11 czerwca 2021

18 miesięcy więzienia dla autora „zamachu” na Macrona

(PASCAL ROSSIGNOL / Reuters / Forum)

Dwa dni po zamachu 28-latek, który spoliczkował prezydenta Francji Emmanuela Macrona, stanął przed sądem. „Zamachowcowi” groziła kara do 45 tys. euro i do 3 lat więzienia. W normalnych czasach, sądy traktowały autorów rzucania tortami, jajkami, czy obsypywania mąką (przydarzyło się to Hollandowi) dość łagodnie. Teraz mamy czasy napięć społecznych, wzrostu agresji społecznej, kampanii wyborczej i sąd może podszedł do tematu poważniej. Damien Terel otrzymał wyrok 1,5 roku więzienia. W tym 14 miesięcy w zawieszeniu na 2 lata, 3 lata pozbawienia praw obywatelskich i 5 lat zakazu posiadania broni. Prokurator żądał pełnych 18 lat więzienia.

Jego profil jest niejednoznaczny. Jest niekarany. Usiłowano mu przypisać związki ze „skrajną prawicą”. U zatrzymanego razem z nim kolegi znaleziono kopię „Mein Kampf” i broń. Tu już padła teza o związkach z „faszosferą”. Później okazało się, że u kolegi w domu była także flaga rewolucji… bolszewickiej. Terel uprawia sztuki walki i jest rekonstruktorem wydarzeń ze średniowiecza. W mediach społecznościowych umieścił zdjęcie w rycerskiej zbroi, a wymierzając policzek Macronowi wzniósł okrzyk bojowy Kapetyngów – „Montojoie Saint Denis” i dopiero później – „Precz z Macronią!”. Jednak i tu teoria o jego powiązaniach ze „skrajną prawicą„ i „sferą faszystowską” upadła. Potwierdził się tylko fakt, że był związany z ruchem „żółtych kamizelek”, nie ma wyuczonego zawodu, jest bezrobotny. Prawdopodobnie jeszcze jeden zdesperowany młody człowiek bez perspektyw, zmęczony kondycją swojego kraju, o co obwinia prezydenta.

Udzielał chętnie zeznań, ale według źródeł żandarmerii „nie rozpoznawał skutków swojego czynu”. Prokurator podniósł tezę o nagłym impulsie. Wyjaśniał, że działał „bez zastanowienia”, aby „wyrazić swoje niezadowolenie”. Znajomi brali Damiena Terela w obronę. Tłumaczyli dziennikarzom, że był to „desperacki gest, wynikający z kilkuletniej frustracji”. „Są rzeczy, które chcielibyśmy powiedzieć, ale których nie możemy powiedzieć” mówił jeden z nich, wspominając przy tym o „upadku Francji”. „Żyjemy w szalonym świecie” – mówił jeden z mieszkańców Saint-Vallier, skąd oskarżony pochodzi.

28-letni Damien Tarel spoliczkował prezydenta we wtorek 8 czerwca w Tain-l’Hermitage (departament Drôme). Macron przyjechał odwiedzić tam szkołę hotelarską w ramach już rozpoczętej kampanii wyborczej i objazdu wszystkich departamentów. Osobiście nie wniósł skargi na agresora z powództwa cywilnego i stwierdził, że ni będzie robił reklamy „imbecylowi”. Druga osoba wciąż przebywająca w areszcie, czyli Arthur C., zostanie wezwany do sądu później, prawdopodobnie dopiero w drugiej połowie 2022 roku, za „nielegalnie posiadaną broń”.

Sprawa wywołała jednak wiele pytań pod adresem ochrony prezydenta. Na jaw wyszła tu walka o wpływy różnych służb. Tutejszy BOR, czyli Grupa Bezpieczeństwa Prezydenta (GSPR) początkowo składała się z żandarmów z GIGN, później doszli funkcjonariusze policji przeszkoleni w służbie ochrony (SDLP). W 2007 roku, Nicolas Sarkozy otoczył się własną strażą składającą się w więszości z policji. Wraz z wejściem do Pałacu Elizejskiego socjalisty François Hollande’a w 2012 roku, GSPR po raz pierwszy był kierowany przez kobietę, komisarz Sophie Hatt. Ta przymykała oczy na jego „wycieczki” do kochanek.

Jego następca Emmanuel Macron powierzył nadzór cywilowi Alexandre’owi Benalla. To „człowiek znikąd” i maniak bawiący się w policjanta. Został w końcu oskarżony o brutalność wobec „żółtych kamizelek” w czasie ich demonstracji 1 maja 2018 r. Udawał policjanta i bił ludzi. Jego udział w kacji nie był autoryzowany. Po tym skandalu służby ochrony zreformowano po raz kolejny.

Takie niemiłe „przygody” już się politykom Francji zdarzały. W lutym 2012 roku kandydat na prezydenta François Hollande został obsypany mąką. Jego poprzednik, Nicolas Sarkozy, został w 2011 roku w Lot-et-Garonne poszarpany i złapany za kołnierz kurtki. W 2002 roku opluto Jacques Chiraca. W 2002 roku w Paryżu urzędujący premier Lionel Jospin został spryskany keczupem. W 2017 roku także były premier Manuel Valls ubiegający się o prezydenturę został spoliczkowany.

Wyroki sądów bywały różne. Trybunał w Paryżu ukarał np. przybyłych z Polski „jajecznych” zamachowców na Kwaśniewskiego pod stołecznym teatrem w 1998 roku na kary w zawieszeniu. Autor ataku na Nicolasa Sarkozy’ego został skazany na sześć miesięcy więzienia i dodatkowe trzy lata w zawieszeniu. 18-latek, który spoliczkował Manuela Vallsa w Lamballe (Côtes-d’Armor) został skazany na trzy miesiące więzienia w zawieszeniu.

Akt spoliczkowania prezydenta potępili politycy od lewa do prawa. Pojawiły się jednak i ciekawe pytania o „godność” urzędu republikańskiego prezydenta, który przecież nie jest „pomazańcem Bożym”, a w kraju „egalité” atak na niego nie powinien się różnić wyrokiem od podobnej agresji wobec zwykłego człowieka. Historyk dziennikarstwa i wykładowca Alexis Lévrier stwierdził nawet, że Macron „grając monarchę-prezydenta”, podjął ryzyko wzbudzenia republikańskiego „impulsu królobójstwa”…

Incydent w Drome potwierdza pośrednio niedawną analizę apelu wojskowych. Francja jest rzeczywiście podzielona, a emocje buzują na ulicach. Policzkowanie prezydenta pachnie rewolucją. To, że dokonał tego młody człowiek bez perspektyw, ale też jakiegoś bagażu politycznego tylko tą diagnozę potwierdza.

Bogdan Dobosz

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(4)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie