W ostatnich dniach dużo słyszymy o „konieczności” ze strony wszystkich członków UE przyjęcia uchodźców afrykańskich, co miałoby być emanacją polskiego między innymi „właściwego” rozumienia idei „solidaryzmu europejskiego”. Warto więc poświęcić chwilę krótkiej analizie liczbowych tendencji obrazujących zjawisko imigracji do Europy. Warto także zastanowić się nad przyczynami tychże tendencji.
Jeśli wziąć pod uwagę przyrost liczby imigrantów (źródło: Frontex), usiłujących nielegalnie przekroczyć granice UE, to zwrócić należy uwagę, że przyrost faktyczny i bardzo znaczący (w liczbach względnych i bezwzględnych) odnotowuje się na linii wybrzeże libijskie – Włochy. Liczba nielegalnych imigrantów, wzrosła na tej linii z ok. 40 tysięcy w 2008 r. do ponad 170 tys. w 2014 r. Dramatyczny wzrost liczby imigrantów z tego kierunku bierze się rzecz jasna z destabilizacji Libii i całkowitego załamania się jej struktur państwowych, w tym aparatu bezpieczeństwa i pogrążeniu się kraju w otchłani wojny domowej. Warto przypomnieć, jak do tego doszło. Aby to zrobić, należy cofnąć się do 2010 r.
Wesprzyj nas już teraz!
W październiku 2010 r. odbyło się ważne spotkanie czołowych europejskich przywódców w Deauville – prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, prezydenta Rosji – Dmitrija Miedwiediewa i kanclerz Niemiec, Angeli Merkel. Spotkanie miało miejsce w przededniu ogłoszenia traktatu lizbońskiego, kilka tygodni po ogłoszeniu przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamę resetu w stosunkach z Rosją i w kilka tygodni przed szczytem NATO-Rosja (również w Lizbonie), na którym zaprezentowano ramy funkcjonowania tego sojuszu. Moment prowadzenia oficjalnych, choć w dużej mierze zakulisowych rozmów można więc było uznać za przełomowy. Co ustalono poza protokołem, trudno powiedzieć, ale sama forma i czas spotkania budziły obawy co do rzeczywistych motywów spotkania. Szczyt w Deauville zakończył się 19 października 2010 r, zaś szczyt NATO w Lizbonie – 20 listopada tego samego roku. Niespełna miesiąc później niejaki Mohamed Bouazizi dokonał samospalenia w centrum Tunisu po tym, jak odebrano mu jego źródło dochodu i publicznie znieważono.
Skutkiem była seria demonstracji, które ostatecznie doprowadziły do obalenia urzędującego prezydenta Zine ed-Dina Ben Alego i zapoczątkowały reformy istotnie przemodelowujące polityczną sytuację w kraju. Obok zmian w samej Tunezji, wydarzenia te uruchomiły falę zamieszek i ulicznych demonstracji w takich krajach, jak Libia, Egipt, Syria, Jemen, Bahrajn i inne, które to wydarzenia dziś znane są pod nazwą „wiosna arabska”. Czy w Deauville lub Lizbonie dyskutowano kwestie przyszłości krajów Maghrebu i Bliskiego Wschodu, tego się oczywiście nie dowiemy, warto jednak odnotować istotne przyśpieszenie biegu wydarzeń w tamtym właśnie czasie.
W Libii nie trzeba było długo czekać na echa wydarzeń tunezyjskich. 27 lutego 2011 r. na bazie manifestacji, które z czasem zaczęły być krwawo tłumione przez siły Kaddafiego, utworzono Narodową Radę Tymczasową, rodzaj nieformalnego rządu. Stworzony on został przez grupę byłych aparatczyków administracji Kaddafiego i w pierwszej fazie konfliktu odgrywał kluczową rolę polityczną. Istnieje szereg poszlak wskazujących, że siły opozycyjne uzyskiwały militarne i finansowe wsparcie ze strony państw zachodnich, w tym zwłaszcza ze strony USA (za czasów Hillary Clinton), o czym donosiły największe amerykańskie media.
Tymczasem konflikt przeszedł w fazę wojny domowej, w której nieprzeszkolone wojska buntownicze zostały wyparte aż do swojej bazy wypadowej, miasta Benghazi. Od niechybnej klęski uratowała je rezolucja ONZ nr 1973, która, m.in. dopuszczała użycie „wszelkich niezbędnych środków zapewniających bezpieczeństwo cywilom i obszarom zamieszkałym przez cywilów” (głosy za rezolucją: Bośnia i Hercegowina, Kolumbia, Francja, Gabon, Liban, Nigeria, Portugalia, RPA, UK, USA; wstrzymały się Brazylia, Chiny, Niemcy, Indie i Rosja).
Niesiona na fali entuzjazmu wynikającego z chęci przedsięwzięcia „wszelkich niezbędnych kroków” w celu „zapewnienia bezpieczeństwa cywilom” sklecona naprędce koalicja składająca się z sił wojskowych z Belgii, Bułgarii, Kanady, Danii, Francji, Grecji, Włoch, Holandii, Norwegii, Rumunii, Hiszpanii, Turcji, UK, USA, Jordanii, Kataru, Szwecji i ZEA rozpoczęła wdrażanie programu „zakazu lotów nad Libią”, zapisanego w w/w rezolucji ONZ, które to wdrożenie rozumiano specyficznie, przede wszystkim jako konieczność zniszczenia libijskiego lotnictwa i libijskiej obrony przeciwlotniczej. Jednocześnie coraz intensywniej wspierano wojska rewolucyjne z pełną świadomością stających się coraz bardziej widocznymi relacji opozycjonistów z al-Kaidą. Kluczowym momentem, od którego nie można już było w tej sprawie dłużej milczeć, był atak libijskiej filii al-Kaidy na ambasadę amerykańską w Benghazi w 2012 r., w wyniku którego śmierć poniosło 4 Amerykanów, w tym amerykański ambasador, Christopher Stevens. Od tamtego czasu, kraj pogrążony jest w chaosie, a poszczególne grupy polityczne i plemienne usiłują z marnym skutkiem kontrolować poszczególne części rozkawałkowanego kraju.
W związku z powyższym, nie bez podstaw jest teza, że wspomniane tu wydarzenia stanowiły fundament dla skokowego wzrostu liczby emigrantów gotowych ryzykować życiem, by wydostać się z ogarniętej wojną Libii, bądź z pozbawionych perspektyw krajów subsaharyjskiej Afryki i znaleźć się w upragnionej i wymarzonej Europie. Państwo libijskie z Kaddafim na czele przez ponad cztery dziesięciolecia zapewniało swoim obywatelom status jednego z najzamożniejszych państw afrykańskich. Libijskie siły bezpieczeństwa gwarantowały względną szczelność granic libijskich, chroniąc jednocześnie kraje ościenne (i europejskie) przed niekontrolowanym przepływem broni, narkotyków, etc. Wszystko to ustało z chwilą usunięcia „reżimu”. Niestety, wciąż brak jest jednoznacznych i potwierdzonych informacji co do motywów prowadzących do obalenia reżimu Kaddafiego, a także do zamordowania w bestialski sposób bądź, co bądź, przywódcy państwa, a także, co do rzeczywistych form wsparcia dla „rebeliantów” udzielanego przez państwa zachodnie prowadzące od 2001r. krucjatę przeciw „światowemu terroryzmowi”. Międzynarodowa opinia publiczna wciąż czeka na wyjaśnienie tych kwestii przez rządy państw biorących udział w tych wydarzeniach.
W związku z powyższym, nie pozostaje nic innego, jak tylko postawić pytanie o przyczyny, dla których Polska i inne kraje naszego regionu miałyby ponosić konsekwencje błędnej polityki państw wymienionych w niniejszym artykule, na którą nie miały najmniejszego wpływu. Co gorsza, ponosić je w imię, czysto teoretycznej, mitycznej „europejskiej solidarności”, czy „strategicznych sojuszy”, a więc za darmo. Trudno obronić tezę, jakoby tego typu działanie miało mieć cokolwiek wspólnego z polską racją stanu.
Ksawery Jankowski