Giętki kręgosłup Mateusza. Czy można mu ufać?

forum-1119464477_800x460.jpg
Fot: Jacek Szydłowski / Forum

W rozmowie z Bogdanem Rymanowskim, były premier Mateusz Morawiecki usilnie starał się reklamować jako polityk ambitny i godny zaufania. W tej samej rozmowie jednak reklamie tej zaprzeczył.

Mateusz Morawiecki, opuściwszy wraz z grupą posłów macierzyste Prawo i Sprawiedliwość, zabiega o to, by wizerunkowo uzyskać jak najwięcej. Usiłuje przekonać wyborców, że pozostaje wierny PiS-owi, ale temu z najlepszych jego lat, czyli czasów, gdy partia ta pod szyldem Zjednoczonej Prawicy dwukrotnie wygrywała wybory. Niczym postkomuniści nawiązujący niegdyś do „najlepszych” czasów „epoki Gierka”, były premier przywołuje wspomnienia z lat, które wielu mogą kojarzyć się dobrze, wszak – z różnych powodów, niekoniecznie zależnych do PiS – po 2015 roku zaliczyliśmy wyraźny awans ekonomiczny.

Elementem tej kampanii Morawieckiego, polegającej na idealizowaniu – powiedzmy – „przedpandemicznego PiS-u”, jest snucie własnej historii o przyczynach spadku poparcia dla Zjednoczonej Prawicy. Spadku, który – wedle jego narracji – zaczął się po forowaniu tzw. piątki dla zwierząt, by pikować tuż po ogłoszeniu słynnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, zakazującego aborcji eugenicznej.

Przed czym ucieka Morawiecki?

Nie zamierzam w tej kwestii ostro spierać się z Morawieckim, choć poczyniłbym jedno istotne zastrzeżenie: głównym powodem utraty władzy przez PiS był brak zdolności koalicyjnej, wszak – pamiętajmy o tym – partia Kaczyńskiego w październiku 2023 roku wygrała trzecie z rzędu wybory parlamentarne, co było znaczącym sukcesem. Nie uzyskała jednak bezwzględnej większości a prezes PiS nie potrafił przekonać żadnego ugrupowania do wspólnej koalicji.

Zróbmy to razem!

Faktycznie jednak obydwie podniesione przez Morawieckiego sprawy z pewnością PiS-owi w wyborach nie pomogły. „Piątka dla zwierząt” stała się na pewnym etapie jakąś całkowicie niezrozumiałą, ideologiczną obsesją Jarosława Kaczyńskiego, pod którą zresztą Morawiecki się podpisał. Parł on do niej jak obłąkany, pomimo licznych głosów krytyki ze strony m.in. jego własnego, wiejskiego elektoratu. Co więcej, karał posłów sprzeciwiających się ustawie. W pewnym momencie – i nie ma w tym krztyny przesady – wydawało się, że każdy, kto chce pozostać członkiem PiS musi obowiązkowo wygłosić pochwałę „piątki dla zwierząt” oraz potępić rzeszę sadystycznych chłopów batożących bez litości swoje bydło i złośliwie skracających psom łańcuchy. „Piątka dla zwierząt” stała się dla PiS rodzajem świeckiej religii, naiwnym wierzeniem miejskiej inteligencji, żyjącej bardziej swoimi wyobrażeniami o wsi niźli zdrowym oglądem sytuacji.

Aborcja to co innego, choć raczej zgadzam się z Morawieckim, że na tej sprawie PiS również stracił. Rozumiem równocześnie oburzenie wielu prawicowych publicystów, przekonujących, iż Morawiecki się myli. To upór wynikający zapewne z idealizowania polskiego społeczeństwa, które – niestety – idealne nie jest. Polacy są raczej liberalni w podejściu do seksu, antykoncepcji i aborcji. Od kiedy pamiętam obowiązywał zazwyczaj pewien konsensus między Polakami, Kościołem a władzą, dotyczący „niezaglądania nikomu do łóżka”. I władza unikała poruszania tematów obyczajowych, i Kościół – niestety – zaniedbywał w związku z tym moralną katechezę. Ostatnim wielkim bojem o obyczajowość, był ten dotyczący aborcji na początku lat 90., zakończony tzw. kompromisem.

Nie chcę tutaj szerzej omawiać tego tematu, bo nie o tym jest ten tekst. W każdym razie każdy, kto uznał, że należy naruszyć wspomniany „kompromis”, musiał się liczyć ze stratą w centrowym elektoracie. Co nie oznacza, że władza w sprawach kluczowych ma pozostawać niewolnikiem sondaży, o czym za chwilę.

Mimo to, twierdzenie, że PiS w 2023 roku utracił władzę przez „piątkę dla zwierząt” i aborcję, to sprytna redukcja przeszłości do spraw wygodnych dla narracji byłego premiera. Morawiecki sprytnie unika tematu pandemii (a przecież istotnie wpłynęła ona na radykalizację społecznych nastrojów) a także akceptacji przez PiS – w tym przez samego Morawieckiego – kosztownego dla polskiej kieszeni unijnego Zielonego Ładu. Zresztą jednym z architektów tego programu był PiS-owski unijny komisarz, Janusz Wojciechowski. I wreszcie ostatnia sprawa, to Polski Ład. Program, który mocno uderzył w bogacącą się klasę średnią, szczególnie w osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą.

Morawiecki w swoich sądach idzie zatem na skróty. Robi to intencjonalnie, wszak wchodząc w buty Trzeciej Drogi Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysza, musi dopieszczać z reguły bardziej liberalną klasę średnią – zarówno tę miejską jak i tę „nową”, wiejską. Operuje przy tym problematyką ideologiczną, wszak tutaj najłatwiej jest zarządzać społecznymi nastrojami. Były premier ucieka zarazem od swoich niewątpliwych „zasług” dla zubożenia części Polaków.

Kto dzieli aborcją?

Szczególnie uderzające jednak w narracji Morawieckiego jest instrumentalizowanie kwestii zakazu aborcji eugenicznej. Na czym polega manipulacja lidera Rozwoju Plus?

Po pierwsze, Morawiecki przedstawia się jako polityk ambitny, który – w przeciwieństwie do Donalda Tuska – chce zmieniać państwo, prowadzić politykę inną niż obecny premier, bez nerwowego spoglądania w sondaże i unikania ważnych reform. Samo w sobie kłóci się to z deklaracją złożoną przez byłego szefa rządu w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na kanale Rymanowski Live. Uznawszy bowiem aborcję za zło, Morawiecki zadeklarował… liberalizację prawa do zabijania nienarodzonych, poprzez powrót do „kompromisu aborcyjnego”.

Można zatem mieć uzasadnione wątpliwości, na ile wiarygodne są deklaracje Morawieckiego dotyczące jego determinacji w reformowaniu Polski, skoro w tak ważkiej sprawie etycznej były premier deklaruje gotowość wprowadzenia zmian w prawie… wbrew własnym przekonaniom. Czy można zatem ufać Morawieckiemu? Czy faktycznie w innych kwestiach dotyczących choćby ważnych projektów modernizacyjnych będzie miał w sobie wystarczająco dużo determinacji, by wprowadzać w życie swoją wizję? A może jednak ma na tyle giętki kręgosłup, że chętnie przehandluje część rozwiązań za określone polityczne profity?

Sprawa aborcji nie jest czymś, co należy brać w nawias, lecz istotną sprawą, znacząco wpływającą na kształt społecznej moralności. Prawo nie działa w próżni, pełni istotną funkcję wychowawczą. Jeśli zatem reformy mają wiązać się z kosztem politycznym dla formacji podejmującej starania, by zmieniać Polskę, to z pewnością należy zapłacić stosowną cenę za ograniczenie prawa do aborcji. W tym przypadku zatem znacznie bardziej podoba mi się determinacja Jarosława Kaczyńskiego niż „jestem za, a nawet przeciw” Mateusza Morawieckiego. Nie ma w tym, niestety, choćby cienia wiarygodności.

Ważnym pytaniom o wiarygodność towarzyszy jeszcze pytanie drugie – o stopień cynizmu Mateusza Morawieckiego. W przywołanej już rozmowie z Bogdanem Rymanowskim były premier ocenił, że powrót do kompromisu aborcyjnego jest konieczny, bo Polacy nie potrzebują sporów, lecz jedności, istotnej w perspektywie stojących przed nami wyzwań. Można by się z tym stwierdzeniem zgodzić, gdyby nie fakt, że to… sam Morawiecki stawia na agendzie problem aborcji. Nie chce nikogo skłócić, ale sam wrzuca drażliwy społecznie temat. Chce gasić pożary, a sam krąży z zapaloną zapałką wokół stacji benzynowej.

Obecnie Polacy w tej kwestii nie toczą jakiegoś zażartego sporu, a konflikty światopoglądowe rozpalają się zazwyczaj wówczas, gdy zaczynają o nich dyskutować politycy. Morawiecki sam wrócił do tematu zdelegalizowanej aborcji eugenicznej i proponuje odgrzanie sporu wokół tej kwestii na nowo, po to, by… zapewnić Polakom społeczny spokój. Paradoks? No jasne, ze tak.

Co ciekawe, nikt Morawieckiego o aborcję nie pytał. Rymanowski dociekał jedynie przyczyn porażki PiS. To były premier sam nawiązał do tego tematu, by w zdecydowany sposób zaznaczyć swoje stanowisko.

Co więcej, Morawiecki nie wyjaśnił też, w jaki sposób chciałby dokonać owego powrotu do „kompromisu aborcyjnego”. Jeśli jego partia in spe ma nieść na sztandarach rozwój, to czy zdecyduje się na „dzień dobry” pogwałcić wyrok Trybunału Konstytucyjnego i wprowadzić zmiany w prawie wbrew tamtemu orzeczeniu? Byłoby to absurdalne, wszak stabilność ładu prawnego zawsze stanowi jeden z fundamentów rozwoju.

Krótko mówiąc, Morawiecki być może chciałby być dzisiaj nowym Peterem Magyarem i stworzyć „nowy, lepszy” PiS. I choć zyskuje sobie momentami poklask mainstreamu, to jednak trudno uwierzyć dzisiaj w jego ofertę. Do wprowadzania śmiałych reform potrzebny jest nie tylko światły umysł, ale też odrobina odwagi i konsekwencja. Tego wszystkiego, jak się zdaje, Morawieckiemu obecnie brakuje.

Tomasz Figura

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: