Katolicka konspiracja w czasach rewolucji

Katakumbowe życie chrześcijan – praktykujących religię w ukryciu przed wrogim światem – kojarzy nam się z zamierzchłą starożytnością. A jednak katolicka wiara musiała przetrwać w konspiracji w znacznie bliższych nam czasach. Rewolucja francuska zmusiła duchownych do potajemnej katechizacji i sprawowania sakramentów w sekrecie przed bezbożną władzą. Kluczem do ich powodzenia była pomoc wiernych świeckich, którzy nie szczędzili ofiar, by religia objawiona przetrwała. Historia odwagi niepokornych kapłanów i laikatu w czasach dechrystianizacji to świadectwo miłości do Chrystusa; miłości, która przerasta strach przed państwem. Ludzie ci dowiedli, że siła wiary nie bierze się ani z okoliczności kulturowych, ani z jej społecznego znaczenia. Być może to za sprawą tego poruszającego testamentu Napoleon Bonaparte w skrusze wyznał swoje grzechy i wrócił do Kościoła.
Krwawa dechrystianizacja Francji była jednym ze znaków rozpoznawczych rewolucji francuskiej. W końcu nienawiścią do chrześcijaństwa zdecydowanie epatował Wolter i inni ideologowie, którzy nazywając się filozofami – rozsiewali agendę buntu wobec tradycyjnego porządku w XVIII-wiecznej Europie.
Walka z Kościołem katolickim rozgorzała na dobre jeszcze przed ostatecznym zniesieniem monarchii i morderstwem Ludwika XVI. Wyrazem tego było uchwalenie Konstytucji Cywilnej Kleru przez rewolucyjną Konstytuantę. Dokument miał stać się ustrojową zasadą regulującą status Kościoła we Francji. Wprowadzał przy tym rozstrzygnięcia zgoła niedopuszczalne, m.in. zasadę wybieralności duchownych przez świeckie społeczeństwo. Samowolnie zmieniał też strukturę diecezji, a ostatecznie zmuszał duchowieństwo do wierności raczej władzy państwowej niż duchownej.
Papież Pius VI zaprotestował zdecydowanie przeciwko Konstytucji i działaniom francuskiego Zgromadzenia Narodowego. Po konsultacji z kardynałami i biskupami Francji zadeklarował w bulli Charitas, że nie tylko biskupowi i księżom, ale żadnemu nawet katolikowi nie przystoi zgodzić się na podobne założenia – z natury błędne i schizmatyckie.
To nie jedyny raz, kiedy Ojciec Święty stanął w obronie Kościoła przeciw rewolucyjnej uzurpacji. Miesiąc wcześniej w ważnym breve Quod Aliquantum Pius VI potępił błędne zasady rewolucjonistów z ich liberalnymi antychrześcijańskimi ideami oraz atakiem na wolność Kościoła.
Postawione wobec takiej rzeczywistości duchowieństwo Francji musiało dokonać jednoznacznego wyboru – stanąć po stronie papieża lub ulec antyklerykalnym wizjom, napędzającym rewolucyjną ideologię. Położenie to wymagało również odwagi od świeckich – szukających szansy na korzystanie z posługi księży, którzy odmówili złożenia sprzecznej z wiarą przysięgi.
Jak doskonale wiadomo, miłość do Kościoła Bożego była w czasach rewolucji okupiona przez wielu najwyższą ceną. Wobec tego ryzyka wybory kleru okazały się poważnie podzielone. W licznych regionach ponad połowa księży odrzuciła konstytucję cywilną. W innych większość złożyła przysięgę – odpadając od zasad wiary i jedności z następcą świętego Piotra – czy to z powodu moralnego zepsucia, czy strachu przed prześladowaniami, czy wreszcie wyznając błędne poglądy, których wcale wśród duchownych Francji tamtego czasu nie brakowało.
Kapłani, którzy nie ugięli się wobec rewolucjonistów, wkrótce otrzymali status „przestępców”. W 1792 roku – gdy rewolucja w pełni okazała swoje diaboliczne oblicze, każdy z nich otrzymał nakaz opuszczenia kraju w ciągu 14 dni…
Tysiące księży szukało bezpiecznego schronienia i szansy na kontynuację posługi w pobliskich krajach. Wielu jednak mimo groźby śmierci zostało w ojczyźnie – ta zaś przybrała oblicze antychrześcijańskiej republiki. W dawnych kościołach sprawowano bałwochwalczy „kult Rozumu”.
Tajna posługa
Jedną z chwalebnych postaci w tamtym czasie okazał się ksiądz Louis Joseph Colmar – późniejszy biskup i przeciwnik promocji liberalnych błędów wśród kleru jego diecezji.
Ks. Colmar przyjął święcenia kapłańskie na kilka lat przed tym, jak rewolucyjne wrzenie na dobre zmieniło oblicze Francji. Od 1783 roku jako duchowny prowadził gorliwą pracę duszpasterską, poświęcając się licznym rodzajom posługi. Antychrześcijańska rewolucja na trwałe zmieniła jego pracę, wymuszając przejście do konspiracji. Dzięki odrobinie sprytu i odwagi oraz przyjaźni z ofiarnymi świeckimi, kapłan przez lata sprawował sakramenty i nauczał w historycznym sercu Alzacji. Nigdy nie został ujęty przez prześladowców.
Od 1792 roku duchowny przemierzał miasto w najróżniejszych przebraniach, sięgając po stroje czasem piekarza, czasem węglarza, czasem sługi. Szansę na kontynuację posługi zapewniła mu sieć bliskich wiernych, w których posiadłościach znajdował ukrycie oraz miejsce do instruowania wiernych, potajemnego sprawowania sakramentów i ofiary Mszy świętej.
Kluczową rolę w otoczeniu duchownego odgrywały dwie kobiety, które kapłan poznał w ramach prowadzonej przez siebie działalności charytatywnej. Domostwo jednej z nich, Marie Therese Brek, stało się w latach rewolucyjnego terroru prawdziwym centrum życia religijnego. O. Colmar sprawował w nim potajemnie Msze święte, prowadził spotkania z wiernymi, a zaufanej młodzieży udzielano tam katechezy i przygotowywano do sakramentów świętych.
Obok pani domu kluczową rolę we wsparciu posługi O. Colmara odegrała Marie Madeleine Louise Humann – będąca również jego córką duchową. Wobec trudnej sytuacji rodzinnej pani Brek, dysponująca rzadkim jak na swoją płeć wykształceniem druga z kobiet dbała o edukację jej dzieci.
Z czasem ksiądz Colmar zadzierzgnął z obiema kobietami szczerą przyjaźń, dzięki której w czasach prześladowań mógł pełnić zbawienną posługę.
Po latach ukrytej działalności w 1797 roku cała trójka zawiązała nawet szczególnego rodzaju porozumienie, znane jako Pakt z Turkenstein – od zamku, w którym doszło do ślubowania.
Tę podupadłą nieruchomość Therese Brek przez krótki okres dzierżawiła. W zaciszu warowni konspiratorzy znaleźli okazję do chwili wytchnienia i życia przepełnionego modlitewnym spokojem. Tam poprzysięgli wspierać się w dziełach miłosierdzia i edukacji religijnej młodzieży, chcąc zachować chrześcijańskie świadectwo wiary i naukę religii w realiach zlaicyzowanej i antychrześcijańskiej Francji.
Jednak czas wrogiej tyranii nie trwał od tamtej chwili długo. Po dojściu do władzy Napoleona i odejściu dyrektoriatu sytuacja księdza Colmara zmieniła się diametralnie. Jako postać zasłużona dla utrzymania wiary w Strasbourgu został on mianowany biskupem Moguncji.
Louise Humann pozostała znaną i cenioną mieszczanką. Odegrała też kluczową rolę w głośnym nawróceniu na katolicyzm Theodora Ratisbonne, który właśnie za jej wsparciem, w tajemnicy przed gminą żydowską pobierał nauki podstaw katolickiej wiary. Z jej też rąk – ze względu na sekretny charakter ceremonii – otrzymał sakrament chrztu.
Biskup Colmar z kolei gorliwie pracował na rzecz odbudowy zdewastowanej przez rewolucję diecezji. Doświadczony w oporze przeciw antychrześcijańskiej rewolcie pasterz pozostał zdeterminowanym przeciwnikiem oświeceniowych błędów religijnych, zwalczając ich ekspansję wśród kleru.
O ile ksiądz Colmar z powodzeniem utrzymał sakramentalną praktykę i naukę wiary wśród wiernych Strasburga, o tyle inny duchowny – ks. Jacques Linsolas – stanął w Lyonie na czele całej konspiracyjnej sieci kościelnej, działającej na brawurową wręcz skalę. Doprowadził tajną samoorganizację katolików do perfekcji, umożliwiając przetrwanie wiary po pacyfikacji miasta przez rewolucjonistów. Struktury tego „spisku” wyrosły z obecnych już tam wcześniej stowarzyszeń religijnych oraz grup młodzieży męskiej i żeńskiej, nad którymi opiekę ks. Linsolas sprawował jeszcze przed rewolucją. Skupiona wokół kapłana formacja nie tylko konspiracyjnie utrzymywała kult. Kolportowała też wśród duchownych i wiernych ortodoksyjne broszury. Ukrywała i wspierała finansowo wyjętych spod prawa prawowiernych duchownych.
Tak szeroka działalność była możliwa dzięki przemyślanej strukturze organizacyjnej. Zgodnie z zamysłem księdza Linsolasa, członkowie ruchu oporu wcale nie znali się między sobą, poza najbliższymi współpracownikami. Nie byli też wtajemniczeni w całość działania organizacji. Procedury rekrutacji były tajne. Skutecznie ograniczało to ryzyko masowej dekonspiracji.
Kluczowym ośrodkiem ruchu była księgarnia wdowy Rusand, gdzie Linsolas prowadził tajne konferencje dla kleru. Pod nosem rewolucjonistów sieć rozprowadzała również za pomocą „poczty pantoflowej” krytyczne wobec rewolucji papieskie breve. Te i inne pisma sprzedawano za niewielką sumę. Zgromadzone zyski zasilały kasę, z której opłacano działalność niepokornych duchownych.
By zapewnić ciągłość życia sakramentalnego, członkowie konspiracji Linsolasa zbudowali prawdziwy podziemny system religijny. Opierał się on na sprawowaniu sakramentów w zaciszu domostw wiernych oraz organizowaniu bezpiecznych kryjówek dla duchownych. Co chyba najbardziej imponujące, lyońskim katolikom udało się dzięki dyscyplinie zachować nawet trening seminaryjny kandydatów do kapłaństwa na zasadach utajnionego uniwersytetu latającego.
Ojciec Linsolas nie tylko dzielnie ocalał wiarę w realiach rewolucyjnego terroru. Po jego ustaniu aktywnie sprzeciwiał się również powrotowi do posługi w Kościele tych duchownych, którzy w czasach rewolucji złożyli przysięgę. Jako postać niewygodna został aresztowany przez Napoleona. Przez dwa lata pozostawał więźniem, by potem zostać wydalonym z kraju.
Więźniowie, którzy nawrócili Napoleona?
Dzieje katolickiej konspiracji w czasach rewolucyjnej Francji to poruszający testament miłości do Chrystusa i Jego Kościoła mimo nienawiści świata. To świadectwo pokazuje, jak błędna jest myśl, że źródłem znaczenia religii jest jej rola społeczna oraz związek z doczesną władzą. Chrześcijaństwo potrafi trwać i z dala od tronu i wbrew niemu – bo to nie świeckie panowanie ani nawet nie okoliczności kulturowe są źródłem jego siły – ale miłość Syna Bożego. Przekonał się o tym… Napoleon Bonaparte.
Przez lata francuski cesarz próbował wszak podporządkować sobie Kościół, instrumentalnie obchodząc się z religią. Wyrazem tego faktu było m.in uwięzienie księdza Jacquesa Linsolasa czy pojmanie samego Ojca Świętego. A jednak po latach, przed śmiercią, wielki francuski cesarz uklęknął u konfesjonału i pojednał się z Kościołem.
Nawrócenie przeżyć miał na Wyspie Świętej Heleny. Wydarzenie to w sposób arcyciekawy opisał św. Józef Sebastian Pelczar. Według wybitnego polskiego pasterza, Napoleon miał wyznać: „Jezus Chrystus żąda miłości ludzkiej, a więc tego, co najtrudniej można osiągnąć. On tego wymaga i to otrzymuje. Z tego wnioskuję, że jest Bogiem (...) On rozpala ogień miłości, od której umiera miłość własna, górująca nad każdą inną miłością… Często o tym myślałem i to jest właśnie to, co podziwiam i co jest dla mnie absolutnym dowodem bóstwa Chrystusowego. (...) Jakaż przepaść mojej nędzy i królestwa Jezusa Chrystusa, przepowiadanego, miłowanego, wielbionego i żyjącego na całym świecie”.
Jak wymowne to słowa w ustach okrytego sławą generała, cesarza, a jednak przecież ostatecznie po ludzku przegranego i opuszczonego. W czym innym Bonaparte mógł odczytać dystans między miłością Francuzów ku niemu, a oddaniem katolików Chrystusowi jeśli nie w tych, którzy mimo prześladowań do końca trwali przy Zbawicielu – jak w więzionym papieżu Piusie VII czy księdzu Linsolasie?
Filip Adamus






