O 5 pierwszych miesiącach prezydentury Joe Bidena i podjętych przez niego działaniach na arenie krajowej i międzynarodowej mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Grzegorz Górski, nauczyciel akademicki, adwokat, polityk, samorządowiec, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor nadzwyczajny m.in. Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Toruńskiej Szkoły Wyższej – Kolegium Jagiellońskiego, od 2011 do 2014 sędzia Trybunału Stanu.
Minęło 5 miesięcy od dnia, w którym Joe Biden stał się prezydentem Stanów Zjednoczonych. Liberalno-lewicowe media twierdzą, że po okresie zbliżonym do III Rzeszy Hitlera, bo do niej najczęściej porównywano okres prezydentury Donalda Trumpa, nadszedł czas stabilizacji i normalności. Czy zgadza się Pan z takim postawieniem sprawy?
Wesprzyj nas już teraz!
Biden realizuje agendę radykalnego, neobolszewickiego skrzydła Partii Demokratycznej. Ci ludzie są owładnięci żądzą wprowadzenia rozwiązań marksistowskich w duchu trockistowskim, z pseudoliberalną tolerancją dla swoich, a wykluczającą wszystkich inaczej myślących. To co dzieje się dziś w Ameryce można już zacząć śmiało porównywać do bolszewickiego szaleństwa jakie ogarnęło Hiszpanię w początkach lat 30-tych. Bez liczenia się ze skutkami tego szaleństwa, Biden i jego partią dążą do ekspresowego wprowadzenia najbardziej radykalnych postulatów do wyborów w 2022 roku. Liczą bowiem, że im więcej zdołają teraz zrealizować, tym trudniej będzie to w przyszłości demontować. Czyli amerykańska forma zapateryzmu.
Pierwszych 5 miesięcy swoich rządów w Białym Domu prezydent Joe Biden poświęcił kilku rewolucyjnym kwestiom, m.in. wdrażaniu w życie części postulatów subkultury i ideologii LGBT. Dlaczego właśnie te 4 litery i ich promocja jest tak ważna dla Joe Bidena i jego administracji?
Tych liter jest już więcej i pewno będzie się to dalej rozwijać. Promocja ideologii kryjącej się za tym skrótem, jest doskonałym narzędziem wprowadzania modelu nowej segregacji ludzi. Segregacja ludności w krajach Europy zachodniej czy w USA nie jest niczym nowym i właściwie zawsze była w takiej czy innej postaci wpisana w naturę tych państw. Teraz pod pozorem swoiście pojmowanej tolerancji, wprowadzana jest nowa segregacja – na tych „lepszych”, „prawdziwie wolnych”, którzy uprawiają różnego „literki” oraz na tych gorszych, faszystów czy rasistów, którzy są heterycznym, chrześcijańskim „średniowieczem”.
Drugą ważną kwestią, na co zwracają uwagę eksperci, w polityce Bidena jest szeroko rozumiana ekologia. Prezydent USA podpisał co najmniej kilka „rozporządzeń wykonawczych” w tej sprawie. Czy Stany Zjednoczone za prezydentury Bidena będą strażnikiem „zielonej rewolucji”?
Jedynym skutkiem tego kolejnego szaleństwa, będzie rozłożenie na łopatki amerykańskiego sektora energetycznego. To właśnie znakomity rozwój tego sektora, dał Ameryce w czasach Trumpa bezprecedensową eksplozję gospodarczą i nieznany w historii wzrost poziomu życia wszystkich warstw społecznych. Dzisiaj Biden zadaje kolejne ciosy temu sektorowi, czego skutki w postaci galopujących cen benzyny, ponoszą już dziesiątki milionów Amerykanów. Za rok – dwa amerykańska gospodarka poniesie ciężkie skutki drastycznego wzrostu cen energii, co przełoży się na silny spadek jej konkurencyjności. Takie będą skutki tego „zielonego ładu”.
Kolejna, być może najważniejsza kwestia to „nowe otwarcie”, jeśli tak to można nazwać na linii USA-Chiny. Co takiego zmieniło się po 20 stycznia 2021 roku, kiedy to lewicowo-liberalne media zaczęły na przykład mówić o „chińskim wirusie”? Kiedy prezydentem był Donald Trump te same media twierdziły, że tego typu określenia to stygmatyzacja i swego rodzaju nienawiść…
Tutaj jest jak w czeskim filmie. Nikt nic nie wie. Biden – o czym powszechnie wiadomo – był nie tylko pupilem Chińczyków, ale także – poprzez członków swojej rodziny – był przez nich sowicie zasilany. Teraz wprawdzie i on i jego administracja coś tam mówią znowu o pivocie i zainteresowaniu obszarem Pacyfiku, ale w rzeczywistości mamy do czynienia głównie ze słowami. Nie wiadomo czy Biden i jego ekipa chcą walczyć z Chińczykami czy z nimi współpracować, czy może mają może jeszcze jakieś inne pomysły. Nie ma żadnej koncepcji, nie ma żadnej polityki, a spotkanie Blinkena z chińskim ministrem spraw zagranicznych na Alasce, było wizerunkową katastrofą Ameryki.
Czy te nerwowe ruchy ze strony administracji Bidena w stosunku do Chin mogą sugerować, że „wojna handlowo-technologiczno-ideologiczna” na linii USA-Chiny wchodzi w decydującą fazę?
Ameryka jest od kilku lat obiektem zmasowanych ataków chińskich w różnych wymiarach. Poziom przenikania wielu obszarów życia USA przez Chiny jest porażający. Amerykanie na to pozwalali, a jednocześnie sami zrobili bardzo niewiele, aby zbudować sobie choćby częściowo tak silne wpływy w Chinach. Są w niełatwej sytuacji, ale największym problemem pozostaje fakt, iż Biden i jego ekipa nie mają żadnego planu, co z tym problemem zrobić.
Jak ocenia Pan „zielone światło”, jakie Joe Biden dał na budowę niemiecko-rosyjskiej rury Nord Stream 2?
Biden i demokraci sądzą, że problemy Ameryki wynikały z prezydentury Trumpa. Wystarczy zatem przywrócić modele sprzed tej prezydentury i wróci „wspaniały świat”. Im się wydaje, że odpuszczenie Niemcom w tej sprawie, przywróci IV Rzeszy chęć służenia Ameryce jako jej aliant. Ale przywództwo IV Rzeszy ma już od dawna inne plany – chce się stać samodzielnym supermocarstwem i wykorzystuje do realizacji tego planu i Rosję i Chiny (o takich wasalach jak Francja nie wspominając). IV Rzesza już Ameryki nie potrzebuje, ale jest na tyle nauczona doświadczeniem przeszłości, że nie chce się z nią otwarcie konfrontować. Udaje więc przed Bidenem chęć współpracy, ale w istocie ogrywa ich by wzmacniać swoją pozycję. Trump to rozumiał, dlatego budował instrumenty mające IV Rzeszę utrzymać w ryzach. Biden – na złość Trumpowi – pozwala Niemcom robić co chcą.
Na co liczy Joe Biden w rozmowach z Władimirem Putinem? Jak będzie wyglądał „reset resetu resetu” w stosunkach z Rosją jego wykonaniu?
Najpierw sądziłem, że to tylko wyraz naiwności i jakiegoś nie dającego się racjonalnie pojąć przekonania, że z Putinem po przyjacielsku można coś osiągnąć. Po tym co opowiadał Biden na swojej konferencji prasowej o przebiegu tego spotkania zrozumiałem, że tu jest jeszcze gorzej niż w przypadku Chin. Tu nie ma absolutnie żadnej wizji, żadnego pomysłu. I – co ważne – w całej administracji Bidena właściwie nie ma nikogo, kto w sprawach Rosji i jej polityki, kiedykolwiek powiedział (napisał) coś istotnego. Zgroza, bo oni byli w stanie jedynie apelować, by Putin dalej nie atakował ich w cyberprzestrzeni. To jest niepojęte.
Donald Trump przez 4 lata był nazywany przez lewicowo-liberalne media „pieskiem Putina”. Jak w związku z tym powinno nazywać się Joe Bidena, który nie dość, że z Putinem rozmawia, to jeszcze od czasu do czasu wykona jakiś miły i sympatyczny gest pod jego adresem?
Dla Demokratów ciągle wzorem do naśladowania i punktem odniesienia pozostaje F. D. Roosevelt. Człowiek, który upasł Stalina połową Europy przekonując Amerykanów, że to jest szczery demokrata. Oczywiście zrobił to, bo swoje najbliższe otoczenie zbudował z sowieckich agentów. I mimo tej głupoty i takich „sukcesów”, pozostaje on guru także dla obecnej ekipy. No to czego tu oczekiwać?
W ciągu ostatnich 5 miesięcy mogliśmy zobaczyć nagrania sugerujące, że ze zdrowiem Joe Bidena nie jest najlepiej. Prezydent zaliczał potknięcia idąc po schodach; kilkukrotnie podczas różnych konferencji wyglądał, jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje etc. Jak na to wszystko reaguje amerykańska opinia publiczna?
Amerykańska opinia publiczna jest rozgrywana pompowaniem emocji. Co z tego, że każdy widzi, jaki jest „wujek Joe”. Przecież Trump był gorszy. To wystarczy, by pasjonować się przede wszystkim tym, jakie lody kupił po raz kolejny Biden. Czy znowu czekoladowe czy może jednak śmietankowe. Dla wyborców Demokratów te dylematy są ważniejsze niż na przykład ceny benzyny.
Jak na to wszystko powinny patrzeć władze w Warszawie? Czy nadal polski rząd powinien trzymać się kurczowo Waszyngtonu czy może nadszedł czas na realną zmianę sojusznika Polski?
A kto może być naszym „realnym sojusznikiem”? Niemcy? Francja? Jakaś „europejska armia”? Czy może – jak chce pewien fantasta – prezydent Xi? Mam nadzieję, że najdalej po wyborach 2022 roku ten cyrk zafundowany przez Bidena będzie się musiał skończyć. Ameryka tego po prostu nie zniesie.
Polska zaś musi do Amerykanów mówić twardy językiem. Jedynym językiem, który oni rozumieją – pieniędzmi. Polska nie musi budować elektrowni atomowej z Amerykanami – mogą nam ją zbudować Koreańczycy albo Japończycy. Nie musimy kupować broni wyłącznie w Ameryce – są inni wartościowi producenci sprawdzonych rozwiązań. Nie musimy kupować u nich surowców energetycznych – dostawców dziś nie brakuje. Nie musimy dawać każdej amerykańskiej firmie w Polsce nadzwyczajnych przywilejów i traktować ich jak naszych zbawców – nie ma jednej dziedziny życia, w której Amerykanie byliby jedynym i wyłącznym potencjalnym partnerem Polski. Trzeba im to szybko, a może nawet wręcz brutalnie uświadomić. My nie jesteśmy dziś ich ubogim krewnym, ale partnerem, który pozostaje gotowy wydawać grube miliardy dolarów dla ich dostawców. Nie chcą, bo ich aktualny prezydent ma do Polski fobię, to znajdziemy sobie inne miejsce do wydania tych dolarów. Jak to sobie uświadomią, to te firmy wybiorą się do Bidena i mu wytłumaczą, dlaczego Polska jest ważnym partnerem Ameryki.
A niezależnie od tego, musimy pogłębić naszą współpracę w ramach V4, która wspólnie jest już dzisiaj gospodarczym potentatem w Europie. Musimy pogłębić naszą współpracę z partnerami w obszarze Międzymorza, bo to jest jeszcze większa siła. Musimy wzmocnić współpracę wojskową z Turcją i Rumunią, bo ten trójkąt to największa siła militarna w Europie poza Rosją. Niezależnie od tego, co i kiedy zrobią Amerykanie, to my musimy wykonać bardzo ciężka pracę, aby zagwarantować nasze bezpieczeństwo.
Bóg zapłać za rozmowę.
Rozmawiał Tomasz D. Kolanek