Rewolucja francuska w Kościele to nie sobór. To nasze myślenie

2.jpg

Kiedy francuscy rewolucjoniści wznosili hasło „Wolność, równość, braterstwo” nie mogli wiedzieć, jak szybko i jak bardzo zdominują intelektualnie świat katolicki. Dziś to już wiemy. Zwycięstwo rewolucji widać szczególnie w aspekcie głoszonej równości. Egalitaryzm opanował myślenie katolików niemal bez wyjątku – zarówno na kościelnej lewicy, jak i prawicy.

Narodziny egalitaryzmu

Rewolucyjna „Deklaracja praw człowieka i obywatela” obaliła tradycyjny porządek hierarchiczny; nie wprowadziła jednak totalnego egalitaryzmu. Według „Deklaracji”, w społeczeństwie możliwe czy zgoła konieczne są poważne i głębokie rozróżnienia. Artykuł pierwszy francuskiego dokumentu mówi: „Ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi w swych prawach. Zróżnicowania społeczne mogą być oparte wyłącznie na pożytku powszechnym”. Z kolei w artykule siódmym czytamy: „Wszyscy obywatele są równi wobec prawa i mają równy dostęp do wszystkich godności, stanowisk i funkcji publicznych, zależnie od ich uzdolnień i z zachowaniem tylko takich różnic, które wynikają z ich cnót i talentów”.

Zróbmy to razem!

Choć zatem „Deklaracja” głosi egalitaryzm, to oręduje jednak za „zróżnicowaniem społecznym” w oparciu o „pożytek powszechny” i zezwala na to, by dostęp do „godności, stanowisk i funkcji publicznych” był zależny od „uzdolnień” i opierał się na różnicach wynikających „z cnót i talentów”.

Taki ograniczony egalitaryzm nie podobał się wszystkim. Bardziej radykalne poglądy głosił François Noël Babeuf, który przybrał imię Gracchusa, słynnego rzymskiego trybuna ludowego. Babeuf chciał być właśnie kimś takim dla Francuzów: autentycznym głosem ludu. Odrzucał egalitaryzm z „Deklaracji”, domagając się bardziej, można rzec, komunistycznej równości. Babeuf nie chciał zwykłej równości, ale „równości realnej” – już nie égalité, ale égalité réelle. Postulaty Babeufa dotyczyły przede wszystkim zniesienia nierówności materialnych, dlatego późniejszych ruch komunistyczny tak chętnie odwoływał się do jego dziedzictwa. Ten wątek nie będzie mnie interesować. Chciałbym zwrócić uwagę na inny rodzaj egalitaryzmu – na egalitaryzm nauczania, który likwiduje wszelki prawdziwy autorytet.

Otóż stawiam tezę, że dla większości współczesnych katolików – zarówno lewicowych (modernistów) jak i prawicowych (konserwatystów – tradycjonalistów), nie ma już żadnego prawdziwego autorytetu. Autorytetem są dla nich wyłącznie oni sami, wraz z własną emocją. W tym sensie współcześni katolicy, niezależnie od światopoglądu, głoszą quasi-babeufistowski „egalitaryzm realny” w dziedzinie nauczania i autorytetu.

Demokracja i ludzkie błędy 

Jaka jest geneza tego stanu rzeczy, to rzecz osobna. Strukturę intelektualno-społeczną, która umożliwiła rozpowszechnienie się takiego przekonania, stwarza oczywiście demokracja. Wszyscy żyjemy dziś w świecie demokratycznym, w którym każdy głos waży tyle samo. Nawet jeżeli większość ludzi nie zastanawia się głębiej nad tym problemem, cała nasza kultura polityczna prowokuje do przyjęcia wewnętrznego przekonania: to ja decyduję. Bo tak przecież jest: to pojedynczy człowiek decyduje, niezależnie od tego, czy jest mędrcem, czy idiotą. Akt wyborczy staje się aktem kreującym samoświadomość; oddanie głosu konstytuuje indywidualne przekonanie o prawie do tego, by rządzić. Jeżeli można rządzić, można się też wypowiadać – bo kto ma władzę, ten może mówić i być słuchany. Z tego wypływa przekonanie, że potencjalnie warto słuchać każdego – i opinia każdego człowieka waży potencjalnie tyle samo.

Oczywiście, rzeczywistość uczy, że nie wszystkie opinie są faktycznie równoważne. Długo istniało istotowo hierarchiczne domniemanie, że opinia tego, kto ma za sobą autorytet instytucjonalny, waży więcej. To domniemanie zostało jednak nadwyrężone albo zgoła zlikwidowane za sprawą mediów społecznościowych oraz wielkich globalnych kryzysów. W ostatnich latach stało się jasne, jak wiele błędów popełniają ludzie obdarzeni formalnym autorytetem wynikającym z urzędu czy dyplomu. Nic nie pokazało tego tak dobitnie, jak Covid-19. Po doświadczeniu pandemii wielu ludziom trudno jest patrzeć z jakąkolwiek rewerencją na posiadaczy dyplomów: renomowany ekspert, który zabrania wchodzić do lasu i nakazuje przyjęcie kolejnej dawki niezbadanego specyfiku szczepionkowego – sam szatan lepiej by tego nie wymyślił, gdyby chciał zniszczyć wszelkie znaczenie autorytetu. Ten proces zachodziłby również bez kryzysu Covid-19. W wielu krajach głębokiej erozji uległo zaufanie do świata polityki i mediów, choćby ze względu na kryzys migracyjny.

Przyczyn można zresztą mnożyć nieledwie w nieskończoność. Dość powiedzieć: egalitaryzm realny w dziedzinie autorytetu i nauczania stał się powszechnym przekonaniem, które przyświeca każdemu – także w Kościele.

Subiektywizm progresywny

Spójrzmy na tak zwaną katolicką lewicę, czyli progresistów. Chodzi o tych, którzy głoszą konieczność postępu i dostosowania Kościoła katolickiego do nowoczesności. Jest oczywiste, że te środowiska traktują bardzo lekko starsze wypowiedzi Kościoła. Nauczanie soborów i papieży, opinie Doktorów i Ojców Kościoła – to wszystko nie ma dla nich ostatecznego znaczenia. Progresiści bardzo chętnie powołują się na to nauczanie, ale zawsze wybiórczo. Potrafią argumentować „z autorytetu”, ale z drugiej strony są nieraz gotowi przyznać, że w Kościele musi dojść ich zdaniem do kategorycznej zmiany nauczania, nawet jeżeli przeczy poprzednim wypowiedziom. Autorytet jest tam zaprzęgnięty na służbę własnej agendy; ostatecznym kryterium staje się zawsze subiektywny osąd, czy jeszcze bardziej precyzyjnie: subiektywna decyzja oparta o wiodącą w danym przypadku emocję. Kto z progresistów kieruje się na przykład silnym emocjonalnym przekonaniem o słuszności ruchu feministycznego, ten będzie głosił konieczność kapłaństwa kobiet bez żadnego względu na autorytet Tradycji. Równocześnie ten sam progresista zacytuje Ojców albo Doktorów, jeżeli będzie mu to wygodne. Nie ma zatem żadnego faktycznego, niezmiennego autorytetu; powtórzmy jeszcze raz: autorytet jest zaprzęgnięty na służbę własnej agendy, a zatem zostaje w istocie zlikwidowany. Autorytet Tradycji upada, a intronizowany zostaje autorytet własny.

Subiektywizm tradycjonalistyczny

Czy lepiej jest po stronie katolickiej prawicy, czyli konserwatystów-tradycjonalistów? Nie chcę wydawać kategorycznych ani uogólniających sądów; w tych środowiskach jest przecież wciąż wiele przywiązania do autorytetu i hierarchii. Niemniej jednak trudno zaprzeczyć, że subiektywistyczna ocena autorytetu i hierarchii stała się elementem konstytutywnym dla przynajmniej części tej grupy. Dobrze pokazuje to spór wokół święceń w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X. Nie oceniając samej decyzji Bractwa, zwracam uwagę tylko na sposób argumentacji setek i tysięcy ludzi, którzy wypowiadają się w sieci w obronie tych święceń. Otóż autorytet nie odgrywa tam żadnej roli. Pozycja papieża jako najwyższego nauczyciela w Kościele jest konsekwentnie podważana. Obiektywnie wiąże się to z bardzo poważną delegitymizacją autorytetu papieskiego. Dochodzi do praktycznego rozerwania autorytetu Tradycji od osoby, która ten autorytet wykonuje. Apologeci decyzji Bractwa, którzy opowiada się w sieci za słusznością konsekracji, deklaruje przywiązanie do autorytetu i hierarchii, ale staje się ono wirtualne – w świecie faktów można zaobserwować skłonność do egalitaryzmu realnego, czyli traktowania nauczania papieskiego jako opinii potencjalnie równoważnej z opiniami  tych, których ci apologeci uważają za przewodników. Nie obejmuje to tylko biskupów samego Bractwa: argumentuje się często z autorytetu internetowych publicystów, przeciwstawianych papieżom tak, jakby zachodziła między nimi jakakolwiek równość. Papież powiedział, że ekskomunika jest ważna, ale X oraz Y mówią, że jest nieważna. Choć co do zasady w przypadku osoby, która nie ma kompetencji do rozstrzygania o słuszności stron w tym sporze, powinien decydować właśnie autorytet – faktycznie decyduje emocja. Ten, kto czuje emocjonalny związek z Bractwem, odrzuca autorytet papieski na rzecz przyjęcia autorytetu dowolnej osoby, która odpowiada jej emocjonalnie, a jawi się jej jako reprezentująca prawdę.

W obu przypadkach zachodzi zatem dokładnie to samo zjawisko: egalitarystyczne odrzucenie autorytetu. Kościół katolicki naucza, że Stolicy Świętej nikt nie może sądzić. Progresiści nieustannie osądzają Stolicę Świętą, odrzucając różne elementy Tradycji, które nie są zgodne z ich zapatrywaniami. Niektórzy tradycjonaliści osądzają Stolicę Świętą, jeżeli podejmuje decyzje, które nie są zgodne z ich własną oceną rzeczy. Ostatecznym kryterium w każdym przypadku jest autorytet własny.

W przypadku Kościoła katolickiego zniszczenie autorytetu jest tymczasem śmiertelnie – podkreślam, śmiertelnie niebezpieczne.

Silne państwo

Proszę wziąć pod uwagę sytuację w społeczeństwie świeckim. Cóż z tego, że nikt nie uznaje niczyjego autorytetu i wszystko jest tylko równoważną opinią – skoro niektórzy mają siłę, a inni nie? Mogę nie zgadzać się z opinią premiera, który każe mi płacić podatki. Jeżeli jednak nie zapłacę podatków, zostanę ostatecznie wsadzony do więzienia. Opinia premiera o konieczności płacenia podatków oraz moja o niekonieczności ich płacenia, niechby i w moim mniemaniu równoważne, ma żelaznego weryfikatora: brutalną rzeczywistość opartą na aparacie przemocy. Wszystko w państwie ma tego weryfikatora. Dlatego śmierć autorytetu w społeczeństwie cywilnym nie jest tak samo niebezpieczna: choć może prowokować demos do głupich decyzji, nie zagraża w sposób bezpośredni samemu istnieniu państwa, bo tu ostatecznie decyduje siła.

Kościół bezsilny

W Kościele katolickim jest inaczej. Wprawdzie w przeszłości Kościół również dysponował aparatem przemocy. Ten, kto odrzucał autorytet Stolicy Świętej, kończył na stosie jako heretyk. Nieważne, co go motywowało: jeżeli ktoś publicznie lekceważył autorytet Ojców i Doktorów; jeżeli ktoś w imię autorytetu Ojców i Doktorów lekceważył z kolei autorytet papieża – taki człowiek mógł zostać uznany przez władzę kościelną za wroga i ostatecznie wydany na śmierć. Brutalna rzeczywistość weryfikowała egalitarystyczne tezy o „równoważności opinii”.

Dziś Kościół nie posiada tego narzędzia. W efekcie jest bezsilny wobec herezji egalitaryzmu realnego. Kościół dysponuje wyłącznie bardzo ograniczonymi narzędziami w postaci ogłoszenia kary, na przykład odebrania prawa do nauczania teologii albo też ekskomuniki. Jeżeli jednak ten, kto nie przyjmuje takiej kary, dysponuje jakimś zapleczem materialnym pozwalającym mu na dalsze funkcjonowanie pomimo zachowania własnego poglądu – ten może ugruntować się we własnym przekonaniu. Dotyczy to wszystkich stron. Przykładowo słynny szwajcarsko-niemiecki teolog Hans Küng został ukarany przez Stolicę Apostolską pozbawieniem prawa do występowania jako katolicki teolog. Twierdził jednak publicznie, że jest nadal katolickim teologiem – taka była jego opinia – i wydawał książki w milionowych nakładach. Owszem, został pozbawiony możliwości ich wydawania w formalnie katolickich wydawnictwach, ale nie pozbawiło go to możliwości swobodnego oddziaływania na społeczeństwo – jako katolickiego teologa! Z drugiej strony dobrym przykładem jest Bractwo Kapłańskie św. Piusa X. Cóż z tego, że Stolica Apostolska ogłosiła ekskomunikę, skoro Bractwo nie uznaje jej za ważną? Ma własne kaplice, własnych biskupów, księży, wiernych – pomimo formalnego wyłączenia z Kościoła przez autorytet Stolicy Apostolskiej, może funkcjonować jako część Kościoła katolickiego.

Katechon

Przyjęcie zasad egalitaryzmu realnego jako powszechnego poglądu w Kościele katolickim jest drogą do jego całkowitego zniszczenia. Dlatego te zasady należy kategorycznie odrzucić, broniąc autorytetu hierarchicznego.

Nie o to chodzi, by zgadzać się z każdą wypowiedzią papieża czy z każdym zdaniem dokumentów, które ogłasza. Kościół jasno odróżnia tu porządki: czym innym są wypowiedzi nieomylne, które trzeba przyjmować wiarą; czym innym są wypowiedzi potencjalnie omylne, które należy szanować, ale co do których można mieć uzasadnione i merytoryczne wątpliwości.

To, co konieczne i nieusuwalne, to uszanowanie autorytetu papieskiego tam, gdzie on sam tego niezbędnie wymaga – tam, gdzie wynika to w sposób ewidentny z kościelnych zasad. Dlatego ci, którzy zestawiają papieskie formalne i wiążące prawnie decyzje z opiniami wybranych przez siebie autorytetów albo własną emocją – właśnie ci przekraczają granicę, której przekraczać nie wolno, bo oddzielają się nie tylko od opinii, ale od osoby papieża. Nieważne, w imię czego to czynią: czy to moderniści, którzy symulują wyświęcanie kobiet; czy to ci, którzy negują zakres papieskiej władzy w imię obrony tradycji. Liczy się fakt naruszenia delikatnej granicy, wykorzystania bezradności Kościoła: kto ściąga na siebie karę, ale tej kary nie uznaje, powołując się na swój własny autorytet, ten odrzuca obiektywny autorytet udzielony przez Boga Piotrowi i podważa fundament Kościoła, czyli samą hierarchię. 

Tymczasem hierarchia jest nierozwiązywalnie związana z osobą. W Kościele katolickim nie rządzą – bo nie mogą rządzić same przez się – bezosobowe prawa i zasady. Bóg stał się Człowiekiem, a Człowiek-Bóg ustanowił Kościół na człowieku, Piotrze. W konsekwencji autorytet Piotra – jego autorytatywna, hierarchiczna władza, nieoddzielna od jego osoby – jest jedyną skałą i gwarancją istnienia i przetrwania Kościoła. To właśnie ta władza – święta władza biskupa Rzymu, którą wykonuje bezpośrednio – stanowi moc, można rzec, katechoniczną, która gwarantuje trwanie Kościoła. Anarchia, która odrzuca autorytet i czyni każdego z wiernych Kościoła najwyższym kryterium prawdy, jest dziełem syna zatracenia, narzędziem antychrysta, metodą walki ze Zbawicielem. Tak było od początku, bo grzech szatana to właśnie bunt: bunt przeciwko świętej władzy Boga. Boskie sacrum imperium manifestuje się na tej ziemi w świętej władzy następców św. Piotra – jedynych ludzi na tej ziemi, którzy mogą z boskim autorytetem interpretować Tradycję.

Paweł Chmielewski

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: