W oktagonie z Trumpem. Czego boi się Polska?

Dobrze, że prezydent Karol Nawrocki pojechał do Waszyngtonu, żeby wziąć udział w wydarzeniach związanych z 250-leciem powstania USA. Nawet jeśli główną rozrywką ma być śledzenie walk w oktagonie. W tle zostaje jeszcze pytanie o stan polsko-amerykańskich relacji.
Prezydent Karol Nawrocki udał się do Waszyngtonu, by wziąć udział w obchodach 250-lecia powstania USA. To obchody w swoistym, Trumpowskim stylu. Próżno doszukiwać się w ich programie jakiś klasycznych wydarzeń, kultywowanych przez europejskie monarchie, jak bale, koncerty, wystawy itp. Pamiętamy choćby nie tak dawne obchody 70. lecia monarchii brytyjskiej, które były – nazwijmy to – zgoła mniej bombastyczne niż to, co zaproponował Donald Trump.
A plany te, jak można się domyślić, zawierają mnóstwo punktów „naj”. Najbardziej widowiskowe walki MMA w Białym Domu, najbardziej efektowne przeloty samolotów, muzyka najlepszych orkiestr, największy pokaz fajerwerków i najbardziej widowiskowy wiec… Donalda Trumpa.
No cóż, najlepszy biznesmen w dziejach Ameryki nie mógł pozwolić, by jako najwybitniejszy jej prezydent nie zorganizować najwspanialszych obchodów 250-lecia amerykańskiej państwowości.
Przy okazji tych wydarzeń głośno zrobiło się znowu o relacjach polsko-amerykańskich. Nie tak dawno amerykańska administracja wstrzymała przyjazd do Polski czterech tysięcy żołnierzy, w zamian za co Donald Trump w mediach społecznościowych obiecał nam… pięć tysięcy żołnierzy, co przyjęto u nas z pewną konsternacją, ale jednak potraktowano jako sukces. Kłopot w tym, że oprócz deklaracji, do dzisiaj brakuje konkretów w tej sprawie.
Niedługo potem prezydent Karol Nawrocki i przedstawiciele rządu wzięli udział w uroczystym powitaniu pierwszych F-35A na polskiej ziemi – najnowocześniejszych samolotów, które mają wzmocnić naszą lotniczą eskadrę.
Nie ukrywajmy, że choć w Polsce Ameryka nadal postrzegana jest jako nasza ostatnia nadzieja na ocalenia na wypadek zagrożenia wojną, to jednak daje się odczuć pewne zmęczenie tym bezalternatywnym sojusznikiem. Wraz ze wzrostem zamożności Polaków, rosną też nasze ambicje, a to oznacza, że chcemy być traktowani przez Amerykanów po partnersku. Za tym zaś idą oczekiwania, by polscy politycy potrafili stawiać Waszyngtonowi warunki. A z tym, niestety, nadal mamy poważny kłopot.
Trudno powiedzieć, z czego on wynika. Może z tego, że trudno politykom wyobrazić sobie jakąś alternatywę dla amerykańskiej protekcji? A może to po prostu kwestia generacyjna, wszak dla pokolenia pamiętającego komunizm, Ameryka to jedyna nadzieja na obronę przed rosyjskim agresorem. A w dodatku kraj mlekiem i miodem płynący, gdzie na przedmieściach grodzi się domy kiełbasami.
Trzeba jednak powiedzieć jasno: zaskakuje skala naiwnego podejścia polskich polityków do relacji z Ameryką.
Świetnym przykładem tej skali jest transakcja związana z kupnem F-35. Świetne samoloty, to prawda, ale dlaczego Czesi są w stanie wynegocjować przy ich zakupie offset, a my nie? Dlaczego Izrael otrzymał zgodę na instalacje własnego oprogramowania (specjalna linia F-35I), a my pozostajemy zależni w zakresie wykorzystania nowych samolotów od amerykańskiego producenta? Nie chodzi przecież o to, że nie udało nam się uzyskać dodatkowo jednej czy drugiej koncesji. Oczekiwałbym jednak, że ktoś szczegółowo wyjaśni zasady tej transakcji oraz powie dlaczego odbyła się ona na mniej korzystnych warunkach od tych, które uzyskali inni?
Donald Trump jest oczywiście wyjątkowo trudnym partnerem. Nieprzewidywalnym, skrajnie transakcyjnym, ignoranckim i aroganckim a wreszcie: przenoszącym techniki negocjacji politycznych kontraktów wprost ze świata biznesu. Rozumiem, że trzeba trafiać do niego na różne sposoby. Potrafili to robić premier Japonii Shinzo Abe, prezydent Finlandii Aleksander Stubb czy premier Izraela Benjamin Netanjahu. Staramy się i my, nad czym ciężko pracuje prezydent Karol Nawrocki. Kłopot w tym, że w ostatecznym rozrachunku trzeba postawić jasne pytanie: co konkretnie uzyskujemy taką postawą? Czy jedynie (a może aż?) zapewnienie, że pozostaniemy „amerykańskim lotniskowcem” na wschodzie Europy? Nawet jeśli nasza pozycja nie jest zbyt mocna, to jednak logika wskazywałyby, że przy każdej rozmowie na temat umowy kupna/sprzedaży powinniśmy stawiać swoje warunki.
Nie sposób porównywać relacji polsko-amerykańskich do tych, jakie mamy z Ukrainą. A jednak ten drugi przykład pokazał nam całkiem niedawno, w jaki sposób przez naiwność i hurraoptymizm marnujemy potencjał na skuteczną wymianę interesów. To jasne, że nie wszystko zawsze udaje się załatwić, ale warto choćby próbować zagrać o wyższą stawkę. Kto jak kto, ale Trump akurat świetnie rozumie takie rzeczy. Może zatem czas, by po silnych, przyjacielskich uściskach, panowie Trump i Nawrocki weszli razem do oktagonu?
Tomasz Figura






