podkreślał, obok jedności doktryny i działania mogą istnieć „różne sposoby interpretowania pewnych aspektów nauczania lub niektórych wynikających z niego konsekwencji”.
Decentralizacja stała się faktem
Jak nauczał, tak przekształcał Kościół. Za pontyfikatu Franciszka stało się możliwe wiele rzeczy, które wcześniej jednolita doktryna wykluczała, na przykład udzielanie Komunii świętej rozwodnikom, interkomunia z protestantami, błogosławienie par tej samej płci. Biskupi w poszczególnych krajach zaczęli – za papieską zgodą – w autorski sposób interpretować „pewne aspekty nauczania lub niektóre wynikającego z niego konsekwencje”.
Decentralizacja Kościoła została zatem zadekretowana i rozpoczęła się jej praktyczna realizacja. Wraz z procesem synodalnym wchodzimy na kolejny etap, który wiąże się przede wszystkim z uciszaniem krytyki. Synodalność oznacza wsłuchiwanie się w drugiego człowieka: w jego świadectwo i doświadczenie. Słuchamy, ale nie krytykujemy ani nie oceniamy; przyjmujemy i akceptujemy, bo Kościół synodalny jest Kościołem szerokim. Kiedy w 2022 roku abp Stanisław Gądecki, troszcząc się o prawdy wiary, publicznie skrytykował niemiecką Drogę Synodalną, Watykan zareagował reprymendą: kardynał Mario Grech, szef Sekretariatu Synodu, powiedział, że „publiczna denuncjacja” nie jest synodalna.
Puchberg, czyli Kościół Różnorodności
17 września na zamku Puchberg zakończyło się kilkudniowe europejskie sympozjum synodalne. Wzięło w nim udział około 180 osób z 31 krajów. Podczas spotkania często wskazywano na decentralizację jako drogę przyszłości. Kościół w Europie jest „różnorodny”, taki ma pozostać – i trzeba to zaakceptować.
Kardynał Laszlo Nemet, arcybiskup z Belgradu i jeden z najbardziej zaangażowanych synodalistów w Europie, wprost mówił, że synodalność na naszym kontynencie musi mieć charakter „zdecentralizowany”. Wskazywał na ewentualność zwiększenia roli krajowych konferencji episkopatów oraz na silniejszy udział ludzi świeckich w wyborze biskupów. Zwiększenie roli episkopatów, postulowane przez papieża Franciszka, jest dziś dyskutowane w ramach globalnego Synodu o Synodalności. Czy się ziści w teorii formalno-prawnej, nie wiadomo; ale przecież ziszcza się w praktyce. Jeżeli episkopat niemiecki może uchwalić Komunię dla protestantów, a episkopat belgijski uroczyste i liturgiczne błogosławienie par LGBT – to mamy do czynienia właśnie ze zwiększoną rolą tych episkopatów oraz praktycznym przydaniem im pewnego „autorytetu doktrynalnego”, o którym pisał papież Franciszek.
Drugi postulat Nemeta, czyli większy wpływ świeckich na wybór biskupa, jest opracowywany w szczegółach na Watykanie. Papież Franciszek stworzył kilkanaście eksperckich komisji synodalnych, powierzając im zadanie przygotowania szczegółowej „synodalnej” reformy Kościoła. Kilka dni temu jedna z tych komisji zakończyła prace; w opublikowanej przez nią syntezie można przeczytać, że nuncjusz apostolski, przygotowując się do wskazania kandydata na biskupa miejsca, powinien być zobowiązany do konsultowania się ze specjalną radą, w której zasiadają również świeccy. Czy ta rekomendacja watykańskiej komisji synodalnej zostanie wdrożona w życie, nie wiem; kardynał Nemet byłby pewnie zadowolony, gdyby tak się stało.
Kościół jako „zmiana”
Na zamku Puchberg głos zabrał też kardynał Jean-Claude Hollerich z Luksemburga, za pontyfikatu Franciszka relator generalny Synodu o Synodalności. Jak stwierdził, synodalność polega na zachowywaniu jedności pomimo sprzeczności, a różnorodność powinna być częścią kościelnej wspólnoty w Europie. Światopogląd kościelny kardynała Hollericha jest dobrze znany – propozycja wykreślenia z Katechizmu Kościoła Katolickiego negatywnej oceny homoseksualizmu, zmiana w dyscyplinie celibatu, nowa rola kobiet w Kościele… Hollerich jest bliski niemieckiej Drodze Synodalnej. Kiedy taki kardynał ogłasza jedność w różnorodności mimo sprzeczności, funkcjonalnie służy to zachowaniu status quo, czyli akceptacji progresywnych „osiągnięć” Kościoła w takich krajach jak Niemcy, Belgia czy Austria.
Ks. Tomasz Halik, znany czeski filozof kościelny, mówił z kolei o konieczności „nowej reformacji”, wskazując, że proces sekularyzacji Europy pozwolił na „emancypację ludzkiego sumienia” i może być rozumiany jako „katharsis”, która uwalnia Kościół od przywilejów, oferując mu nową autentyczność i wiarygodność w przekazywaniu Ewangelii. Z kolei przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec, biskup Heiner Wilmer z Münster, wskazywał na nowe perspektywy dla dialogu ekumenicznego, który powinien uznać chrzest za fundament tożsamości chrześcijańskiej. Mówił też o otwartości na zmiany w Kościele: - Nie musimy bać się odnowy, nie musimy bać się ducha w czasie, który pokazuje nam, jak można dziś dobrze głosić Ewangelię, tak, byśmy byli blisko ludzi to na sposób kreatywny - deklarował. Nowa wspólnota z protestantami, Kościół oparty na „zmianie”, „duch w czasie” stanowiący jakąś dziwaczną trawestację niesławnego „ducha czasu”… W kontekście tego, co reprezentuje sobą biskup Wilmer – a jest to Droga Synodalna z jej szaleńczymi postulatami, jest to również praktyka interkomunii z niekatolikami – ponownie forsowana tu różnorodność jawi się jako dość jednorodnie progresywna.
Ostoja
Polski głos nie wybrzmiał na konferencji w Puchbergu, a przynajmniej nie ma po tym żadnych medialnych śladów. Decydenci kościelni w naszym kraju nie wykazują jednak większego zainteresowania problematyką, o której tu piszemy. Synod o synodalności potraktowano z obojętnością, tak, jakby chodziło o jakieś odległe watykańskie procesy, bez większego wpływu na naszą rzeczywistość. Drogę Synodalną w Niemczech krytykował abp Stanisław Gądecki, ale był absolutnym wyjątkiem – inni polscy biskupi czy nawet jacyś osadzeni w strukturach kościelnych teologowie nie podjęli już takiego wysiłku. Tymczasem, jak starałem się pokazać w moim e-booku o germanizacji Kościoła w Polsce, przemiana polskiego katolicyzmu cały czas postępuje, zwykle za sprawą biernego przyjmowania tego, co znajduje sobie drogę do europejskiego mainstreamu.
Tak jest z Komunią dla rozwodników, promowaną w niektórych diecezjach; tak jest z rozumieniem homoseksualizmu, przedstawianym przez część duchownych w optyce postępowej; tak jest z ekumenizmem, ujmowanym radykalnie tak, jakby przynależność konfesyjna była tylko smutnym reliktem historycznych zaszłości, dziś już bez większego znaczenia. Utwardzenie synodalno-różnorodnościowego kierunku w Europie tylko ułatwi rozpowszechnianie w Polsce idei rewolucyjnych, bo osłabi zdolność do obrony – różnorodność doktrynalno-moralna w kluczu synodalnym nie jawi się przecież jako problem, ale jako ubogacenie.
To, co pozostaje wobec przemożnego ciężaru fali, która zalewa Kościół w Europie, to wytrwałe przekazywanie wiary podług jej klasycznych definicji. Musimy mieć świadomość schyłkowego charakteru współczesnej kultury liberalnej. Jak każdy twór skażony poważnymi błędami ideologicznymi, jest skazana na wymarcie. Pozbawiona wiecznotrwałych cnót i wartości, ta kultura zniknie i zakończy się jej niszczycielskie oddziaływanie. Nowa kultura, która ukształtuje się w Europie, pozostaje wielką niewiadomą, ale najważniejszym zadaniem pozostaje przenieść do tego spodziewanego bytu autentyczną wiarę katolicką, która będzie mogła ponownie rozkwitnąć w dogodniejszych dla niej warunkach – jeżeli Bóg pozwoli.
Paweł Chmielewski







