W roku 2008 po raz pierwszy obchodzono Międzynarodowy Dzień Kochania Siebie. Przypada on na dzień przed wspomnieniem św. Walentego, w świeckiej tradycji obchodzonym jako Walentynki. Wygląda na to, że definicja miłości, jaką przyjmuje się przy obchodach tego święta, zgodna jest z katolickim rozumieniem. Czegoś jednak jej brakuje, i to bardzo ważnego. Co bowiem oznacza naprawdę kochanie samego siebie?
Inicjatorką święta, którego nazwa oryginalnie brzmi: Międzynarodowy Dzień Miłości Własnej (International Self-Love Day), jest niejaka Christine Arylo, autorka książek i mówczyni motywacyjna, propagująca właśnie miłość własną, pojętą jako dbałość o swoje zdrowie i równowagę psychiczną.
Wesprzyj nas już teraz!
Kiedy poczytamy opisy tego święta na różnych stronach, wygląda na to, że definicja miłości, jaka wyłania się z tej idei, jest z grubsza zgodna z katolicką, ponieważ kładzie akcent na dbałość o faktyczne dobro, nie zaś na chwilowe stosunki emocjonalne. Z dostępnych informacji o Arylo nie wynika, by była promotorką jakiejkolwiek ideologii ukazującej miłość w wypaczony sposób. Czego więc brakuje w Dniu Kochania Siebie?
Otóż, wszystkie te opisy, które znajdziemy w mediach, skupiają się wyłącznie na dobru fizycznym, materialnym, a co najwyżej psychicznym, jednak w rozumieniu materialistycznym, a więc z pominięciem moralnego uwarunkowania duchowej aktywności człowieka; aktywności, która jest dzisiaj często zawężana do kategorii procesów psychologicznych.
Dlatego warto w trzech zwięzłych punktach przypomnieć, czym jest prawdziwa miłość samego siebie, rozumiana po katolicku, ale wywiedziona również z samej rozumnej refleksji nad naturą ludzką i w tym sensie właściwa również dla filozofii klasycznej:
1) Miłość odnosi się do dobra, a nie wszystko w nas jest dobre: Pan Bóg, stwarzając człowieka, wyznaczył mu cel – zarówno naturalny, jak i nadprzyrodzony – jakim jest szczęście. Szczęście jest stanem posiadania pewnego dobra, jak naucza filozofia klasyczna, a za nią katolicka teologia moralna. Choć często możemy błędnie uważać zło za dobro, to jednak zobowiązanie wynikające z miłości zobowiązuje nas do pragnienia obiektywnego dobra. Czasem zaś to, co dla nas dobre, nie jest przyjemne i jest sprzeczne z tym, czego pragniemy. Ta definicja miłości i dobra, do którego miłość nas kieruje, stoi w sprzeczności z wieloma dzisiejszymi nurtami, czy to w wychowaniu (model bezstresowy, pozwalanie dzieciom na wszystko, zarzucanie drogimi prezentami i brak konsekwencji w egzekwowaniu zasad), czy w poszukiwaniu siebie (właściwe szczególnie dla ideologii promujących nieuporządkowaną seksualność przekonanie, że człowiek powinien w 100 procentach akceptować siebie takiego, jakim jest). Tymczasem uporządkowana miłość własna nakazuje nam przestrzegać przykazań Bożych w odniesieniu do samego siebie, a więc szanować swoje życie i zdrowie, pragnąć dla siebie prawdziwego dobra moralnego i nie pozbawiać się istotnych dóbr ze względu na swoje zachcianki (widzimy więc, że już na tym etapie konieczny jest pewien wkład ascetyczny). Na zasadzie ostrego kontrastu, właściwego dla języka Ewangelii, Chrystus Pan mówił o tej sprzeczności: Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne (J 12, 25).
2) Miłość siebie oznacza nakaz doskonalenia moralnego: Skoro dobro czynimy za sprawą cnoty, a cnotę (sprawność moralną, stałe usposobienie do czynienia dobra) zdobywamy w procesie wychowania i samowychowania, to wnioskujemy, że pragnąć istotnych dóbr dla samych siebie oznacza zobowiązanie do wypracowywania i praktykowania cnót. Tylko człowiek cnotliwy może być szczęśliwy – tak można by streścić filozoficzne rozumienie dążenia do szczęśliwości. Katolicka praktyka moralna streszcza ten proces w trzech punktach: poznać swoją wadę główną, walczyć z nią i praktykować cnoty jej przeciwne. Widzimy więc, iż zdrowa miłość własna również w tym kontekście nie oznacza bezwarunkowej akceptacji siebie. Wydaje się, że dzisiejszy świat coraz częściej kładzie nacisk na robienie „sobie dobrze” poprzez „czas dla siebie”, zwracanie na siebie uwagi itd. Tymczasem praktykowanie cnoty miłości zawsze oznacza złoty środek: dajemy sobie pole na odpoczynek, ale pamiętamy, że głównym wyznacznikiem naszej wartości moralnej jest to, jak spełniamy swoje obowiązki stanu (na stałym stosunku do obowiązku zasadza się też dobry charakter); wedle starożytnej maksymy „Poznaj samego siebie”, szukamy samozrozumienia, ale nie naiwnie, to znaczy nie pomijając realistycznej refleksji na temat własnych złych skłonności, płynących z konsekwencji grzechu pierworodnego. Już Platon stwierdził: Pierwszym i największym zwycięstwem jest zdobyć samego siebie; zaś zostać pokonanym przez samego siebie jest najhaniebniejszą i najpodlejszą z wszystkich rzeczy. Dlatego dzisiejsza tendencja do godzenia się z tym, jacy jesteśmy bez walki i bez pracy nad sobą, jest przeciwna zdrowej miłości samego siebie.
3) Grzech jest zaprzeczeniem miłości: Ci, którzy popełniają grzech i nieprawość, są wrogami własnej duszy – stwierdza natchniony autor Księgi Tobiasza (12, 10). Mamy obowiązek kochać siebie w taki sposób, by nie obrażać tym samym Stwórcy i nie czynić szkody bliźniemu. Współczesna wiedza psychologiczna i wychowawcza praktycznie pomija kwestie cnoty i grzechu, na które kładą nacisk model wychowania klasycznego i katolicka antropologia. Grzech to stan nieporządku w duszy. Stan obiektywnego pogwałcenia prawa naturalnego, a więc zapisanego w naszej naturze kodeksu postępowania. Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu (J 8, 34), a skoro tak, to trudno mówić o kochaniu siebie, gdy wydajemy się na pastwę nawyków, które niszczą w nas to, co szlachetne, poprzez podporządkowanie nieuporządkowanym skłonnościom wyższych, rozumnych władz duszy. Popełnianie grzechu bywa przyjemne i materialnie korzystne, ale przyjemność i korzyść przestają być istotnymi dobrami, gdy nie służą właściwemu celowi i są zdobywane z pogwałceniem prawa moralnego.
Wracając do Dnia Kochania Siebie, wszystko wskazuje na to, że diabeł tkwi w szczegółach. O ile łatwo się zgodzić, że zdrowe odżywianie, aktywność fizyczna i zdrowa doza poczucia własnej wartości, to dobra, o które należy dbać, o tyle schody zaczynają się, gdy zapytamy, czym jest dobro w wymiarze moralnym? Wprawdzie nawet dziś, i to nie tylko na lekcjach religii, dzieci poznają złotą zasadę: „Nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe”, to jednak w wielu wymienionych wyżej kwestiach przesuwa się akcenty w sposób co najmniej niepokojący.
Wymowny pozostaje sam fakt, że Dzień Kochania Siebie został ogłoszony właśnie w czasach, w których egoizm i indywidualizm rozumiany w sposób liberalny jako pełna autonomia jednostki, wyparły tradycyjne kategorie moralne, które zawsze stawiały człowieka wobec wspólnoty i wobec transcendentnego rozumienia prawa. Warto w tym kontekście mieć na uwadze, że miłość samego siebie to przede wszystkim imperatyw moralnego postępowania i poszanowania porządku, dla którego my nie jesteśmy miarą, lecz któremu – dla własnego dobra – mamy się podporządkować.
Filip Obara
Walentynki to nie tylko laicki zwyczaj. Chrześcijańskie obyczaje związane ze świętem zakochanych