Raz, dwa, trzy – szukam! Feministyczny horror z katolicką duszą?

Niedawno zeszła z ekranów kin, a wylądowała w streamingu druga część filmu Zabawa w pochowanego. To jeden z tych filmów, w przypadku których mam wrażenie, jakbym cierpiał na schizofrenię poznawczą – widząc w nich coś zupełnie innego niż większość krytyków... Czy Ready of Not to dzieło rozrywkowe, ale z ducha katolickie?
Zanim o filmie, to parę słów o tytule, bo – jak zwykle w Polsce – jest on osobliwy. Tytuł oryginału brzmi Ready of Not, co odnosi się do słów wypowiadanych przy zabawie w chowanego (ready or not, here I come – gotowi czy nie, nadchodzę). Gdyby polski dystrybutor zdecydował się na tytuł Raz, dwa, trzy, szukam! zachowałby i sens i odniesienie do zwyczajowych słów gry. Ale mniejsza o to, bo ważniejsze jest przesłanie obu filmów.
Ready or Not z Samarą Weaving w roli głównej to niewysokich lotów filmowy dyptyk w konwencji czarnej komedii pomieszanej z lekkim horrorem. Protagonistka ma wziąć ślub z kawalerem z bogatej i ekscentrycznej rodziny, która po ślubie zaprasza ją do pozornie niewinnego rytuału wspólnej gry. Okazuje się, że w losowaniu przypada jej niezwykle rzadka „okazja”, by zagrać w chowanego... na śmierć i życie, o czym mąż nie zechciał jej zawczasu poinformować.
UWAGA: W tekście pojawiają się liczne spojlery.
Bad girl w służbie dobra?
Najpierw zadam pytanie: Co krytycy dostrzegają w tej produkcji? Weźmy jeden z motywów: Tradition as a Mask for Abuse, czyli tradycja jako przykrywka dla nadużyć (oczywiście, wobec kobiet). Wpisuje się on w feministyczną recepcję kultury i niewiele ma to do rzeczy, że w wielu przypadkach tradycja rodzinna faktycznie mogła służyć do maskowania jakichś nadużyć. Albo: Odwrócenie modelu Final Girl, czyli konwencja horrorowa, w której bohaterka, która jako ostatnia przetrwa, wygrywa, ponieważ jest czysta i niewinna. W Ready of Not (proszę wybaczyć, że nie będę używał polskiego tytułu) mamy do czynienia raczej z bad girl – dziewczyną, która współżyje przed ślubem, pali i przeklina.
Czy to jest niemoralne? W świetle etyki katolickiej – tak, jeżeli chodzi o seks przedmałżeński. Ale w świetle powszechnych obyczajów (niestety, nieraz również pośród osób mieniących się katolikami, a szczególnie wśród społeczeństw protestanckich) nie jest to już niczym nadzwyczajnym. Więc czy jest niemoralna? Niekoniecznie (jeżeli weźmiemy pod uwagę domniemaną niezawinioną ignorancję w kwestiach moralności małżeńskiej). Po prostu swoim stylem bycia (palenie papierosów, przeklinanie) nie wpisuje się w wizerunek „grzecznej dziewczynki”, co wcale nie oznacza, że jest moralnie zła.
Czy jest dobra? To już inna kwestia, bo wkraczamy w sferę trudną do zdefiniowania przy użyciu współczesnych (dobroludzistycznych) kategorii. Na pewno ma jakieś sumienie i jakąś przyzwoitość, natomiast w toku walki okazuje się, że nie ma skłonności do umizgiwania się do zła w imię własnych korzyści czy nawet w imię przetrwania i to jest element satysfakcjonująco klasyczny i coraz rzadziej obecny w dzisiejszym kinie.
Gdybym poprzestał na lekturze recenzji czy opinii widzów, nie sięgnąłbym po tę pozycję, bo uznałbym, że to tylko sieczka z elementami gore, a na dodatek z wojująco wyzwoloną protagonistką, która udowadnia, że stoi ponad światem mężczyzn, rodzinnych tradycji i moralnych konwenansów. Dałem jej jednak szansę i okazało się, że – moim zdaniem – używa ona konwencji horroru jako pretekstu dla poruszenia niezwykle ważnego i aktualnego dziś zagadnienia – różnicy pomiędzy prawdziwą moralnością a etyką sytuacyjną. Jakby tego było mało, filmy w bardzo w dość widowiskowy i osobliwy sposób, ale jednak jak mało które dzieło sztuki typowo rozrywkowej, ukazują wprost naturę walki dobra ze złem, nie stroniąc od demonicznych korzeni tego drugiego.
Rosyjska ruletka na głowie żony
Ready or Not w pierwszej kolejności pokazuje ważny problem toksycznych relacji rodzinnych i fałszywego ulokowania lojalności, z którym boryka się wielu z nas. Alex Le Domas zaręczając się z Grace (imię postaci granej przez Samarę Weaving nieprzypadkowe), nie rozumie, że wejście w małżeństwo oznacza całkowite przeniesienie lojalności z rodziców na żonę. Wszelkie więzy przestają zobowiązywać, o ile stają na drodze do właściwej realizacji obowiązków małżeńskich. Mężczyzna wychodzi spod władzy rodziców, a sam staje się głową rodziny. Czy tradycja rodzinna jest w tym wypadku czymś, czemu powinien być wierny? Owszem, o ile – znów – nie stoi to w sprzeczności z wiernością małżeńską. A w tym wypadku stanęło i od tego zaczyna się przygoda naszej bohaterki.
Godząc się na losowanie kart określających rodzaj gry, Alex ryzykuje życiem swojej żony, mając jednocześnie nadzieję, że nie wypadnie ta jedna felerna karta – gra w chowanego, której jedyną zasadą jest to, że Panna Młoda musi umrzeć przed świtem. Czy wielu mężczyzn właśnie tak się dziś nie zachowuje, wystawiając żonę na pozornie nieznaczące upokorzenia, niesprawiedliwości i krzywdy ze strony swoich rodziców? Alex wprost mówi: Liczyłem, że będzie dobrze. Czy ta naiwność też nam dziś nie towarzyszy? Mężczyzna, który ma być obrońcą żony, zapobiegać złu, a kiedy się nie da – walczyć – chowa się w skorupie nadziei, że jakoś to będzie. Mało tego, dopełniając charakterystyki Piotrusia Pana, stosuje on szantaż emocjonalny (a zarazem moralny), mówiąc do żony, że gdyby się przyznał, to by go zostawiła. A więc – nie ma to jak ukryć zło, żeby zdobyć kobietę, a potem? Potem – jakoś to będzie.
Jeden z krytyków napisał, że ród Le Domasów „działa w oparciu o archaiczną purytańską logikę”, zaś Grace, która zdołała ich pokonać „symbolizuje zwycięstwo nowych wartości nad starymi” (Alex Lindley, ‘Ready or Not’ Theories, Meaning, Explanation, and Themes). Hm... Nic w tej opinii nie trzyma się przysłowiowej kupy. Szalona rodzinka ma moralność ogólnie protestancką w tym sensie, że jest to moralność fasadowa czy też po prostu etyka sytuacyjna.
Ale poza tym nie mamy tu do czynienia z antagonizmem starych i nowych wartości. Wręcz przeciwnie! O ile Le Domasowie reprezentują pseudo-konserwatyzm w jego najgorszym wydaniu (konserwujemy to, co było, nawet jeżeli było obiektywnie złe), o tyle Grace, sprzeciwiając się im, siłą rzeczy staje się bliższa prawa naturalnego i przyrodzonej sprawiedliwości. To ona – choć nie deklaratywnie i pewnie nieświadomie – działa właśnie w imię starych, odwiecznych zasad. Film pokazuje brak rzeczywistej moralności. Antagoniści nie oglądają się na to, co jest obiektywnie dobre (cnotliwe, zgodne z prawem naturalnym czy Dekalogiem), nie rozważają rozumnych argumentów, ale jedynie próbują wpasować się w zewnętrzny konwenans, który nazywają rodzinną tradycją.
I nawet jej domniemany feminizm byłby trudny do udowodnienia, gdyż jej pobudką nie jest nienawiść do mężczyzn, a jedynie chęć przetrwania i wściekłość na jednego mężczyznę, który okazał się zdrajcą niegodnym zaufania.
Ponadto, owa żona, która wyrwała się z rosyjskiej ruletki rozgrywanej przez innych o jej życie, pokazuje jeszcze jedną ważną rzecz. Brat Alexa, Daniel, który jest po jej stronie, ale nie potrafi postawić się rodzinie, mówi w pewnym momencie: Jestem słaby. Ona odpowiada: Ale poczciwy. I co się okazuje? Że poczciwość to za mało. Czasem trzeba być odważnym i ofiarnym, żeby być dobrym.
Wreszcie, antagoniści są zakładnikami własnej tożsamości. Alex mówi do matki o swojej żonie: Jest dobra. Przy niej czułem, że też mógłbym taki być. Dlatego mając do wyboru was i ją, wybieram ją. Na co matka odpowiada: Nie wierzę ci i nie wierzę, że według ciebie dziewczyna znające cię od półtora roku, zna cię lepiej ode mnie. I ostatecznie wychodzi na to, że miała rację. Jakże to znakomicie wpisuje się w istotę problemu dzisiejszego człowieka: o tym, kim jestem świadczą moje skłonności i wypadkowa tego, co mnie ukształtowało, a nie rozumne napięcie pomiędzy imperatywem moralnym, przed którym stoję, oraz moją wolną wolą. Doskonałym (i tragicznym, shakespearowskim) rozwinięciem tego dylematu jest serial Sons of Anarchy.
Satanistyczna elita
Już w pierwszej części dowiadujemy się, kim są możni tego świata i komu oddają cześć. Gdy Le Domasowie zrzucają maski i zaczynają krwiożerczy rytuał mordu na Pannie Młodej, słyszymy satanistyczne zaklęcia po łacinie przeplatane wypowiadanymi na opak fragmentami... liturgii trydenckiej.
Idolem rodziny, który stoi za niebezpieczną grą, jest tajemniczy pan Le Bail (anagram słowa imienia Belial). To on wręczył dziadkowi magiczną szkatułkę, będącą czytelnym symbolem pokusy szybkiego zysku i prestiżu.
O ile pierwsza część Ready or Not pokazuje satanistyczny sekret jednej możnej rodziny, o tyle w drugiej zaczyna się jazda bez trzymanki... Już na samym początku widzimy oligarchę, który z wózka inwalidzkiego mówi przez telefon „zatwierdzić rozejm”, po czym w telewizorze pojawia się breaking news o rozejmie na Bliskim Wschodzie.
Od pierwszych minut do gry wkraczają Władcy Tego Świata i to w wydaniu, o którym wielu mówi, ale nikt nie jest w stanie wskazać szczegółów... Skoro w poprzedniej części składano ofiarę szatanowi, a tu mamy kontynuację, to myśl jest od początku jasna: światem rządzi szatan, a możni tego świata są tylko igraszką w jego rękach, ponieważ tak chcą (bo ich wola przylgnęła do zła) w imię chciwości i żądzy władzy.
Dowiadujemy się, że Le Domasowie byli tylko jednym z klanów dzierżących stery. Tu widzimy kolejne, a w jednym z nich dochodzi do zamordowania własnego ojca, żeby przejąć władzę. Widzimy jak interes klanu staje ponad moralnością, a niewolnicze posłuszeństwo zasadom tej gry na szczytach władzy prowadzi do aż do pogardzenia najbliższymi więzami krwi.
Z kolei Grace otrzymuje powtórkę z rozrywki. Panna Młoda jednak musi zginąć: szatan domaga się ofiary od swoich wyznawców, skąd płynie czytelny przekaz: nie da się być neutralnym i nie da się nie uniknąć konsekwencji. Z tym że tym razem odbywa się... gra o tron. „Tron ma władzę nad radą, a rada ma władzę nad wszystkich” – słyszymy. Gdzie oczywiście tron oznacza przywództwo z ramienia Księcia Tego Świata nad radą grona meta-oligarchów.
Ale tym razem Grace nie jest sama. Dołącza do niej siostra... Faith. Mamy więc Łaską i Wiarę, które wspólnie – pomimo zaszłości i krwawiącej rany siostrzanego konfliktu – stają do walki z satanistyczną kliką. Przy okazji dowiadujemy się, że bohaterki pochodzą z katolickiej rodziny irlandzkiego pochodzenia.
„Nie ma dobrych i złych. Jest tylko system” – tak twierdzą Władcy. I czy może być lepszy opis dzisiejszego świata, w którym nie ma moralności, tylko ślepe posłuszeństwo ubóstwionej władzy rządzącej tak, jakby ponad nią nie było żadnej wyższej normy? Nie da się wezwać policji, bo mają w rękach policję), nie da się nigdzie zadzwonić, bo są operator komórkowy to ich firma...
W tym anturażu twórcy stawiają nam przed oczy jeszcze jedną teorię spiskową: tzw. masonerię dwóch prędkości. Do gry dołącza szefowa japońskiego klanu i proponuje Grace układ, dzięki któremu można uniknąć walki wszystkich ze wszystkimi. Proponuje nie dlatego, że jest dobra (że kieruje się moralnością), ale dlatego, że to… „kwestia skali”.
Problem polega na tym, że ceną ma być poślubienie pretendenta do tronu i stanięcie na czele Rady. Grace sprzeciwia się zabijaniu niewinnych ludzi i zaprzedaniu swojej duszy diabłu i tu zaczyna się kolejna odsłona masakry.
Tak dochodzimy do kulminacyjnego momentu (TU NAJWIĘKSZY SPOJLER): Grace w końcu godzi się na ślub z satanistą... Ale po co? Po to, żeby zaraz po wypowiedzeniu słów przysięgi zrezygnować ze swojej godności, zabić Pana Młodego i doprowadzić do wyrżnięcia w pień całej reszty.
Tak jakby twórcy chcieli nam powiedzieć: Nie możesz wejść w zło, żeby wykorzystać go dla dobrych celów, ale możesz wejść w pozorny sojusz, po czym przejąć strukturę po to, by ją zniszczyć. I to robi główna bohaterka.
Widzimy dziki szał możnych satanistów wyżynających się w walce o władzę. Jest w tym coś błyskotliwego, a nawet dającego nadzieję. Bo na razie realni władcy tego świata w sferze zasadniczych celów są ze sobą zgodni, a tu pojawia się myśl: Możemy ich poróżnić?
Egzorcyzm... w imię ludzkiej dobroci?
Największym mankamentem filmu jest jego metafizyczna jednowymiarowość. Jest w nim zło i to bardzo konkretne, osobowe zło występujące w całym anturażu satanistycznych rytuałów. Ale nie ma dobra... Osobowego dobra. Nie ma Boga i nie ma Imienia, przed którym – choć pieniąc się od nienawiści – każdy zły duch musi zgiąć kolano.
Jest to wada powszechna we współczesnym kinie, w którym fascynacja złem pozwala na ukazywanie złych duchów i ich sług wśród ludzi, ale dla drugiej strony tej dziejowej walki nie ma już miejsca.
Na koniec sekretarz diabła (w tej roli Elijah Wood) uśmiecha się niemal dobrotliwie, tak jakby myślał: Idźcie, moje kochane, wygrałyście, ale i tak należycie do mnie. Bo w perspektywie eschatologicznej człowiek, który walczy w imię własnej integralności, a nie w imię Boga, nie ma z automatu zagwarantowanego zwycięstwa, potrzebny jest jeszcze akt woli i rozumu w przyjęciu łaski Bożej.
Niemniej, pomimo wszelkich braków i przesłanie nie jest explicite prokatolickie, to jednak filmy przedstawiają problem walki dobra ze złem w sposób bardzo zahaczający o spojrzenie katolickie i przede wszystkim mówi o problemach ludzi (pierwsza część) oraz społeczeństw i struktur władzy (druga) w kontekście eschatologicznym, co w popkulturze występuje ekstremalnie rzadko.
Filip Obara







