Trump grozi sojusznikom. Chce zbombardować Oman i odwołał manewry z Koreę Południową

W związku z eskalacją napięcia z Iranem oraz presją ekonomiczną wywieraną na ten kraj, prezydent Donald Trump podejmuje bezprecedensowe działania, zwracając się przeciwko sojusznikom.
Przywódca USA zdecydował między innymi o ograniczeniu wspólnych ćwiczeń wojskowych z Koreą Południową, co jest traktowane nie tyle jako lekceważenie długoletniego sojusznika, co zagrożenie dla interesów bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych w Azji i na całym świecie. Z kolei Omanowi zagroził bombardowaniem z powodu dogadywania się z Iranem w sprawie alternatywnych tras żeglugowych.
W poniedziałek amerykański prezydent zainicjował serię wpisów w mediach społecznościowych, grożąc „zbombardowaniem” Omanu. Oman leży po drugiej stronie cieśniny Ormuz niż Iran; pośredniczy w negocjacjach Waszyngtonu z Teheranem, starając się zachować neutralność. Jednocześnie prowadzi rozmowy z Iranem w sprawie ponownego otwarcia cieśniny.
Trump zagroził, że „zbombarduje” Oman, jeśli kraj utrudni negocjacje prowadzone z Iranem przez USA. Waszyngton wywiera na Irańczykach silną presję, chcąc ustąpienia wobec stawianych żądań. Ekipa Trumpa ma pretensje do Omanu, że nie poparł Ameryki w wystarczającym stopniu i nie wywiera silnej presji na Iran.
Prezydent USA zasugerował nawet, że to Stany Zjednoczone mają całkowitą kontrolę nad cieśniną Ormuz i rozważają możliwość przekształcenia jej w terytorium USA. - Kontrolujemy ją dzięki blokadzie i podoba mi się pomysł uznania jej za [nasze- przyp. AS] terytorium – mówił Trump reporterom, nic nie robiąc sobie z sugestii, że eskalacja wojny z Iranem zagrozi republikanom w najbliższych wyborach uzupełniających, które odbędą się za trzy miesiące. Istnieje realna groźba, że republikanie stracą kontrolę nad Izbą Reprezentantów.
Obywatele USA są wściekli z powodu rosnących cen paliwa, a w konsekwencji także innych towarów, przez co pogarsza się standard ich życia.
Prezydent USA przyznał, że Irańczycy „mogą być uciążliwi”, na przykład podkładając miny pod statki warte miliardy dolarów, ale Ameryka ma kontrolować sytuację i należy się spodziewać spadku cen ropy. Zastrzegł jednak, że tak się może nie stać, jeśli „zdecydujemy się na coś znacznie bardziej drastycznego niż to, co robimy”.
W poniedziałek cena benzyny w USA wynosiła średnio około 4,06 USD za galon, czyli o około 93 centy więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.
Ekipa Trumpa stara się wywierać presję ekonomiczną na Iran, aby zakończył wojnę, dusząc gospodarkę poprzez blokadę irańskich portów. Teheran jednak nie ustępuje, a wręcz konsoliduje władzę i wzmacnia swoją odpowiedź na działania USA, w których za trzy miesiące odbędą się wybory.
Przez cieśninę znowu przepływa mniej statków. Ani Waszyngton, ani Teheran nie chcą ustępować w negocjacjach. Trump powiedział nawet, że „nie ma żadnego harmonogramu” i nie spieszy mu się z zawarciem umowy. Jednocześnie zaatakował werbalnie Oman za to, że nie wywiera presji na Iran.
Trump bagatelizuje rosnące ceny benzyny w USA i sondaże. Na wiecu w Nowym Jorku mówił wyborcom, żeby „płacili odrobinę, odrobinę więcej za benzynę”, ponieważ „robią to po to, by bardzo zły kraj (…) nie miał broni jądrowej”.
Amerykanie liczą na to, że uda im się doprowadzić do wielkich niepokojów społecznych w Iranie, gdzie w lipcu – zgodnie z oficjalnymi statystykami - roczna stopa inflacji wyniosła 66 procent. Amerykańscy doradcy szacują, że „może uda im się wytrzymać jeszcze pięć, sześć miesięcy, ale na pewno nie dwa lata”.
W związku z niekorzystnymi sondażami, jeden z krajowych działaczy Partii Republikańskiej wezwał kolegów do tego, by przyznali, że ceny są wysokie, ale jednocześnie starali się wyjaśnić wyborcom motywy Trumpa dotyczące wojny z Iranem. A motywem ma być chęć zapewnienia, że „największy światowy przeciwnik” USA nie będzie posiadał broni jądrowej. Republikanie powinni także przedstawić plan dalszych działań w celu obniżenia cen.
Rzecznik Białego Domu, Kush Desai, zauważył, że „dla administracji Trumpa dobrobyt gospodarczy nie jest możliwy bez zapewnienia bezpieczeństwa narodowego, a bezpieczeństwo narodowe nie jest możliwe bez dobrobytu gospodarczego”.
Demokraci w kongresie postanowili wykorzystać obecną sytuację, by ponownie spróbować ograniczyć uprawnienia wojenne prezydenta. Senator Tim Kaine, demokrata z Wirginii, ogłosił w poniedziałek, że planuje przedstawić rezolucję dotyczącą uprawnień wojennych prezydenta w stosunku do Omanu, z którym USA łączą silne stosunki dyplomatyczne i umowa o wolnym handlu. Kaine ostrzegł przed wrogimi groźbami wobec tego kraju, które mogą wykorzystać Rosja i Chiny.
Izba Reprezentantów już trzykrotnie odrzuciła inicjatywy demokratów dotyczące uprawnień wojennych wobec Iranu, zanim jedna została przyjęta. 23 czerwca Senat przyłączył się do Izby Reprezentantów, uchwalając rezolucję o uprawnieniach wojennych stosunkiem głosów 50 do 48, co oznacza, że po raz pierwszy Izba zatwierdziła tego rodzaju środek przeciwko kampanii Trumpa wymierzonej w Teheran. Samo głosowanie miało charakter symboliczny i nie doprowadziło do trwałego ograniczenia uprawnień wojskowych prezydenta.
Podobnie, planowana rezolucja w sprawie Omanu prawdopodobnie nie przyniesie większych skutków praktycznych.
Oman jest zaangażowany w działania dyplomatyczne mające na celu zakończenie wojny z Iranem, która zakłóciła żeglugę w strategicznej cieśninie Ormuz, łączącej zatokę Perską z zatoką Omańską.
Groźby pod adresem Omanu, a także ograniczenie ćwiczeń wojskowych wspólnie z Koreą Południową, odbierane jest nie tylko jako lekceważenie długoletnich sojuszników, ale budzi też obawy dotyczące interesów bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych w Azji i na całym świecie.
Trump tłumaczył, że postanowił ograniczyć udział wojsk USA we wspólnych manewrach, ponieważ władze Korei Południowej odmówiły przyłączenia się do wojny z Iranem.
Decyzję prezydenta krytykują amerykańscy eksperci. Dan Fried, były zastępca sekretarza stanu ds. europejskich w administracji George’a W. Busha, uważa, że decyzja Trumpa nie ma sensu. - To osłabia pozycję Koreańczyków z Południa, osłabia pozycję Japończyków, przeraża Tajwańczyków, denerwuje NATO i dodaje otuchy Chińczykom, nie wspominając o Koreańczykach z Północy - wyjaśnił.
Podobnego zdania jest Danny Russel, były zastępca sekretarza stanu ds. Azji Wschodniej i Pacyfiku w administracji Baracka Obamy. Uznał, że Trump karze sojusznika i jednocześnie zachęca przeciwnika do agresywnych działań. Trump „chroni wrażliwe uczucia Kim Dzong Una przed nieprzyjaznym sygnałem, kosztem bezpieczeństwa USA i Korei Południowej”, zauważa.
W niedzielę prezydent USA nakazał armii ograniczenie 11-dniowych ćwiczeń Ulchi Freedom Shield, które rozpoczęły się w poniedziałek zgodnie z planem. Jego oświadczenie miało zdumieć wielu w Korei Południowej. Spotkało się również z natychmiastową krytyką demokratów w Kongresie.
- Traktowanie jednego z najbliższych sojuszników Ameryki jak przeciwnika osłabia nasze sojusze i przynosi korzyści Chinom oraz Korei Północnej - podkreślił Greg Meeks, reprezentant Nowego Jorku, czołowy demokrata Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów.
Do tej decyzji odniósł się także japoński minister obrony Shinjiro Koizumi, który zaznaczył, że „w obliczu najtrudniejszej i najbardziej skomplikowanej sytuacji bezpieczeństwa w erze powojennej, współpraca między Japonią, Stanami Zjednoczonymi i Koreą Południową ma kluczowe znaczenie dla pokoju i stabilności regionu”.
Koizumi przebywa z oficjalną wizytą w Australii. Tamtejszy minister obrony, Richard Marles także podkreślił, że Canberra jest „bardzo zaniepokojona programem nuklearnym Korei Północnej, jak również jej programem rakietowym i konsekwentnie to podkreślaliśmy”.
Południowokoreańscy urzędnicy poinformowali, że ćwiczenia rozpoczęły się zgodnie z planem.
W poniedziałek Trump opublikował zdjęcie przywódcy Korei Północnej rozmawiającego przez telefon. Podpis brzmiał: „Hej Donald… Spoko, prawda?”. Zapytany w poniedziałek przez reportera, czy Kim odpowiedział na prośby USA o rozmowy, odparł twierdząco. Na razie Biały Dom odmawia podania szczegółów co do ewentualnego kolejnego spotkania przywódców USA i Korei Północnej w sprawie rozbrojenia. - Kim Dzong Un zawsze traktował mnie z wielkim szacunkiem - mówił Trump. – Rozumiem go, a on rozumie mnie - dodał.
Zdaniem emerytowanego ambasadora USA Roberta Wooda, wspólne ćwiczenia wojskowe mają kluczowe znaczenie dla odstraszania Korei Północnej, która unika rozmów z USA na temat swojego programu nuklearnego i przyspieszyła testy nad nową bronią.
W obliczu niepewnej sytuacji, Koreańczycy z Południa coraz bardziej popierają ideę dążenia do posiadania własnej broni jądrowej.
Źródła: newsmax.com, thehill.com, scmp.com
AS





