Dzisiaj

Zwycięska rewolucja Vaticanum II. Czy da się ją jeszcze zatrzymać?

(Oprac. PCh24.pl)

Sobór Watykański II był dla progresistów momentem rewolucji francuskiej w Kościele katolickim. Z perspektywy sześćdziesięciu lat widać, że pomimo zahamowań i tymczasowych restauracji była to dla nich rewolucja zwycięska.

8 grudnia 2025 roku minęło 60 lat od zakończenia II Soboru Watykańskiego. Żadnej wielkiej fety z okazji tej dość okrągłej rocznicy nie było. Niektóre kościelne tytuły prasowe przygotowały jakieś podsumowania, ale jakby bardziej z obowiązku niż z autentycznego zapału czy entuzjazmu: temat odnotowano, jak się należy z oficjalnym nabożeństwem, a później rzecz szybko zamknięto – tak, jakby nikogo to za bardzo nie interesowało.

Sobór umarłych

Wesprzyj nas już teraz!

Dlaczego? Czy chodzi tylko o to, że 60. rocznica nie jest wystarczająco okrągła – ani to 50 lat, ani choćby 75? To zbyt prostackie. Może chodzi zatem o… demografię? Ludzie, którzy uczestniczyli w obradach soborowych, po prostu już nie żyją. 16 lipca 2023 roku zmarł ostatni żyjący ojciec soborowy – tak nazywa się tych, którzy mogli głosować na zgromadzeniu – włoski biskup Luigi Betazzi. Wcześniej odeszli z tego świata jedni z najsłynniejszych „periti”, doradców teologicznych Vaticanum II – choć byli przecież zarazem jednymi z najmłodszych jego uczestników. Hans Küng zmarł w kwietniu 2021 roku, Józef Ratzinger w grudniu 2022.

Ludzi, którzy uczestniczyli w soborze już po prostu nie ma – a to przecież oni – a w każdym razie część z nich – przez całe dekady nieśli ze sobą soborowy entuzjazm, nadzieję na zmianę i odnowę Kościoła.

Dziś kościelną codzienność definiują ci, których uformowały lata posoborowej reformy: lata trudne, burzliwe, chaotyczne. Kiedy II Sobór Watykański się kończył, obecny papież był małym chłopcem – miał zaledwie dziesięć lat. Do tego niemłodego przecież, bo 70-letniego człowieka, cała okołosoborowa, rewolucyjna aura docierać mogła tylko w niezwykle ograniczonym zakresie.

Etapy rewolucji

Czy to oznacza, że Sobór Watykański II poniósł klęskę, a ci, którzy pokładali w nim nadzieję na reformy w Kościele doznali ostatecznego rozczarowania? Zdecydowanie nie. Milczenie wokół 60. rocznicy Vaticanum II jest moim zdaniem związane przede wszystkim z faktem specyficznego charakteru rewolucji soborowej.

Po 1965 roku nastąpiła seria mocnych, często bardzo brutalnie forsowanych zmian: reforma liturgii, nowa postać ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego, likwidacja Indeksu Ksiąg Zakazanych, przebudowa Świętego Oficjum, wprowadzenie diakonatu stałego… Soborowa rewolucja w pewnym sensie zakończyła się wraz ze śmiercią Pawła VI w 1978 roku. Jan Paweł II, pomimo głębokiego zanurzenia w soborze, z perspektywy progresywnej dokonał znaczącego wyhamowania. W 1981 roku powołał na kluczowe stanowisko prefekta Kongregacji Nauki Wiary Józefa Ratzingera, wówczas już konserwatywnego teologa, zdystansowanego wobec dawniej bliskiego sobie grona postępowców. W 1983 roku ogłosił nowy Kodeks Prawa Kanonicznego w formie, która liberałów nie mogła zadowolić: pomimo wielu zmian, legalna struktura Kościoła pozostała w ich mniemaniu nieznośnie „klerykalna”.

Gdzie zatem ten „specyficzny charakter rewolucji soborowej”? Właśnie w tym: Jan Paweł II wyhamował jej tempo – ale bynajmniej rewolucji nie zatrzymał. To, co progresiści osiągnęli w latach 1965 – 1978 pozostało ich trwałą zdobyczą. Pozostało czekać, aż wyda swoje owce. Wydawało przecież i za Karola Wojtyły: Asyż, dialog z judaizmem, ministrantki w parafiach, upowszechnienie Komunii św. na rękę, to wszystko byłoby niemożliwe bez rewolucji soborowej.

Pod wieloma względami wszystko to przypominało przebieg rewolucji francuskiej. Po eksplozji lat 1789 – 1794 przyszło spowolnienie, ba, nawet restauracja. Nie cofnięto jednak licznych rewolucyjnych zdobyczy, a po kilku dekadach wróciły także te, które restauracja zdawała się unieważnić. Rewolucja osiągnęła swoje cele: Francja stała się wrogą Bogu i Kościołowi laicką republiką.

Pieczęć Bergoglia

W historii rewolucji soborowej takim momentem przypieczętowania „porządku rewolucyjnego” byłby pontyfikat papieża Franciszka. Po wyhamowaniu czy „restauracji” w latach 1978 – 2005 za pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI do najwyższej władzy w Kościele wyniesiono człowieka, który przedsoborowy ancien régime miał w szczerej i gruntownej pogardzie.

Można zakładać, że Karol Wojtyła i Józef Ratzinger nie byliby się nigdy zdecydowali na gest Pawła VI w postaci odrzucenia tiary papieskiej – symbolicznego zerwania z całą epoką Konstantyńską, kiedy chrześcijaństwo pokrywało się z zachodnią kulturą społeczną i polityczną. Jorge Mario Bergoglio tymczasem najpewniej zrobiłby to samo – może nawet po prostu by tiarę sprzedał, a pieniądze rozdał imigrantom na Placu św. Piotra?… Franciszek zresztą szukał dla siebie możliwości wykonania podobnego gestu, skoro tiary już nie było. Zrezygnował z mieszkania w Pałacu Apostolskim, odrzucił uroczyste szaty papieskie, zrezygnował z całego szeregu tradycyjnych tytułów.

Nawet jeżeli Leon XIV przywróci dziś ten czy inny odrzucony element tradycji, wszystkiego nie przywróci. Ancien régime został w 1965 roku zgilotynowany i pogrzebany głęboko pod ziemią. Można dokonać ekshumacji, można restaurować ten czy inny element dawnego, ale życia zabitemu to już nie przywróci.

Sobór i zjednoczenie. Wizja Hansa Künga

Właśnie na taki rozwój wypadków szczerze liczyli progresiści. Dobrze pokazuje to lektura dwóch książek wspomnianego wcześniej liberalnego peritusa II Soboru Watykańskiego, ks. Hansa Künga. W 1960 roku wydał książkę „Sobór i zjednoczenie” (niem. „Konzil und Wiedervereinigung”), w której przedstawił swoje nadzieje związane z pontyfikatem Jana XXIII i zwołanym przez niego soborem. Pięćdziesiąt lat później napisał pracę „Czy Kościół da się jeszcze uratować?” (niem. „Ist die Kirche noch zu retten?”), w której dokonał swoistego podsumowania minionych dekad i rozrysował plan na przyszłość.

O tej drugiej pracy i wizji Künga pisałem ostatnio szerzej w innym tekście, starając się pokazać zbieżność jego perspektywy z faktycznymi działaniami, jakie podjął w czasie swojego pontyfikatu papież Franciszek. W pierwszej z obu książek szwajcarski teolog widział sobór przede wszystkim w perspektywie ekumenicznej. Interesowało go zjednoczenie chrześcijan – głównie na Zachodzie, choć nie tylko.

Küng przedstawił tam na kilkuset stronach cele maksymalistyczne, pisząc otwarcie o pragnieniu zupełnie oficjalnego pojednania Kościoła katolickiego z protestantami i prawosławnymi, co byłoby możliwe, gdyby papież gruntownie zmienił rozumienie wykonywania prymatu biskupa Rzymu, tak, aby uczynić to w pełni akceptowalnym dla niekatolików. Autor wiedział, że tego wszystkiego nie da się zrealizować ani w szybki, ani w prosty sposób, a II Sobór Watykański może być tylko „momentem założycielskim” nowego ruchu ekumenicznego – początkiem drogi, bynajmniej nie jej finałem.

W książce „Ist die Kirche noch zu retten?” z 2011 roku ten progresywny teolog przyznał, że bardzo wiele udało się osiągnąć – być może dlatego z tak wielką otwartością rozrysowywał kolejne cele, wyjaśniając zarazem, że nie spodziewa się ich szybkiej realizacji, bo dzieło fundamentalnej reformy Kościoła rozumianej jako „odcięcie” epoki Konstantyńskiej musi trwać.

Tak samo było z rozwojem ekumenizmu. Na przestrzeni kilku dekad doszło przecież do wielu przełomowych posunięć. Zniesienie ekskomunik między papieżem a patriarchą Konstantynopola; ustanowienie wspólnej komisji teologicznej katolików i prawosławnych; wspólna katolicko-luterańska deklaracja o usprawiedliwieniu; ukonstytuowanie się wspólnoty w Taizé jako miejsca modlitwy katolików i protestantów; pojawienie się nowego, ponadwyznaniowego ruchu charyzmatycznego; wprowadzenie Komunii świętej dla protestantów w wielu parafiach i niektórych diecezjach Niemiec… Nie mówiąc już o wielu innych kwestiach, które znacząco zbliżyły katolicką i protestancką/prawosławną eklezjologię. Do pełnego, widzialnego zjednoczenia wciąż daleko – ale relacje Kościoła katolickiego z niekatolikami są dziś całkowicie inne, niż przed rewolucją soborową.

Spiralny marsz naprzód

Progresiści – przynajmniej niemieckojęzyczni – są świadomi ogromu zadania, jakie sobie stawiają. W 2021 roku ówczesny wiceszef Konferencji Episkopatu Niemiec, biskup Franz-Josef Bode, mówił, że konieczne jest działanie na zasadzie spirali. Co to oznacza? Ruch „w górę” jest niezwykle powolny i okrężny, ale przecież nieustanny, a wielkie postępy widać dopiero z jakiejś perspektywy. Trzy lata później tę samą myśl powtórzył arcybiskup Luksemburga i główny europejski synodalista, kardynał Jean-Claude Hollerich: „Kiedy sięga się zbyt wysoko, niewiele można osiągnąć. Trzeba być ostrożnym, iść do przodu krok po kroku i w ten sposób można zajść daleko” – stwierdził. Nieco wcześniej wieloletni prefekt watykańskiego urzędu ekumenicznego, teolog z Tybingi kardynał Walter Kasper mówił, że rewolucja synodalna papieża Franciszka wymaga do swojego dokończenia pracy jeszcze wielu lat, co najmniej jednego jeżeli nie dwóch kolejnych pontyfikatów.

Nie przytaczam tych cytatów po to, by pokazać jakiś rzekomy plan czy spisek – bynajmniej, to po prostu opinio communis progresywnych teologów i hierarchów, powszechna świadomość co do sposobu realizacji soborowej rewolucji rozumianej jako proces rozdziału Kościoła od ancien régime. W 60. rocznicę II Soboru Watykańskiego progresiści nie mają zatem żadnego powodu do ekscytacji. Wielka rewolucja lat 1965-1978, spowolnienie w okresie 1978-2005, próba restauracji 2005-2013, przyspieszenie lat 2013-2025…

Można powiedzieć: wiadomo, co będzie teraz. Pontyfikat Leona XIV, zakładając dobre zdrowie papieża, potrwa nawet dwie dekady. Czas spokojnego gruntowania rewolucyjnych zdobyczy. Tożsamość eklezjalna Roberta Prevosta nie jest przecież żadną tajemnicą: to nie jest rewolucjonista, ale zarazem przecież i nie kontrrewolucjonista. Dokona tu i ówdzie korekty (co już uczynił choćby w sferze szat papieskich), ale w kluczowych punktach będzie kontynuować dzieło Pawła VI i Franciszka. Taka jest logika rewolucji – rewolucji zwycięskiej.

Szampan nie jest potrzebny

Progresiści nie muszą świętować. Muszą po prostu iść naprzód, jak w spirali, ostrożnie, krok po kroku – aż zaprowadzą Kościół tam, gdzie, chcieli od samego początku. Dokładnie tak, jak bez większych przeszkód robią to od 60 lat.

Czy zatem da się zatrzymać rewolucję Vaticanum II? Nie można zatrzymać czegoś, co się dokonało. Możliwa jest tylko kontrrewolucja, ale do jej przeprowadzenia na Zachodzie nie ma dziś ani sił, ani środków. Tak: epoka Konstantyńska naprawdę się zakończyła, czy raczej została brutalnie zakończona.

Dlatego, jak pisałem jeszcze w 2022 roku, pozostaje konserwatystom jedno: czekać na nowego Konstantyna, torując drogę do przywrócenia przezeń jedności kultury z chrześcijaństwem swoim świadectwem i ciężką pracą własnego chrześcijańskiego życia.

Paweł Chmielewski

Hans Küng jako przewodnik papieża Franciszka

Paweł Chmielewski: Czekając na nowego Konstantyna

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie