Stało się: Ursula von der Leyen ostatecznie podpisała – po ratyfikacji przez Radę UE – 17 stycznia w Asuncion, stolicy Paragwaju, umowę o wolnym handlu z krajami bloku Mercosur, do którego należą Argentyna, Paragwaj, Urugwaj, Boliwia oraz Brazylia. Sprawa nie jest jeszcze jednak w pełni rozstrzygnięta. Mimo początkowych informacji o możliwości pominięcia Parlamentu Europejskiego w procedurze ratyfikacji umowy, najpewniej się to nie wydarzy – zdaje się, że na tak brutalne zagranie pani von der Leyen jednak nie może sobie pozwolić. A być może jest po prostu przekonana, że PE i tak pogodzi się z umową, ponieważ europosłom sprzeciwiającym się jej – a podziały idą tutaj głównie według narodowości – nie uda się uzbierać większości. Ratyfikacja przez PE powinna nastąpić mniej więcej do maja.
PE ma jeszcze jeden atut w rękawie: możliwe, że lada dzień zostanie przegłosowana rezolucja, wzywająca TSUE do zbadania zgodności umowy z traktatami. Podstawą do takiej rezolucji może być art. 218 Traktatu o funkcjonowaniu UE, który przewiduje, że w niektórych sprawach umowy powinny być przez Radę UE zatwierdzane jednomyślnie. Jak wiadomo, umowa z krajami Mercosur została jednak przegłosowana większością kwalifikowaną (55 proc. krajów i 65 proc. ludności), co było uzasadniane faktem, że wydzielono z niej część handlową i nad nią właśnie głosowano.
To ważne i ciekawe komplikacje instytucjonalne. Jednak są jeszcze imponderabilia. Gdy zdarza mi się rozmawiać z unijnymi politykami albo urzędnikami, zawsze zadaję sobie pytanie, czy i ewentualnie w jakim stopniu są oni tych imponderabiliów świadomi oraz jaką rolę grają one w ich procesie decyzyjnym.
Wesprzyj nas już teraz!
Nie ma cudów – umowa z krajami Mercosur uderzy w kraje z rozwiniętym sektorem rolniczym. Będzie miała szczególnie wpływ tam, gdzie rolnictwo ma nadal charakter indywidualny, po części misyjny, oraz gdzie wskutek tego rolnicy są nadal liczącą się siłą polityczną. Tak jest oczywiście w Polsce, mimo kurczącego się zatrudnienia w tej branży. Tak jest też we Francji, gdzie rolnicy są bardzo istotnym lobby, tak mimo przeciwności jest nadal w Holandii, w jakimś stopniu w Hiszpanii i we Włoszech. Nie ma tu znaczenia, że te ostatnie kraje umowę poparły.
Rolników można oczywiście uznać za zwykłą grupę zawodową, ale jest to grupa o specyficznym charakterze. O ile ogromną część zawodów można dzisiaj wykonywać gdziekolwiek lub przenosić się w poszukiwaniu pracy, to nie da się tak pracować w rolnictwie. Czy mówimy o uprawach, czy o hodowli – jest to zawód ściśle powiązany z jednym miejscem. To powiązanie tworzy zaś szczególny kod kulturowy. Przywiązanie do konkretnego miejsca powoduje, że człowiek trudniej ulega wykorzenieniu kulturowemu. Zamieszkiwanie na wsi albo w niewielkiej miejscowości sprawia, że przedstawiciele tej grupy zawodowej są też mniej podatni na politycznie poprawne nowinki i tendencje. Truizmem jest stwierdzenie, że na Zachodzie – a szczególnie w Europie – duże miasta są ośrodkami ubóstwianego postępu, podczas gdy prowincja jest znacznie bardziej konserwatywna.
Umowa z krajami Mercosur będzie zatem osłabiać rolnictwo i redukować liczbę relatywnie konserwatywnych wyborców, a wzmacniać innego rodzaju klientelę polityczną, co najlepiej widoczne jest w przypadku Niemiec. Ten kraj najpewniej zyska na umowie najwięcej poprzez zapewnienie swojemu przemysłowi nowego rynku zbytu. Jest to szczególnie istotne dla kulejącej branży motoryzacyjnej.
Dzień przed podpisaniem umowy w Asuncion magazyn „The European Conservative” opublikował komentarz autorstwa hiszpańskiego dziennikarza Javiera Villamora. Hiszpan zauważał, że w grupie politycznej Europejskiej Partii Ludowej pojawiają się poważne napięcia pomiędzy delegacjami krajów, gdzie rolnictwo odgrywa dużą rolę i tymi, gdzie ważniejszy jest przemysł.
„Hiszpańska delegacja w EPL znajduje się pod rosnącą presją. Hiszpania jest jednym z wiodących producentów rolnych w UE, gdzie sektory uprawy i hodowli są szczególnie wrażliwe na tańszy import. Mimo że hiszpańska Partia Ludowa [Partido Popular] od dawna wspiera unijną politykę klimatyczną i handlową w Brukseli – włącznie z decyzjami, które podniosły koszty działalności rolnikom – wciąż dużą część swojego poparcia zawdzięcza farmerom” – pisze Villamor. Po przeciwnej stronie – co nie jest zaskoczeniem – stoi delegacja RFN. Mowa tu oczywiście o czysto politycznych interesach i strachu przed utratą głosów. Co przecież jest całkowicie naturalnym działaniem polityków. Jednak te różnice wewnątrz największej grupy politycznej w PE pokazują, że być może czekają nas jeszcze zaskoczenia.
Czy jednak stronnicy w tym konflikcie zdają sobie sprawę z tego, że forsowanie umowy z krajami Ameryki Południowej ma również wymiar cywilizacyjny? Trudno powiedzieć. Na pewno umyka to liberalnym zwolennikom umowy, którzy bywają ślepi na kulturowe imponderabilia. Podejrzewam jednak, że wśród architektów tej strefy wolnego handlu jest grupa decydentów, którzy ten skutek rozumieją i traktują go przynajmniej jako dodatkową korzyść, poza tymi wymiernymi z punktu widzenia własnego lub elektoratów, na rzecz których działają. Albo nawet jako główny cel.
Łukasz Warzecha