Dzisiaj

Dzień Islamu w Kościele katolickim? Gorsząca nazwa wciąż utrzymana

(Źródło: stock.adobe.com)

26 stycznia odbędzie się już szesnasty raz „Dzień Islamu w Kościele katolickim”. Jak zwykle jest to okazja do przypomnienia, że nazwa tego wydarzenia jest skandaliczna i budzi wśród wiernych wielkie zgorszenie – dlatego trzeba ją jak najszybciej zmienić.

Zaznaczę na samym wstępie: jestem zwolennikiem dialogu z muzułmanami. To ludzie, którzy potrzebują światła Chrystusa i każde spotkanie może być okazją, by w jakiś sposób, choćby najbardziej delikatny i zaczątkowy, zaszczepiać w nich zainteresowanie prawdziwym obliczem Zbawiciela. Do tego dochodzi też trudny do zanegowania fakt: z racji na obstawanie przez świat polityki przy przyjmowaniu imigrantów, w Polsce – tak jak w całej Europie – muzułmanów jest coraz więcej. Utrzymywanie dobrych relacji w ramach jednego państwa jest absolutnie kluczowe dla porządku społecznego, stąd inicjatywy na rzecz dialogu są konieczne. Problem tylko w tym, czy są oparte na prawdzie.

Islam jako antychrześcijaństwo

Wesprzyj nas już teraz!

„Dzień Islamu w Kościele katolickim” to polski ewenement na skalę światową. Kiedy swego czasu powiedziałem o jego istnieniu francuskiemu kapłanowi, Guyowi Pages, złapał się za głowę i nie był w stanie w to uwierzyć. Obchodzić w Kościele dzień religii, która zasadza się na zaprzeczeniu boskości Chrystusa? Przecież to absurd, wskazywał. Trudno się z tym nie zgodzić. Każdy, kto zna nauki Koranu, absolutnej podstawy wiary islamskiej, ten wie, że mahometanizm nie jest po prostu jedną z wielkich naturalnych światowych religii. Wprost przeciwnie, jest w pewnym sensie po prostu… antychrześcijaństwem.

Mahomet mówi w Koranie, że otrzymał od Allaha misję po to, by naprawić „błędy” chrześcijan – a wśród tych błędów naczelne miejsce zajmuje uznanie Jezusa Chrystusa za Syna Bożego, za Wcielony Logos. Abstrahuję już od wszystkich sur nawołujących do przemocy, skupiając się tylko na kwestii czysto dogmatycznej: islam rości sobie prawo do zastąpienia chrześcijaństwa. Choć zna Jezusa i ceni Go, nie uznaje Jego zmartwychwstania, nie uznaje Go za Boga – i stawia sobie za cel wykorzenienie wiary w Niego jako w Syna Bożego. W tym sensie zupełnie nietrafione są porównania islamu do judaizmu. Judaizm – nawet ten talmudyczny – uważa wprawdzie chrześcijaństwo za błąd, zgorszenie i herezję, ale jako religia etniczna nie jest misyjny, nie próbuje zmuszać całego świata do przyjęcia swojej wykładni spraw Bożych. Inaczej Mahomet w Koranie – tu nie ma żadnych wątpliwości, chrześcijaństwo powinno zostać zlikwidowane i zastąpione przez powszechne i wyłączne rządy islamu. Kiedy mówi się o islamie, trzeba o tym pamiętać – to wprawdzie „niewygodna” prawda z perspektywy dialogowej, ale przecież prawda.

Islam, czyli kto?

Ktoś powie: dobrze, ale to przestrzeń doktryny, oprócz niej jest jeszcze cała sfera zwykłych ludzkich relacji, możliwej współpracy, przyjaźni, dialogu. To prawda i tego nie wolno negować. Mówił zresztą na ten temat 9 stycznia w siedzibie KEP w Warszawie o. dr hab. Wojciech Kluj OMI, profesor z UKSW, dyrektor tamtejszego Instytutu Nauk Teologicznych. Oblat Maryi Niepokalanej zajmuje się naukowo dialogiem z religiami niechrześcijańskimi, zwłaszcza w przestrzeni azjatyckiej – co dotyka oczywiście również islamu. Profesor przedstawiał założenia Dnia Islamu w Kościele katolickim. Jak podkreślił, trzeba pamiętać, że zwrot „dialog międzyreligijny” jest tak naprawdę dosyć mylący. „Dialog” z islamem oznacza w praktyce przede wszystkim „dobre relacje”, jest zatem „dialogiem życia” – niekoniecznie dyskusją, która stanowi raczej mały wycinek całości dialogu. Nie ma też dialogu między religiami, a jedynie między ludźmi, którzy – jak podkreślił – są różni; niektórzy chcą rozmawiać, inni nie.

Pytanie zatem, kto chce rozmawiać? Tu pojawia się problem, bo w świecie islamu wcale niełatwo znaleźć takie podmioty. Przede wszystkim dlatego, że islam pod względem rozdrobnienia przypomina protestantyzm drugiej fali – poszczególne wspólnoty są od siebie całkowicie niezależne. To zresztą dziedzictwo samego Mahometa, który pozostawił islamowi ścisłą zależność od rzeczywistości politycznej. Dlatego w świecie muzułmańskim konkretna wykładnia religii różni się zależnie od tego, kto rządzi – co generuje oczywiście ogromne różnice pomiędzy poszczególnymi państwami. Islam egipski jest inny, niż islam somalijski, który z kolei różni się od islamu Tanzanii, bardzo różnego od islamu Arabii Saudyjskiej.

Z wersją saudyjską nie pogodzą się Turcy, a z Turkami wejdą w spór Pakistańczycy. Na to wszystko nakładają się jeszcze podziały historyczne (sunnici, szyici), rozmaite nurty (mistyczny sufizm, fundamentalistyczny wahabizm), szkoły prawne (hanaficka, malikicka, szafiicka, hanbalicka), wreszcie fundamentalne różnice kulturowe, cywilizacyjne i oczywiście interesy polityczne. Do tego dochodzi jeszcze fenomen ekstremizmu, na skutek czego powszechnie znaną „twarzą” islamu stają się bynajmniej nie wielkie uniwersytety, ale globalne siatki terrorystyczne. Osobną kwestię stanowią muzułmanie „liberalni”, którzy na Zachodzie często współpracują ze skrajnie antyzachodnią lewicą, czego najlepszym przykładem jest nowy burmistrz Nowego Jorku.

W 2019 roku papież Franciszek zdecydował się na bezprecedensowy krok. Razem z wielkim imamem z Uniwersytetu Al Azhad w Kairze, Ahmadem Al Tajibem, podpisał „Deklarację o ludzkim braterstwie”, znaną jako Deklaracja z Abu Zabi. Tekst zawiera z perspektywy katolickiej stwierdzenia ocierające się o herezję – głosi, jakoby istnienie wielu religii było wyrazem mądrej woli Bożej, podobnie jak istnienie wielu ras, języków czy dwóch płci. Zostawiam jednak teraz na boku tę poważną i niewyjaśnioną dotąd kontrowersję. „Deklaracja” została entuzjastycznie przyjęta przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Znalazła swoje poparcie w samym Abu Zabi – stała się ideologicznym fundamentem zrealizowanego w 2023 roku Domu Rodziny Abrahamowej, kompleksu świątynnego złożonego z kościoła katolickiego, synagogi oraz meczetu. Odwołano się do niej również podczas Kongresu Przywódców Religii Światowych i Tradycyjnych, który odbywał się w Kazachstanie w 2022 roku. Jak na dokument tej rangi, podpisany prawie siedem lat temu, to bardzo niewiele. Rzecz pozostaje istotna z perspektywy Kurii Rzymskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i być może kilku ośrodków uniwersyteckich w świecie islamu – to wszystko.

Wszystko dlatego, że – jak pisałem wcześniej – dialog z islamem jako takim nie jest możliwy, bo nie istnieje nic takiego, jak islam. Jest raczej tradycja religijna oparta na Koranie i hadisach, która znajduje swoją zróżnicowaną implementację w zależności od danego kraju. Władze niektórych państw będą nastawione przyjaźnie do chrześcijan, głównie dlatego, że mają w tym wyraźny interes polityczny. Tak jest na przykład w Egipcie, tak jest w Indonezji, tak jest w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Dlatego dialog z islamem musi być w praktyce dialogiem dyplomacji Stolicy Apostolskiej oraz innych państw chrześcijańskich z dyplomacjami poszczególnych krajów islamskich, wzmocnionym dialogiem uniwersyteckim oraz komponentem czysto humanistycznej współpracy chrześcijan i muzułmanów tam, gdzie taka współpraca jest właściwa dla osiągnięcia jakiegoś wspólnego celu, na przykład ochrony życia albo walki z nienaturalnymi ideologiami.

Zgorszenie nazwą

Wróćmy teraz do Polski. Jakie efekty przynosi Dzień Islamu w Kościele katolickim? Otóż pierwszym i bezapelacyjnym efektem jest duże i naprawdę poważne zgorszenie wśród wiernych. Bynajmniej nie dlatego, by ktoś był z góry przeciwny rozmawianiem z mahometanami, nie. Ja sam jestem tego zdecydowanym zwolennikiem, zwłaszcza islamska filozofia jest (i była historycznie!) ważnym punktem odniesienia dla refleksji katolickich filozofów. Gorszące nie jest to, co dzieje się w trakcie Dnia Islamu w Kościele katolickim. Gorszące jest to, jak się ta inicjatywa nazywa. Wracam tu do samego początku. Otóż większość polskich katolików uważa, że islam jest czystym złem – że to religia wrogości wobec chrześcijaństwa. Oczywiście globalna rzeczywistość jest bardziej złożona, a powyższy pogląd został ukształtowany przede wszystkim po 2001 roku, za sprawą islamskiego terroryzmu. Niemniej jednak, nieco okrężną drogą, opinio communis polskich katolików trafia w sedno, przynajmniej gdy idzie o kwestie doktrynalne – tak, islam jest skrajnie przeciwny chrześcijaństwu. Dlatego kiedy przeciętny polski wierny słyszy, że w Kościele katolickim obchodzi się Dzień Islamu – odczuwa zdziwienie, wściekłość, niechęć, bunt. Niejako odruchowo myśli: przecież to skandal, jak tak można robić; jak można wprowadzać do kościołów wrogie wobec chrześcijaństwa poglądy religijne?

Moim zdaniem dialog Kościoła katolickiego z muzułmanami w Polsce jest potrzebny – i powinien być prowadzony, zarówno na szczeblu uniwersyteckim, jak i w przestrzeni zwykłych ludzkich relacji. Niemniej jednak jak najszybciej trzeba zmienić tę nieszczęśliwą nazwę: „Dzień Islamu w Kościele katolickim”. Piszę o tym zresztą już od lat. Ta inicjatywa mogłaby dobrze służyć koegzystencji katolicko-islamskiej w Polsce, gdyby nazywała się, na przykład „Dzień dialogu katolików z muzułmanami w Polsce”. Decydenci w Kościele powinni pamiętać, że „Dzień Islamu w Kościele katolickim” za sprawą mediów dociera w ten czy inny sposób do wielu ludzi, którzy nie mają pojęcia o jego szczegółowym przebiegu – słyszą tylko nazwę, a ta powoduje wielkie zgorszenie.

Paweł Chmielewski

Zobacz także:

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(12)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie