3 września 2014

Dan Brown w spódnicy

Obecność antykatolickich wątków w tzw. kulturze masowej to zjawisko stałe. Świadczą o tym nie tylko „odważne instalacje artystyczne”, ale i powieści okupujące czołowe miejsca na listach światowych bestsellerów. Osiągnięcia marketingowe i finansowe – bo przecież nie literackie – Dana Browna z jego bluźnierczą powieścią są tutaj najlepszym przykładem.

 

Antykatolicyzm w literaturze popularnej zazwyczaj najlepiej sprzedaje się opakowany albo w strach, albo w „lekką formułę powieściową” (w tłumaczeniu na polski: wykpiwanie i szyderstwo). O sukcesach Dana Browna w tym zakresie napisano już wiele. Ale przecież nie jest to jedyny przykład regularnie tłumaczonego na język polski bestsellerowego autora, który regularnie sięga do takiej narracji.

Wesprzyj nas już teraz!

Weźmy twórczość Artura Pérez-Reverte, autora kolejnych hitów wydawniczych, udostępnianych polskiemu czytelnikowi od lat przez Wydawnictwo Muza. Autor „Klubu Dumas” należy do tych co straszą, wykpiwa zdecydowanie rzadziej. Dobrym przykładem takiej strategii narracyjnej jest „Ostatnia bitwa templariusza”.

 

Na początku powieści Pérez-Reverte opisuje konwersację dwóch księży w jednej z rzymskich kawiarni. Jeden z rozmówców jest arcybiskupem, członkiem jednej z ważniejszych watykańskich dykasterii. Hierarcha spoglądając na Watykan snuje przed swoim interlokutorem refleksje: „Czterdzieści hektarów obejmujących najpotężniejsze na świecie państwo, którego struktura pozostaje wierna średniowiecznemu modelowi monarchii absolutnej. Tron, który dziś utrzymuje się dzięki religii zmienionej w widowisko, z transmitowanymi przez telewizję wizytami papieskimi i całym spektaklem Totus tubus. A pod spodem najciemniejszy i najbardziej reakcyjny fundamentalizm Iwaszkiewicza i kumpli. Jego czarne wilki”. Powieściowy Iwaszkiewicz to polski purpurat wyniesiony przez Jana Pawła II na urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary – „sylwetka wysoka i mroczna”. Pérez-Reverte idzie utartymi ścieżkami. „Nasza broń jest taka jak zawsze: dyskwalifikacja intelektualna, ekskomunika, stos” – mówi kurialista rzymski. No i zwyczajowe, niepozbawione drwiny utyskiwania na „polski katolicyzm” Jana Pawła II.

 

 

Obserwacja brytyjskiego rynku literackiego skłania do konstatacji, że wielka tradycja powieści katolickiej (Belloc, Chesterton, Waugh, Tolkien), czy szerzej – chrześcijańskiej (C.S. Lewis) nie tylko nie ma na Wyspach swoich kontynuatorów, ale zaszedł proces odwrotny – literatura popularna stała się częścią szerszego zjawiska: politycznej i kulturowej dechrystianizacji Brytanii.

Trzeba pamiętać, że wątki antykatolickie są obecne w literaturze powstającej na Wyspach stale od XVI stulecia. W osiemnastowiecznym dziele Edwarda Gibbona o upadku cesarstwa rzymskiego tyleż można przeczytać o zalewie barbarzyńców, co o zwyrodnieniu moralnym i intelektualnym katolickich mnichów. Literatura wiktoriańska dołożyła do tego fascynacje epoki – materializm, darwinizm, ateistyczny sentymentalizm. Powstająca w drugiej połowie XX wieku powieść brytyjska szuka odbiorców już tylko wśród „ludzi wydrążonych” toczącą się rewolucją kulturową, której paroksyzm przypadł na lata sześćdziesiąte minionego stulecia.

Dobrym przykładem są tutaj autorzy bestsellerowych powieści z gatunku campus story (powieść uniwersytecka) – Kingsley Amis czy David Lodge. Ci raczej nie straszą katolicyzmem, ale z niego kpią.

 

Popkulturowa tudoromania

Nowego paliwa do antykatolickich fobii od dawna obecnych w brytyjskiej literaturze dostarcza panująca na Wyspach od pewnego czasu tudoromania. Okres panowania dynastii Tudorów (1485-1603) jest w dziejach Anglii epoką przełomową. To wtedy nastąpiło zerwanie z Rzymem i eksperymenty z katolicyzmem bez papieża (Henryk VIII od 1534 roku do śmierci w 1547), zaraz po tym nadeszła faza radykalnej protestantyzacji połączona z szeroko zakrojonym ikonoklazmem (Edward VI 1547-1553), potem nastąpił powrót do Rzymu i próba rekatolicyzacji (Maria Tudor 1553-1558), ale w czasie długiego panowania Elżbiety I (1558-1603) doszło do ostatecznej protestantyzacji kraju.

Henryk VIII dostał w 1520 roku od papieża tytuł Defensor Fidei za traktat w obronie siedmiu sakramentów i przeciw herezji Lutra (ghostwriterem był najprawdopodobniej Tomasz Morus, ścięty w 1535 roku na rozkaz króla, gdyż uznawał papieża, a nie Henryka za głowę Kościoła w Anglii). Następni władcy zachowali to zaszczytne miano, ale bronili już jednak zupełnie innej wiary. Jedynym wyjątkiem okazała się Maria Tudor).

Duchowe oblicze kraju od początku historii Tudorów (koniec XV wieku) do jej zakończenia (śmierć Elżbiety I w 1603 roku) zmieniło się radykalnie. Katolicy przetrwali, ale katolicka Anglia odeszła w przeszłość.

Dzisiaj obserwujemy prawdziwe ożywienie zainteresowania wyspiarskiej kultury popularnej historią Anglii w epoce Tudorów. Mamy seriale historyczne („Tudorowie” na HBO) i pojedyncze superprodukcje filmowe („Elżbieta Wielka”). Niedawno do tego boomu dołączyła literatura za sprawą powieści autorstwa Hilary Mantel.

W 2009 roku brytyjska pisarka opublikowała pierwszą część trylogii z czasów Henryka VIII, pt. „W komnatach Wolf Hall”. Trzy lata później światło dzienne ujrzała druga część cyklu pt. „Na szafocie” (obydwie części doczekały się polskiej edycji w Wydawnictwie Sonia Draga). Bardzo szybko powieści Mantel trafiły na pierwsze miejsca bestsellerów po obu stronach Atlantyku, w liczbie sprzedanych egzemplarzy na Amazonie przebijając nawet produkcje Dana Browna. Posypały się również prestiżowe nagrody literackie. BBC już zakupiła prawa do ekranizacji powieści.

 

Mantel patrzy Cromwellem

Trylogia, której zakończenie planowane jest na 2015 rok, rozpoczyna się w chwili, gdy Henryk VIII oczarowany wdziękami Anny Boleyn i niecierpliwie oczekujący męskiego potomka, prze do rozwodu ze swoją żoną Katarzyną Aragońską. Historię tego, co potem się stało, dobrze znamy. Zerwanie króla z Rzymem, ogłoszenie się przezeń głową Kościoła w Anglii, prześladowanie „papistów”, konfiskata majątków klasztornych, początek ikonoklazmu (niszczenie relikwiarzy i otoczonych kultem wiernych wizerunków Maryi). Oczarowanie Anną Boleyn szybko mija, królewska wybranka (już ukoronowana) trafia w 1536 roku do Tower, gdzie zostaje ścięta pod zarzutem zdrady i cudzołóstwa. Parę miesięcy wcześniej w opuszczeniu umiera żona Henryka VIII, królowa Katarzyna. Król ciągle nie ma męskiego potomka, ale już zakochał się w Joannie Seymour.

Do tego momentu doprowadzona jest narracja obu powieści Hilary Mantel. Tę historię autorka ogląda oczyma człowieka Henryka VIII do zadań specjalnych – Thomasa Cromwella, który rozpoczął swoją karierę u boku kardynała Wosleya, przez długi czas kanclerza królestwa i pierwszego doradcy Tudora (do momentu gdy nie dość gorliwie zajął się matrymonialnymi potrzebami króla). Zadania specjalne zlecone Cromwellowi przez króla obejmowały: przeforsowanie przez parlament Aktu o Supremacji (1534 rok) sankcjonującego zerwanie z Rzymem, złamanie oporu tych, którzy nie chcieli zaprzysiąc monarchy jako zwierzchnika „Kościoła” (na czele z Tomaszem Morusem i biskupem Johnem Fisherem), przeforsowanie ustawy uznającej w Annie Boleyn „prawdziwą królową” i jednocześnie odmawiającej tej godności Katarzynie Aragońskiej, zepchnięcie córki królewskiej (z małżeństwa z Katarzyną) Marii do statusu bastarda, rozpętanie antyklasztornej kampanii propagandowej (bujdy o szkieletach dzieci znajdowanych w podziemiach klasztornych, itp.) wiodącej do ogólnokrajowej konfiskaty majątków zakonnych, a wreszcie udowodnienie, że jednak Anna Boleyn to zdrajczyni i cudzołożnica zasługująca na szafot.

Cromwell, główny bohater powieści Mantel to robi, sprawnie i skutecznie. Przyjęcie przez autorkę oglądu tych dramatycznych wydarzeń oczyma sekretarza królewskiego do spraw trudnych, „ustawia” całą książkę. Bo przecież taka optyka nie służy autorce do pokazania, w jaki to perfidny sposób odzierano Anglików z wiary ich ojców. Cromwell to wprawdzie człowiek bezwzględny i chłodny, ale przecież generalnie dobry: „mości sekretarz pozostaje elegancki, pulchny i wielce niedostępny, zupełnie jak pieniążek w świątecznym puddingu” – pisze Mantel w posłowiu do drugiego tomu swojego cyklu.

Jak zobaczymy później, nie tylko z powodu pisarskiego metier brytyjska pisarka całkowicie niemal utożsamia się z postacią Cromwella. Na kartach powieści nie tyle podejmuje, zapowiadane przez siebie, „próby odsłonięcia jego postaci”, co raczej ocieplenia wizerunku człowieka od mokrej roboty. „Wszelako jego największą ambicją jest doprowadzić w Anglii do tego, ażeby władca i jego poddani żyli w zgodzie. […] Chciałby, żeby we wspólnym angielskim domostwie każdy miał wyznaczone miejsce i rolę i mógł śmiało tą rolę odgrywać” – czytamy wynurzenia Cromwella-Mantel w drugim tomie cyklu.

 A kto chce podpalić ten wspólny, angielski dom? Kto chce skłócić króla i poddanych? Z pewnością nie ambicje króla i jego doradców ulegających „reformatorom” z kontynentu. Odpowiedź pada w pierwszym tomie, gdy Cromwell-Mantel stwierdza: „Są na świecie dziwni, całkowicie pozbawieni ciepła ludzie. W głównej mierze duchowni. Wybacz, że to mówię. Szkolą się w tłumieniu naturalnych uczuć. Mając, oczywiście, jak najlepsze zamiary”.

„Specjaliści od grzechu”

Sprawcą wszelkiego zła jest więc Kościół katolicki. Ktoś mógłby przypomnieć, że to od VI wieku (misja św. Augustyna z Canterbury) Kościół tworzył Anglię i jej duchowe oblicze. Ale i na to Cromwell-Mantel ma gotową odpowiedź, która pada w powieściowym dialogu z Tomaszem Morusem: „Kłamstwo nie przestaje być kłamstwem tylko dlatego, że się je powtarza od tysiąca lat! Twój powszechny Kościół uwielbia prześladować swoich członków, palić ich na stosach i ćwiartować, ilekroć postąpią w zgodzie z własnym sumieniem, otwierać im brzuchy i karmić psy wyszarpniętymi flakami”.

Jak uzasadnić wyrzucenie za drzwi ponadtysiącletniego dziedzictwa katolickiej Anglii? Odpowiedź Cromwella-Mantel: „ci ludzie potrzebują silnej ręki, kogoś, komu będą mogli okazywać posłuszeństwo jak należy. Przez stulecia Rzym kazał im wierzyć w coś, w co tylko dzieci mogą dawać wiarę. Bez wątpienia z większą łatwością przyjdzie im się słuchać angielskiego króla, sprawującego władzę z woli parlamentu i Boga”.

Współcześni badacze stanu religijności Anglików na początku XVI wieku podkreślają ich ożywioną pobożność, zarówno w wymiarze indywidualnym jak i społecznym (gildie, bractwa). Zwraca uwagę, na przykład, wzrost powołań kapłańskich w tym okresie. Badacze ci podkreślają, że Anglia nie dlatego odpadła od Rzymu, że katolicyzm na Wyspach był słaby; Anglia odpadła od Rzymu pomimo siły wyspiarskiego katolicyzmu, na skutek całego ciągu odgórnie podejmowanych decyzji politycznych. Jak pokazały kolejne powstania w obronie wiary ojców (1536, 1549, 1569) i entuzjastyczne przyjęcie przez poddanych wstąpienia na tron w 1553 roku katolickiej królowej Marii Tudor – lud angielski nie chciał narzucanej mu z góry nowej religii.

Jednak dla Cromwella-Mantel to tylko dowód skuteczności długo powtarzanych przez Kościół kłamstw i zatajania przed ludem prawdziwej nauki Chrystusa. Złączony z autorką wspólnotą serc główny bohater powieści w następujący sposób ocenia pobożność Anglików w momencie zerwania przez króla z Rzymem: „Dotąd […] wszyscy słyszeli o Noem i Potopie, ale o świętym Pawle już nie. Umieli wymienić tajemnice bolesne Psałterza najświętszej Maryi Panny i obrazowo opowiedzieć, jak potępieńcy trafiają do piekła. Lecz nie mieli pojęcia o cudach i wypowiedziach Chrystusa ani o uczynkach i świadectwach apostołów, prostych mężczyzn, którzy – podobnie jak biedota Londynu – wykonywali zwykłe, ciche prace”.

Na tle niegodziwości papieskiego Rzymu nawet rozprawa Henryka VIII z Anną Boleyn, której wytoczono zarzuty cudzołóstwa i kazirodztwa jest tak naprawdę niczym: „W Rzymie takie rzeczy są oczywiście na porządku dziennym – cudzołóstwo, kazirodztwo zasługuje co najwyżej na wzruszenie ramion”; w Watykanie „nie brak specjalistów od grzechu” – wie dobrze Hilary Mantel-Cromwell („Na szafocie”).

Rzym jest jednak daleko. Nad Tamizą dzielny królewski minister budujący wspólny angielski dom musi uporać się z miejscowymi szkodnikami. Jeden jest szczególnie groźny – Tomasz Morus, wybitny humanista, kanclerz królestwa, który nie dał się złamać Cromwellowi-Mantel w Tower i nie uznał w Henryku VIII zwierzchnika Kościoła w Anglii, za co zapłacił w 1535 roku (wraz z biskupem Fisherem z Rochester) głową.

Laureatka Bookera stosuje starą metodę wszystkich propagandystów – animalizacja przeciwnika, jego odczłowieczanie. Zakonnicy – tłuste szczury, Morus – pająk. Autor „Utopii” jest zresztą odrażający nie tylko z powodu swojego mściwego charakteru (jako rzecz Cromwell-Mantel), ale jest odrażający także fizycznie.

To jest zresztą prawidłowość w tej obsypanej nagrodami książce. Kogo nie lubi Cromwell-Mantel, ten jest koniecznie brzydki. Choćby księżniczka Maria, przyszła królowa. Prawdziwą bête noire jest zaś Tomasz Morus, którego egzekucję – po takich „wizerunkowych” zabiegach autorki – czytelnicy przyjmą z ulgą. Pająk został rozdeptany. Nic to, że jako kanclerz królestwa egzekwował prawa antyheretyckie promulgowane przez Henryka VIII. Nic, że do końca panowania tego króla (w 1547 roku) śmiercią karano zaprzeczanie realnej obecności Chrystusa w Sakramencie Ołtarza lub porzucenie celibatu przez księży. Nic to wreszcie, że sam Cromwell (do czasu swojej egzekucji w 1540 roku), choć sympatyk luteranizmu, sam wysyłał na stos radykalnych „reformatorów” (np. anabaptystów).

 

Cromwell-Mantel po śmierci Morusa musiał zmierzyć się z jeszcze jednym – chyba nawet groźniejszym, bo wielogłowym – podpalaczem wspólnego angielskiego domu: zakonnikami. Katolickie życie zakonne od czasów reformacji zajmuje poczesne i stałe miejsce w kolejnych odsłonach propagandowych ataków na Kościół. Sensacyjne doniesienia o bogactwie i rozpuście panującej za murami klasztornymi przelewają się w antykatolickich pamfletach epoki oświecenia, liberalnych Kulturkampfów, „bezbożniczych” kampanii w Związku Sowieckim czy III Rzeszy Niemieckiej.

Propaganda na użytek prześladowań i grabieży

 Badacze dziejów antykościelnej polityki Henryka VIII dawno już ustalili, że prawdziwym autorem „ostatecznego rozwiązania” sprawy zakonników w Anglii (co zaczęło się w 1536 roku) był Thomas Cromwell. To on sporządził dokładny pomiar zakonnego majątku (ruchomego i nieruchomego) za pomocą wysyłanych po całej Anglii tzw. królewskich wizytacji. To on również zatrudnił i opłacał grupę protestanckich pamflecistów ogłaszających drukiem rewelacje o „prawdziwym” – rozpustnym i wystawnym – życiu zakonników i zakonnic. Minister Cromwell uwolnił ich wszystkich, także od posiadanego majątku, oddanego im poprzez wieki za sprawą pobożnych donatorów. Majątku, który przez długie lata służył także, a właściwie przede wszystkim, ubogim (hospicja, jadłodajnie, bractwa itp.), po 1536 roku pozbawionym tego wsparcia i zasilających rzeszę żebraków (od tego czasu datuje się w Anglii zjawisko żebractwa jako problemu społecznego). Ten majątek ubogich zasilił kasę Korony bezpośrednio, bo docelowo powiększył i tak duże majątki arystokracji, która skupowała ziemie poklasztorne, gdy skarb królewski miał pilne wydatki związane choćby z toczonymi wojnami ze Szkocją i Francją.

Cromwell-Mantel dobrze wie że aby zapanował prawdziwy pokój i zgoda we wspólnym, angielskim domu trzeba zdemaskować sztuczki kościelnych prestidigitatorów. Niedomyci okrutnicy (Morus), oszuści, darmozjady i rozpustnicy (zakonnicy) – oto obraz katolików w bestsellerowych powieściach Hilary Mantel. Może ktoś powiedzieć, że robię z literackiego zabiegu jakąś deklarację światopoglądową autorki, która – nie ona jedna przecież – utożsamia się bezwiednie ze swoim głównym bohaterem.

Udzielone przez nią brytyjskiej prasie wywiady przekonują jednak, że 61-letnia pisarka traktuje Thomasa Cromwella jako swoje alter ego. Przyznaje więc, iż urodziła się w katolickiej rodzinie i chodziła nawet do szkoły prowadzonej przez zakonnice, jednak w wieku dwunastu lat stała się osobą niewierzącą.

Grzegorz Kucharczyk

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie