5 maja 2016

Największym problemem narodowej edukacji jest zwykle znalezienie sposobu, aby teorię zamienić w praktykę. Najczęściej kończy się to na kolejnej reformie reformy w oświacie i na kolejnym „straconym” pokoleniu absolwentów, dla których Ojczyzna niewiele znaczy. A przecież wszyscy chcieli dobrze. Nie bez powodu mądrzy ludzie mówią, że „dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”. Ale powiedziane jest też, „A jeśli komu droga otwarta do Nieba”, to „Tym, co służą Ojczyźnie”. 

 

Konkursy recytatorskie to gatunek ginący. Ich w założeniu kreatywną formułę skutecznie przez lata zdeprecjonowano; albo upraszczając zasady, albo podporządkowując je doraźnym celom. To trochę tak, jak z zamianą tańca towarzyskiego na dyskotekowy. Szlachetna sztuka recytacji, przez lata całe będąca dla adeptów sceny teatralnej swoistą inicjacją, obecnie obumiera w raczej katakumbowych lokalnych przeglądach. Nawet ewentualny udział w słynnym OKR (Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim), organizowanym od 1953 r przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, a później przez Towarzystwo Kultury Teatralnej, już nie jest powodem do dumy dla młodych aktorów (wielu nawet nie wie o jego istnieniu), a dla działaczy kultury obecność na nim ich wychowanków przestała być weryfikatorem kwalifikacji zawodowych. Najprawdopodobniej to właśnie poziom warsztatowy instruktorów i nauczycieli jest podstawowym powodem tej zapaści. Państwo dokonało ideologicznego wycofania się z prowadzenia artystycznych zajęć pozalekcyjnych w szkołach. To samo stało się z ofertą domów kultury i placówek wychowania pozaszkolnego. W konsekwencji zaniknął również dobry obowiązek zdobywania adekwatnych uprawnień przez osoby zajmujące się prowadzeniem zajęć teatralnych czy przygotowujące dzieci i młodzież do występów artystycznych. Z jednej strony wymaga się posiadania karty rowerowej, a z drugiej oddaje się młodych ludzi w łapy ignorantów, a nawet hochsztaplerów. Dodam jeszcze, że bycie zawodowym aktorem czy dyplomowanym reżyserem niekoniecznie uprawnia do zajmowania się szkolnym kółkiem teatralnym czy przygotowywaniem ludzi do występów recytatorskich.

 

Pierwszy OKR miał charakter tematyczny i poświęcony był twórczości Adama Mickiewicza. W eliminacjach wzięło udział ok. 10 tys. uczestników. Po kilku latach pomysłodawca konkursu, Jerzy Mikke, tak definiował sens tego przedsięwzięcia: „Konkursy recytatorskie stały się dla ich uczestników impulsem, by mówić o Polsce i sprawach narodu, ale także o metafizycznych nastrojach człowieka, o prawdach odwiecznych, o świecie minionym i nam współczesnym”.

 

Tę swoistą definicję „recytowania” moglibyśmy bez żadnej korekty używać również dzisiaj. Ale dzisiaj coś się wokoło zmieniło. Odrzucanie komunizmu w III RP, jak pokazuje praktyka, ograniczało się nader często do psucia rzeczy wartościowych. Tak też jest z edukowaniem przez sztukę; przysłowiowe dziecko, „wylano z kąpielą”. W ubiegłym roku, jubileuszowy 60 OKR nie otrzymał dofinansowania w programie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Edukacja kulturalna”. Uratowało go dopiero odwołanie. Okazuje się, że normalna i wpisana w wielopokoleniową tradycję edukacja nie otrzymuje wystarczającej „wyceny” ekspertów. Oni preferują „innowacyjność”, co by to miało nie znaczyć. A co do naszych wątpliwości, to zawsze mogą nas odesłać do „Kryterium oceny w programie MKiDN: edukacja kulturalna 2015”. A tam najwyżej ocenia się „wykorzystanie w procesie edukacji innowacyjnych metod i form pracy z uczestnikami, w tym instalacji, akcji, happeningów, interaktywnych warsztatów, zabaw i gier twórczych”.

Efekty takiej właśnie urzędniczej „dydaktyki” doprowadziły do pauperyzacji kultury wyższej, a jej adepci są po prostu coraz głupsi i coraz mniej w nich czegoś, za czym tęsknimy, a co zwykliśmy nazywać „romantyzmem”. A ten romantyzm to przecież nic innego, jak dotykanie polskości. Najłatwiej to wszystko zauważyć poprzez repertuar takich czy innych spotkań recytatorskich. Zniknęła niemal zupełnie literatura staropolska i romantyczna (właśnie!). Recytatorzy i ich opiekunowie sprawiają wrażenie, że wręcz boją się rymu i rytmu. Boją się także spotkania z tekstem wymagającym podstaw wiedzy historycznej i – nie bójmy się tego określenia – narodowej. Wybierane jest modne pisarstwo współczesne, najczęściej niewysokich lotów. I tak gimnazjaliści pozbawieni programowo Sienkiewicza, rozczytują się w kolejnych twarzach niejakiego Greya.    

 

Próbować to zmienić warto i trzeba. Czasami się udaje. Z końcem kwietnia w Gimnazjum nr 4 im. Jerzego Brauna w Tarnowie odbył się pierwszy w kraju konkursu recytatorski dedykowany polskiemu skautingowi i harcerstwu – „Wierni Bogu i Ojczyźnie”. To niewątpliwy efekt już dwuletniej współpracy tej szkoły z Teatrem Nie Teraz i na pewno jedyny oraz bardzo kreatywny przykład mariażu artystycznej sceny poszukującej z placówką oświaty publicznej. Być może jest to właśnie sposób na odwracanie tych wszystkich złych tendencji we współczesnej edukacji. Najpewniej jest to projekt, którego nie da się tak po prostu powielić, bo jak zawsze sedno zależy od konkretnych ludzi, a nie od dyrektyw czy planów. Ale to na pewno jest wyłom w tej ścianie, o którą rozbijają się marzenia młodych ludzi wchodzących w życie dorosłe. To piękne móc się wzruszyć i wierzyć jednocześnie 15-letniej Oli Pisz, zwyciężczyni konkursu, która recytuje „Marsz skautów” Władysława Bełzy. I tego szukajmy, i tak właśnie starajmy się zmieniać ten świat wokoło.

 

 

Tomasz A. Żak

 

 

                   

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie