Dzisiaj

Marco Rubio w Monachium: dyplomatyczny ostatni dzwonek dla Europy

(PAP/EPA/DOMINIKA KORTVELYESIOVA)

Powtarzający tezę o „pojednawczym” charakterze przemówienia Sekretarza Stanu USA w Monachium zapewne sami nie wysłuchali go w całości. Ameryka ustami swojego przedstawiciela, choć w dyplomatyczny i elegancki sposób, ogłosiła ni mniej ni więcej, tylko zbliżającą się wojnę z Chinami. A w tej rywalizacji będzie potrzebować dumnej „Europy ojczyzn”, a nie rozbrojonego i zdemoralizowanego sojusznika, żyjącego w zamierzchłej epoce „końca historii”.

Media w Polsce określiły działania amerykańskiej dyplomacji na konferencji bezpieczeństwa mianem „gaszenia pożarów” po Trumpie. Spokojne, wyważone słowa sekretarza stanu porównywano do zeszłorocznej zuchwałej ofensywy J.D. Vance’a, przekonując, że Waszyngton musiał stonować przekaz ze względu na skuteczność oporu Unii Europejskiej. Jednak wybrzmiewający z prasowych nagłówków tryumfalizm wydaje się bardziej objawem mocarstwowej histerii, niż rzetelnej analizy słów amerykańskiego dyplomaty. Mimo pozornie pokojowego wrażenia, treść przemówienia nie pozostawia złudzeń co do agresywnych zamiarów administracji Trumpa.

Zmierzch globalizmu

Wesprzyj nas już teraz!

Z mównicy po raz kolejny popłynęły słowa krytyki wobec iluzji świata opartego na demoliberalnym porządku; przekonaniu, że wymiana handlowa i komercyjna zastąpi interesy narodowe, a otwarcie granic doprowadzi do tego, że każdy stanie się „obywatelem świata”. Jak podkreślił Rubio, globalistyczny eksperyment zignorował zarówno naturę ludzką, jak i tysiące lat historii ludzkości. W konsekwencji Zachód słono zapłacił za swoje błędy. Nie wymieniając Chin z nazwy, dyplomata wyjaśnił, że na deindustrializacji i outsource’owaniu kluczowych gałęzi gospodarki zyskały „inne kraje”, które wykorzystały dogmat wolnego handlu do „chronienia gospodarki, subsydiowania swoich firm oraz podcinania naszych”.

Sekretarz Stanu USA zwrócił uwagę na strategiczny i szkodliwy wymiar polityk klimatycznych. Z jednej strony „walka z klimatem” przyczyniła się do obciążenia gospodarek i zubożenia obywateli, a z drugiej politycznego osłabienia Europy. Ponownie nie wskazując bezpośrednio na Chiny, Rubio podkreślił, że „inne kraje” w tym czasie zwiększały wydobycie węgla i ropy, a jednocześnie stosowały paradygmat klimatyzmu jako „dźwignię przeciwko naszym”. W jego ocenie, deindustrializacja była świadomym wyborem politycznym, „przedsięwzięciem gospodarczym, które odzierało nasze narody z bogactwa, zdolności produkcyjnych i niezależności”.

Jako trzeci element przyczyniający się do osłabienia Europy, amerykański dyplomata wymienił politykę otwartych granic. „Otworzyliśmy drzwi bezprecedensowej fali masowej migracji, która zagraża spójności naszych społeczeństw, ciągłości naszej kultury i przyszłości naszych narodów” – przyznał, wskazując, że zadaniem Europy jest przywrócić kontrolę nad tym obszarem.

Wspólna historia

Amerykański dyplomata kilkukrotnie podkreślał cywilizacyjne więzi łączące Stany Zjednoczone z Europą. Wskazał na narodziny idei uniwersytetu, rewolucję naukową, ponadczasowość wybitnych dzieł kultury i sztuki oraz dziedzictwo myśli chrześcijańskiej, które nie tylko świadczy „o wielkości naszej przeszłości i o wierze w Boga”, ale zapowiada też „przyszłe cuda”. Marco Rubio zapewnił, że „los Ameryki na zawsze złączony jest z Europą” i nigdy nie będzie dla Waszyngtonu obojętny.

Kiedy jednak Sekretarz Stanu USA mówi o „silnej Europie”, ma na myśli Europę państw narodowych, chroniących swoje granice, sprzeciwiających się mechanizmom polityki klimatycznej, wydającej środki na zbrojenia i dbającej o swoje chrześcijańskie dziedzictwo. „I tego właśnie bronimy: wielkiej cywilizacji, która ma wszelkie powody, by czuć dumę ze swojej historii, ufać w swoją przyszłość i dążyć do tego, by zawsze być panią własnego ekonomicznego i politycznego losu” – podkreślił.

Jednak obecna UE, jako spadkobierca myśli Coudenhove-Kalergi’ego, Spinellego, Marksa czy Fukuyamy, należy co najwyżej do kategorii „głupców”, sprowadzających na swoje głosy kolejne kryzysy. Dlatego deklaracje amerykańskiego dyplomaty należy odczytać przede wszystkim jako ostrzeżenie dla obecnych brukselskich elit, oraz wezwanie dla sił narodowych w całej Europie. Dokładnie tak jak wymieniono w Strategii Bezpieczeństwa USA, Waszyngton posiada żywotny interes we wspieraniu eurosceptycznych i antyimigranckich partii politycznych w Hiszpanii, Francji, Belgii i Holandii, Włoszech, Niemczech czy w Polsce. Dzięki temu wsparciu pojawia się, pierwszy raz od dziesięcioleci, realna szansa na zmianę kierunku politycznego Unii Europejskiej. Trzeba jednak pamiętać, że w poważnej polityce nikt nie oferuje swojego wsparcia za darmo.

„USrael”

Wchodząc do obozu amerykańskiego trzeba liczyć się z koniecznością poparcia dla polityki międzynarodowej Waszyngtonu, często serwilistycznej wobec Tel-Awiwu. Między wierszami przyznał to sam Rubio, który skrytykował impotencję ONZ i niezdolność zakończenia konfliktu w Gazie. Problem w tym, że Tel-Awiw nie mógłby dokonać ludobójstwa bez protekcji i wsparcia militarnego Stanów Zjednoczonych. To tak jakby oskarżać ofiarę, że nie umie się bić, podczas gdy samemu pomagało się napastnikowi sprowadzić ją do parteru.

ONZ oberwało się również za bierną postawę wobec Teheranu, którego zapędy nuklearne miały „uspokoić” dopiero amerykańskie bombowce B-2. Ponownie mamy tu do czynienia nie tyle z interesem Stanów Zjednoczonych, co bardziej z kierunkiem politycznym Izraela, dążącego do osłabienia największego mocarstwa w regionie. Nic dziwnego, że administracja USA wzywa do „głębokiej reformy” międzynarodowej organizacji, która – paradoksalnie – powstała po części na potrzeby proklamowania niepodległości „państwa położonego w Palestynie”.

Przedwczesna śmierć Zachodu i dualistyczny świat

Amerykański dyplomata podważył deterministyczne narracje o rzekomym schyłku Zachodu, podkreślając, że kryzys ostatnich dziesięcioleci ma charakter systemowy i wiąże się z samobójczymi wyborami ówczesnych elit. Dlatego teraz wyborem administracji Trumpa jest abdykacja z roli „metodycznego zarządcy sterowanego schyłku Zachodu”. Bo, jak podkreślił Rubio, to Ameryka „wytycza ścieżkę ku nowemu stuleciu dobrobytu” i „chce to robić razem z (…) drogimi sojusznikami i najstarszymi przyjaciółmi”.  

Ale przeciwko komu Waszyngton chce zawiązywać sojusz?  Odpowiedź, mimo że nie pada wprost, pokazuje oczywisty dualizm, gdzie nie ma miejsca na lawirowanie: to walka między „największą cywilizacją w historii ludzkości”, a „siłami cywilizacyjnego wymazywania, które dziś zagrażają zarówno Ameryce, jak i Europie”.

Piotr Relich

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(3)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie