Zaplanowane na 3 listopada wybory prezydenckie w USA wpłyną w istotny sposób nie tylko na losy Stanów Zjednoczonych, lecz również reszty świata. Chodzi tu między innymi o wpływ na relacje amerykańsko-chińskie. Choć mogłoby się wydawać, że ewentualny sukces Joe Bidena doprowadzi do poprawy relacji między mocarstwami, to jednak rzeczywistość może okazać się odmienna.
Jak zauważa Rush Doshi na łamach foreignpolicy.com, wraz z wyborem Donalda Trumpa na prezydenta USA Chiny rozpoczęły przeobrażenie strategiczne. Zwycięstwo obecnego prezydenta wywołało oburzenie i zdumienie Chińczyków. Nie rozumieli oni bowiem, w jaki sposób Zachód odchodzi od ładu międzynarodowego, który sam stworzył. Zauważano między innymi odejście Zachodu od pragnienia aktywnego kształtowania polityki międzynarodowej. Jeden z chińskich ekspertów Zhu Feng zwrócił uwagę na problem populizmu w krajach zachodnich. Yan Xuetong twierdził natomiast, że amerykański prezydent zrujnował system sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Wu Xinboo stwierdził zaś, że z powodu swego „wyczerpania” Stany Zjednoczone są już niezdolne do rządzenia światem. Obecna wielka chińska strategia opiera się na dążeniach do zastąpienia fundamentów globalnego porządku z Ameryką na czele własnymi instytucjami. Chiński prezydent i przewodniczący Partii Komunistycznej Xi Jinping wyraża obawy dotyczące przejęcia przez Amerykanów wpływów w światowy system zarządzania.
Wesprzyj nas już teraz!
Dlatego też w ostatnich latach Chiny wraz z innymi krajami BRIC – reprezentującymi tak zwane rynki wschodzące (Brazylia, Rosja, Indie i właśnie Chiny) – utworzyły tak zwany Narodowy Bank Rozwoju. Państwo Środka gra w inicjatywie pierwsze skrzypce z uwagi na miejsce, w którym znajduje się jej siedziba i udział kraju w tworzeniu bankowej rezerwy. Z kolei Conference on Interaction and Confidence Building in Asia (CICA) to zorganizowana przez Chińczyków organizacja rozpowszechniająca wpływy Państwa Środka na świecie. Podobną rolę odgrywają – jak się wydaje, choć nieoficjalnie – rozsiane po różnych krajach Instytuty Konfucjusza.
Co więcej, Chińczycy zyskują przewagę w coraz większej liczbie obszarów. Jak podają badacze z [Belfercenter.org/Harvard University], Chiny wyprzedziły Stany Zjednoczone pod wieloma względami:
– w 2008 roku – w produkcji samochodów
– w 2009 roku – w zużyciu energii
– w 2010 roku – w posiadaniu najszybszego komputera świata
– w 2010 roku – we wnioskach patentowych
– w 2011 roku – w wytwarzaniu smartfonów
– w 2012 roku – w liczbie miliarderów
– w 2015 roku – w największej klasie średniej
– w 2016 roku – w badaniach nad sztuczną inteligencją.
Rywalizacja amerykańsko-chińska nie ustanie wyłącznie z powodu zmiany na szczeblach władzy. Wszak obydwa kraje znajdują się w sytuacji tak zwanej pułapki Tukidydesa. Chodzi o opisaną przez dr. Grahama Allisona z Harvardu sytuację, gdy rosnące w siłę supermocarstwo zagraża dotychczasowej superpotędze. Sytuacja ta często prowadzi do wojny, a jeszcze częściej do ostrej rywalizacji. Hal Brands na łamach Bloomberga stwierdza, że Chiny wciąż kultywują leninowską tradycję postrzegania wszystkich interakcji jako walki o władzę. „Ich cel to umiejscowienie się w centrum ważnych międzynarodowych sieci, nie tyle w celu wzmocnienia globalnego zarządzania, co w celu umocnienia własnej zdolności kształtowania globalnych reguł. Pekin zdaje sobie sprawę, że ta rywalizacja o tworzenie zasad i kształtowanie norm stanowić będzie centralny front walki o globalne przywództwo w XXI wieku”.
Ponadto Chiny zdobyły uznanie znacznej części społeczności międzynarodowej wskutek skutecznej walki z pandemią koronawirusa. W kraju, skąd wirus wyszedł, nie stanowi już on obecnie poważnego problemu – przynajmniej według oficjalnych danych. Dość powiedzieć, że liczba śmiertelnych przypadków tej choroby w Polsce przekroczyła ich liczbę w Chinach. Chińska skuteczność okupiona jest totalitaryzmem i łamaniem praw innych – w tym praw chrześcijan.
Ostatni dzwonek dla Ameryki
W obliczu pogarszania się międzynarodowej pozycji Stanów Zjednoczonych względem Chin Donald Trump zdecydował się na podjęcie zdecydowanej rywalizacji. Wszczął wojnę handlową z Chinami, a także wojnę propagandową. Wyrazem tej ostatniej i swego rodzaju podsumowaniem jest sierpniowe przemówienie do Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Amerykański prezydent określił w nim SARS-CoV-2 „chińskim wirusem” i wezwał do pociągnięcia Państwa Środka do odpowiedzialności za pandemię. Oskarżył również zarówno Chiny, jak i „właściwie kontrolowaną przez Chiny” Światową Organizację Zdrowia o ukrywanie faktów o koronawirusie, takich jak możliwość zarażania bezobjawowego. Jednocześnie oskarżył Chiny o zanieczyszczanie oceanów tonami plastiku i emitowanie toksycznej rtęci do Stanów Zjednoczonych – podaje „Deutsche Welle”.
Jednak również wygrana Joe Bidena nie musi oznaczać przyjaźni amerykańsko-chińskiej. Rywalizacja się nie skończy, lecz zmianie ulegnie retoryka. W przypadku tryumfu Bidena możemy spodziewać się nasilenia demokratyczno-wyzwoleńczej retoryki w miejsce retoryki interesu narodowego. Stany Zjednoczone za Joe Bidena nakładać będą sankcje w imię uniwersalnych praw człowieka i demokracji.
Z tego właśnie założenia wychodzi Alex Doherty na łamach „The Guardian”. Ewentualne zwycięstwo Joe Bidena niekoniecznie doprowadzi do poprawy relacji amerykańsko-chińskich. Wszak o ile Donald Trump koncentrował się na oskarżaniu Chińczyków o nieuczciwe praktyki handlowe, przemysłowe szpiegostwo czy „paranoiczną” postawę wobec epidemii koronawirusa, o tyle Demokraci skoncentrują się zapewne na kwestiach takich jak naruszenia praw człowieka w kwestii Xinjiangu i Hongkongu. Swoją drogą – szkoda, że niespecjalnie przeszkadza im naruszanie praw chrześcijan.
Jednocześnie warto pamiętać, że Chiny, bez względu na to, kto ostatecznie zwycięży w amerykańskich wyborach, nie zrezygnują z roszczeń do stanowienia centrum świata. Nazwa „Państwo Środka” nie wzięła się wszak znikąd. Chiny mogą próbować grać w zachodnią grę dyplomatyczną, lecz w gruncie rzeczy i tak wiedzą lepiej. Jak zauważył Henry Kissinger w „O Chinach”, „europejskie koncepcje polityki międzynarodowej i dyplomacji nie były chińskiemu doświadczeniu obce, ale traktowano je raczej jako rodzaj kontrtradycji, dochodzącej do głosu w okresach rozbicia jedności Chin. Jak gdyby według niepisanej reguły okresy te kończyły się jednak ponownym zjednoczeniem wszystkiego, co pod niebem i powrotem do centralnych rządów pod panowaniem chińskiej dynastii”.
Ponura to wizja dla świata – niestety możliwa do spełnienia.
Marcin Jendrzejczak