Rotmistrz Pilecki. Syn bohatera podziemia ujawnia fakty z życia ojca

Pilecki-rocznica-2026.jpg
Oprac. PCh24.pl

Mija 78 lat od śmierci rotmistrza Witolda Pileckiego, na którym komuniści przeprowadzili mord sądowy. Wszyscy Polacy, którzy mają usposobienie patriotyczne, znają bohaterstwo w walce o wolność ojczyzny, z jakiego zasłynął rotmistrz. Mniej znane jest jego oblicze jako męża, ojca i kresowego ziemianina. Któż może nam przedstawić je lepiej niż jego syn - Andrzej Pilecki? Od kilku lat pan Andrzej, głównie ze względu na stan zdrowia (w styczniu skończył 94 lata), nie udziela wywiadów mediom. W tej sytuacji przyszło mi z pomocą nagranie, które zarejestrowałem w czerwcu roku 2009, podczas spotkania Andrzeja Pileckiego z młodzieżą białostockiego XI LO im. Rotmistrza Witolda Pileckiego. Dobrze, że w końcu wyciągnąłem je z szuflady, bo dzięki temu teraz mogę podzielić się z Czytelnikami nieznanymi wcześniej i bardzo ciekawymi faktami z życia jednego z największych bohaterów podziemia niepodległościowego.

Hartował się od dziecka

Pierwsze pytanie młodzieży skierowane do Andrzeja Pileckiego dotyczyło niezwykłego hartu ducha i ciała patrona ich szkoły. - Często ludzie pytają mnie skąd brała się siła i odporność psychiczna mojego ojca. Ja odpowiadam, że zapewne z tego, iż już od młodzieńczego wieku pracował on nad swoim charakterem, nad sobą. Pamiętam taką historię - kiedy przed I wojną światową, moi dziadkowie Pileccy postanowili, że babcia z dziećmi zamieszka w Wilnie, aby nie zatraciły one swojej polskości, mój tato, jako nastoletni uczeń gimnazjum, zaraz zapisał się do harcerstwa. Uznał bowiem, że harcerstwo będzie dla niego doskonałą szkołą charakteru – opowiadał licealistom Andrzej Pilecki.

Zróbmy to razem!

Młody Witold Pilecki był nie tylko należał do harcerstwa, ale też sam propagował ten zdrowy styl życia. Podczas I wojny światowej Pileccy wraz z dziećmi wyjechali z Wilna, gdzie było wówczas niebezpiecznie, do małej miejscowości Hawryłków, w której mieszkała babcia Witolda. W tym kresowym miasteczku Witek „nie skrolował, żeby zabić czas” – jakbyśmy to dziś powiedzieli, ale zaraz po przyjeździe, zorganizował w Hawryłkowie zastęp harcerski - pierwszy w historii tego miasteczka. Do tego uruchomił tu z kolegami nielegalne tzw. „kółka samokształceniowe” na których chłopcy udzielali sobie wzajemnie lekcji języka polskiego i historii naszego państwa oraz przyjmowali lekcje strzelectwa i walki wręcz od instruktorów z „Sokoła”.

Andrzej Pilecki opowiadał młodzieży, że jego ojciec Witold, po upadku Powstania Warszawskiego, nawet kiedy był zamknięty w obozie jenieckim dla AK-owców w Murnau w Niemczech, dbał o sprawność swojego umysłu.

Tato zdobył tam zeszyt i ołówek. W tym zeszycie, dla utrzymania pamięci w dobrej formie, spisywał imiona i nazwiska wszystkich ludzi, których do tej pory poznał. Ojciec urodził się, kiedy jego rodzice wyjechali za chlebem z Nowogródczyzny, w północne rejony Rosji. Dziadek był leśnikiem w Karelii. Więc pierwsze personalia spisane w tym zeszycie należą m.in. do osób rdzennego pochodzenia czyli Karelów oraz Rosjan. W sumie zapisał tam z pamięci aż 1758 nazwisk! – mówił Andrzej Pilecki z podziwem dla niezwykłej pamięci ojca.

Gdy modlił się, był nieobecny

Zapytywany przez młodzież o wiarę ojca, pan Andrzej opowiedział licealistom niezwykłą historię, której wcześniej nigdzie publicznie nie przytaczał.

- Kiedy uczyłem się w szkole średniej i mieszkałem w bursie, miałem następującą, tajemniczą sytuację. Byłem w waszym wieku. Pewnego razu powiadomiono mnie, że jakiś mężczyzna chce się ze mną spotkać. Trochę się wystraszyłem, że to może ktoś z UB, bo ci panowie zawsze mieli nas na oku. Zgodziłem się z nim rozmawiać. Mężczyzna powiedział mi, że właśnie wyszedł z więzienia, gdzie odbył wyrok za przestępstwa kryminalne. Kiedy siedział w areszcie śledczym na Mokotowie, widywał mojego ojca. Mówił, że więźniowie kryminalni mieli tam o wiele lżej niż polityczni. Wyznaczono go do noszenia osadzonym jedzenia. Przynosił memu ojcu posiłki do celi. Z dużym wzruszeniem opowiadał mi, że zawsze zastawał mojego tatę zatopionego w modlitwie. Choć tato był okrutnie skatowany nie leżał, ale siedział na pryczy oparty plecami o ścianę. Ten kryminalista powiedział mi, że widok człowieka, który pomimo tylu cierpień zachował wiarę w Boga, za każdym razem mocno go poruszał. Te poruszenia skruszyły twardą skorupę jego serca, tak że się nawrócił i postanowił nie szkodzić już bliźnim, ale im pomagać. Przyszedł do mnie, jako pierwszego po odzyskaniu wolności, i zapytał „Czy mogę panu jakoś pomóc?” – relacjonował swoje spotkanie z nawróconym recydywistą , wyraźnie wzruszony, Andrzej Pilecki.

Jego ojciec Witold swoją wiarę i religijność ujawniał w sposób jeszcze inny niż modlitwa. Czynił to poprzez sztukę.

- Ojciec miał zdolności plastyczne. Studiował nawet parę lat malarstwo w Wilnie, ale z różnych, ważnych powodów, musiał tych studiów zaniechać. W każdym bądź razie malował, głównie obrazy religijne. W naszym dworze w Sukurczach, kiedy budziłem się rano w swoim pokoju, zawsze moje pierwsze spojrzenie padało na dwa obrazy o tej tematyce. Jeden przedstawiał Matkę Bożą Karmiącą, drugi Świętą Rodzinę. Pamiętam je bardzo dobrze. Wiem też, że jeszcze przed moim urodzeniem ojciec podarował dla kościoła w Krupie dwa swoje obrazy - Matka Boska Nieustającej Pomocy i obraz Świętego Antoniego. One do tej pory wiszą w tej świątyni. Ponadto ojciec pisał wiersze – mówił syn żołnierza artysty.

Ziemianin

Majątek rodzinny pradziadków Andrzeja Pileckiego i ich przodków nosił nazwę Starojelnia. Ulokowany był on na Nowogródczyźnie w okolicy znanego z literatury pięknej jeziora Świteź. Niestety, za udział w Powstaniu Styczniowym Józefa Pileckiego (dziadka Witolda), rząd carski skonfiskował go.

Pradziadka Józefa Kozacy złapali z bronią w ręku, dlatego skazano go na karę śmierci. Na szczęście carscy urzędnicy byli przekupni i za pomocą pewnej sumy, rodzinie udało się uzyskać u nich zmianę kary dziadka Józefa na 7 lat zsyłki. Jednak majątek Starojelnia przepadł. Dzięki Bogu mieliśmy jeszcze jeden majątek ziemski, liczący 500 hektarów, w Sukurczach niedaleko Lidy. Ziemie te, ze starym dworem, jako wiano żony, dostał po ślubie mój przodek Adam Pilecki. Jego małżonka Maria była z domu Domeyko. Po Powstaniu Styczniowym zapisany był on jeszcze na nią, co uratowało ten majątek przed carską konfiskatą. Ja spędziłem tam z rodzicami i siostrą siedem pierwszych lat życia. Ten dwór miał już wówczas 400 lat. Smutno mi się robi, gdy pomyślę, że przetrwał on wszystkie pożogi wojenne, a został barbarzyńsko zniszczony przez komunistów dopiero w roku 1965 – wspominał z żalem Andrzej Pilecki.

Jego ojciec Witold, już wówczas kombatant walk o Niepodległą, w rodzinnym majątku w Sukurczach osiadł w roku 1926. Był jeszcze wówczas kawalerem, gdyż ożenił się (z Marią Ostrowską) dopiero w roku 1931. Witold tak dobrze zajął się gospodarzeniem, że szybko wydobył Sukurcze z długów i majątek zaczął przynosić solidny dochód. – Ojciec był mistrzem w uprawie koniczyny i pozyskiwania z niej nasion, co jest nie lada sztuką. Po te nasiona przyjeżdżali do Sukurcz nabywcy aż z centralnej Polski – wspominał Andrzej Pilecki. Jego ojciec był też wówczas bardzo aktywnym społecznikiem – naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej, prezesem Mleczarni (Masło z tej mleczarni był sprzedawane w Wilnie). Z zaprzyjaźnionymi rolnikami założył, dobrze funkcjonujące, Kółko Rolnicze. Jego gen żołnierza nie dawał mu o sobie zapomnieć, więc zorganizował paramilitarną organizację pod nazwą „Przysposobienie Obronne Konne „Krakusów”. Wzorował się w tym na oddziałach kawalerii narodowej, funkcjonujących w Księstwie Warszawskim.

Ostatni raz widziałem go, gdy jechał wykonać rozkaz

Podczas zarejestrowanego przez mnie spotkania z młodzieżą w Białymstoku Andrzej Pilecki opowiedział nieznaną szerzej historię, w jaki sposób rodzinie Pileckich udało się uniknąć wywózki na Sybir.

Pewnego dnia, zimą roku 1945, przyszedł do naszego dworu w Sukurczach Białorusin, który pracował w sowieckiej bezpiece. On był miejscowym człowiekiem i wiedział ile dobra dla ludności wyświadczyli moi rodzice. Z tego powodu postanowił nas ostrzec przed wywózką. Powiedział żebyśmy uciekali ze dworu i gdzieś się skryli. Schronienia udzieliła nam chłopska rodzina z sąsiedniej wsi, oni również byli Białorusinami. Dobrze to zapamiętałem, bo w ich chacie, po raz pierwszy w życiu, spałem na piecu. Gdyby ci ludzie nam nie pomogli, pewnie byśmy na Sybirze zginęli, gdyż naczelnik NKWD, kiedy nie zastał nas w domu, z wielką nienawiścią długo nas szukał – relacjonował Andrzej Pilecki.

Na koniec spotkania z młodzieżą Andrzej Pilecki, w odpowiedzi na pytanie „Czy pamięta, kiedy ostatni raz widział ojca?”, opowiedział jak to było.

- Ostatni raz widziałem ojca w roku 1946. Zajechał wówczas do domu moich dziadków Ostrowskich w Ostrowi Mazowieckiej, gdzie wtedy mieszkaliśmy z mamą i siostrą Zofią. Odwiedził nas potajemnie jadąc do Czerwonego Boru koło Łomży, gdzie miał wykonać rozkaz rozwiązania miejscowego oddziału podziemia. Dowództwo uznało, że alianci jednak nie przyjdą Polsce z Pomocą i nie ma sensu, trzymać dalej tych ludzi w lesie. Podczas wizyty ojca była taka sytuacja, że ja z kolegami robiliśmy na podwórzu ćwiczenia sprawnościowe. Ojciec przyszedł do nas i powiedział „chłopaki pokażę wam kilka ćwiczeń na mięśnie, refleks i dobre oko”. Przeszkolił nas i pojechał wykonać rozkaz. Więc go żywego nie widziałem - powiedział, wyraźnie wzruszony, pan Andrzej.

Adam Białous

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: