Wspomnienia współbraci. Jacy byli błogosławieni męczennicy z Pariacoto?

W 35. rocznicę męczeńskiej śmierci o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka, publikujemy cztery niezwykłe, osobiste świadectwa osób, które znały przyszłych błogosławionych na długo przed tym, zanim ich krew wsiąkła w andyjską ziemię.
Wierny w codzienności (bł. O. Michał Tomaszek)
Znałem Michała od nowicjatu i przez wszystkie lata seminaryjne. Byliśmy na jednym kursie, a na ostatnim roku formacji – już jako diakoni – mieszkaliśmy we dwóch w jednym pokoju. Zapamiętałem go jako człowieka niezwykle wiernego w codzienności. Szanował czas, ciszę i obowiązujący regulamin. W jego życiu nie było miejsca na bylejakość. Jednocześnie w chwilach wolnych niemal zawsze sięgał po gitarę.
Do dziś mam przed oczami obraz naszego pokoju. Michał siedzi przy biurku, ręcznie przepisuje teksty znanych wówczas piosenek religijnych i oazowych, starannie dopisuje do nich chwyty gitarowe, a potem cierpliwie ćwiczy. Nie robił tego dla własnej satysfakcji. Chciał jak najlepiej służyć ludziom, prowadząc ich śpiewem i modlitwą do Boga.
Tę samą gorliwość zabrał ze sobą na misje. W 1989 roku zostaliśmy wysłani do Ameryki Południowej. Michał wyjechał do Peru w lipcu, ja do Boliwii w październiku. Spotkaliśmy się w Limie, gdzie czekałem na zakończenie formalności przed dalszą podróżą. Stamtąd razem pojechaliśmy autobusem do Pariacoto.
Tamta podróż pozostała w mojej pamięci na zawsze. Siedzieliśmy obok siebie, a Michał niemal przez całą drogę przeglądał swój zeszyt. Minęło zaledwie kilka tygodni od jego przyjazdu do Peru, a on z niezwykłą pilnością uczył się języka. Tłumaczył na castellano znane pieśni religijne i zapisywał do nich chwyty gitarowe, aby jak najszybciej móc śpiewać je razem z mieszkańcami Pariacoto. Zadziwiała mnie łatwość, z jaką się tego podejmował, ale jeszcze bardziej jego zapał i autentyczna, Boża radość. W czasie tej podróży nauczył mnie jednej z pieśni maryjnych. Jej melodię noszę w sercu do dziś.
Nie mam wątpliwości, że właśnie ta prostota, pogoda ducha i muzyczna pasja otworzyły przed nim serca mieszkańców Pariacoto. Dzieci i młodzież bardzo szybko do niego lgnęły. Wyczuwały w nim dobroć, szczerość i człowieka, który naprawdę je kochał.
Takiego Michała zachowałem w pamięci: serdecznego franciszkanina z gitarą i zeszytem w ręku, gotowego bez reszty oddać swoje talenty Bogu i ludziom. A szczególnie dzieciom i młodzieży, do których Pan Bóg obdarzył go wyjątkowym darem docierania.
O. Marek Dubanik z klasztoru w Lubomierzu, pow. limanowski
Niezwykle pracowity (bł. O. Zbigniew Strzałkowski)
Błogosławiony o. Zbigniew Strzałkowski był moim wicedyrektorem, wychowawcą w internacie oraz katechetą w szkole średniej prowadzonej przez franciszkanów w Legnicy. Spotykałem go przez rok – od 1987 do 1988 roku. Dla mnie był wzorem prawdziwego ojcostwa.
Przejawiało się ono między innymi w tym, że był blisko nas i zawsze pozostawał dostępny. Nie szczędził nam czasu – słuchał, rozmawiał i towarzyszył.
Był człowiekiem niezwykle pracowitym. Nie tylko nadzorował prace budowlane, gdy strych klasztorny zaadaptowano na przyszły internat, ale także nocami stał w kolejkach po materiały budowlane (były to lata osiemdziesiąte XX wieku), a kiedy wymagała tego sytuacja, to też w ciągu dnia pracował fizycznie na budowie.
Dbał o nasze bezpieczeństwo – nie tylko przed zagrożeniami materialnymi, lecz także moralnymi i duchowymi. Prowadził nas, nastolatków, ku dojrzałości, przygotowując do samodzielnego życia i odpowiedzialnych decyzji. Potrafił upominać, ale również przebaczać i dawać kolejną szansę. Nie był pobłażliwy. Umiał stawiać jasne granice. Był sprawiedliwy, nie kierował się sympatiami ani uprzedzeniami. Potrafił z szacunkiem i mądrością dyscyplinować.
Dla nas, młodych chłopaków, nie bez znaczenia był również fakt, że był człowiekiem silnym i wysportowanym. Miał własnoręcznie wykonaną sztangę do treningu siłowego, na której ćwiczył.
Krótko mówiąc, cieszył się ogromnym szacunkiem i sympatią uczniów, a z biegiem lat jego autorytet jeszcze bardziej wzrósł. Najlepiej świadczy o tym fakt, że gdy wyjeżdżał na misje do Peru, kilku moich kolegów z klasy pojechało na warszawskie Okęcie, aby go pożegnać. Choć był naszym wychowawcą i nauczycielem zaledwie przez rok, zdążył zdobyć nasze serca. Do dziś wielu z nas pielęgnuje pamięć o nim.
Spośród tysięcy świętych i błogosławionych Kościoła jest jedyną osobą wyniesioną na ołtarze, którą znałem osobiście. Po jego męczeńskiej śmierci, jeszcze przed beatyfikacją, razem z mamą powierzaliśmy mu nasze najtrudniejsze sprawy, prosząc, aby wstawiał się za nami u Boga.
Błogosławieni o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek oddali swoje życie za wiarę i z miłości do drugiego człowieka. Głosili Ewangelię, udzielali sakramentów i sakramentaliów, troszczyli się o najuboższych, organizowali dla nich pomoc i przywracali im nadzieję. Właśnie dlatego stali się niewygodni dla terrorystów ze Świetlistego Szlaku, którzy uznali, że działalność franciszkanów przeszkadza im w zdobywaniu wpływów, ponieważ mieszkańcy nie chcieli przyłączyć się do ich rewolucyjnej ideologii.
o. Jan Maria Szewek OFMConv
Dużo mu zawdzięczam (bł. O. Michał Tomaszek)
Jestem względem Michała i jego siostry Urszuli bardzo zobowiązany. Otóż, kiedy otrzymałem na półrocze ocenę niedostateczną i byłem pozbawiony stypendium, miałem zrezygnować z seminarium, ponieważ moich rodziców nie było stać, aby opłacać mi naukę. Kiedy Michał się o tym dowiedział, wziął mnie na rozmowę, i powiedział mi, że powołanie jest łaską Boga i żeby nie narażać tego powołania i go nie zmarnować. Chciał mnie ratować. Po rozmowie ze swoją siostrą Urszulą, która była na wywiadówce, zdecydowali, że mi pomogą, ale nikt nie może o tym wiedzieć… Urszula, która już pracowała, na prośbę Michała posyłała moim rodzicom po 600zł miesięcznie, od lutego do czerwca. Michał pomagał mi w nauce, sam radził sobie coraz lepiej. Maturę zdaliśmy razem w 1980 roku. Dużo zawdzięczam Michałowi.
o. Ryszard Jarmuż OFMConv
Orędownicy pokoju i pojednania
Męczenników z Pariacoto nie znałem osobiście. Kiedy o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek oddali życie w Peru w 1991 roku, byłem jeszcze uczniem szkoły średniej. Już wtedy jednak w moim sercu dojrzewało pragnienie życia franciszkańskiego i misyjnego.
Dopiero po latach, gdy sam zostałem misjonarzem, zacząłem odkrywać ich historię na nowo. Choć zostałem posłany do Kenii, a nie do Peru, w ich życiu i posłudze odnalazłem wiele odpowiedzi na pytania o sens misji, wierność Ewangelii i odwagę codziennego dawania siebie innym. Stali się dla mnie nie tyle bohaterami z przeszłości, ile braćmi, którzy wciąż uczą, jak kochać ludzi bez stawiania granic.
Podczas mojej posługi misyjnej kilkakrotnie przeżyłem napady z bronią w ręku. Były to jednak napady rabunkowe, a nie prześladowania za wiarę. Nie była mi dana łaska męczeństwa. Po tych doświadczeniach nie wytrzymałem psychicznie i wróciłem do Polski. Dziś nie patrzę na to jak na porażkę. Wierzę, że Pan Bóg prowadzi każdego inną drogą i nawet z bolesnych wydarzeń potrafi wyprowadzić dobro.
Dlatego z nadzieją i radością nadal służę misjom. Moim miejscem jest dziś organizowanie pomocy dla misjonarzy i budzenie ducha misyjnego w Kościele. Jestem przekonany, że każdy ma swoją misję, nie zawsze na pierwszej linii, ale zawsze tam, gdzie Bóg go potrzebuje.
Błogosławieni o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek pozostają dla mnie inspiracją oraz orędownikami pokoju i pojednania. Ich świadectwo pokazuje, że nienawiści nie zwycięża się przemocą, lecz miłością wierną aż do końca. Właśnie dlatego sprowadziliśmy ich relikwie do Kenii. Dziś znajdują się one w Narodowym Sanktuarium Matki Bożej w Subukia, którym opiekują się franciszkanie. W tym miejscu każdego dnia zanosi się modlitwę o pokój i pojednanie między narodami i plemionami Kenii oraz o pokój dla całego świata. Wierzę, że ich obecność jest znakiem nadziei i przypomnieniem, że ofiara złożona z miłości nigdy nie jest daremna.
br. Robert Kozielski OFMConv






