Czy Europę da się uratować w obliczu kryzysu ekonomicznego? Na łamach „Politico” ukazał się ważny artykuł, który może mieć przełożenie na unijną politykę.
Na łamach „Politico” opublikowano ważny artykuł dotyczący unijnej gospodarki. Jego autorami są przedstawiciele Centrum im. Jacquesa Delorsa, Fundacji Bertelsmanna oraz Centrum Reform Europejskich. Wszystkie trzy organizacje to wpływowe think tanki, z konkretnym przełożeniem na praktykę polityczną w Unii Europejskiej.
Co zatem rekomendują? „Wiarygodna strategia wzrostu musi zaczynać się od bardziej uczciwej oceny” – piszą Nils Redeker, Lucas Guttenberg i Sander Tordoir w artykule zatytułowanym „Europe is chasing the wrong fix for its growth crisis” [Europa szuka niewłaściwego rozwiązania kryzysu wzrostu gospodarczego], opublikowanym w „Politico” 11 lutego 2026 r.
Wesprzyj nas już teraz!
Wskazują, że „słabość gospodarcza Europy nie ma źródła w Brukseli, lecz odzwierciedla fundamentalną zmianę, jaka dokonuje się w gospodarce światowej”. Plan pobudzenia wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej opiera się na dwóch strategach: deregulacji i nowych umowach handlowych z partnerami zewnętrznymi. Ani uproszczenie przepisów, ani zabezpieczenie przyszłych rynków wzrostu nie pomogą europejskiej gospodarce w jej obecnym stanie, uważają.
Ich zdaniem nie pomoże też dążenie do ogólnoeuropejskiej struktury korporacyjnej, o ile faktycznie nie zharmonizuje się rynków kapitałowych państw członkowskich.
Redeker, Guttenberg i Tordoir zalecają skupić się na trzech kluczowych obszarach: znaleźć krajowe rozwiązania problemu stagnacji, a nie obwiniać za nią Brukseli; chronić bazę przemysłową UE poprzez obronę handlową i rygorystyczną politykę przemysłową; pogłębić nadzór nad rynkami kapitałowymi czy usługami.
Autorzy artykułu wskazują, że „stary model wzrostu kontynentu nie sprawdza się już w dzisiejszym świecie”. Nowy plan musi odpowiadać niemal epokowej zmianie, która się dokonuje, dlatego, że „gospodarka Europy potrzebuje większego wzrostu – i to szybkiego”. „Bez niego kontynent ryzykuje erozję swoich fundamentów gospodarczych, destabilizację systemów politycznych i utratę siły, by przeciwstawić się zagranicznym naciskom”.
Liderzy trzech wpływowych think tanków ubolewają, że państwa członkowskie UE jedynie wybiórczo wykorzystały zalecenia byłych włoskich premierów Mario Draghiego i Enrico Letty, co świadczy o tym, że „nadal kurczowo trzymają się błędnej diagnozy”.
Autorzy tekstu są przeciwni wycofaniu z się z Zielonego Ładu i nie wierzą, aby nowe umowy handlowe pobudziły wzrost gospodarczy Europy.
„Oczywiście, ograniczenie niepotrzebnej biurokracji zawsze jest rozsądne. Jednak ten truizm niewiele pomaga w rozwiązaniu obecnego problemu Europy. Według najnowszych prognoz ekonomicznych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (Economic Outlook), obciążenia regulacyjne europejskich przedsiębiorstw wzrosły jedynie nieznacznie w ciągu ostatnich 15 lat. Nie doszło do gwałtownego wzrostu biurokracji, który mógłby wiarygodnie wyjaśnić rosnącą lukę wzrostową w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi. Nawet Komisja Europejska szacuje, że oszczędności wynikające z uproszczeń regulacyjnych – tzw. omnibusów – wyniosą zaledwie 12 miliardów euro rocznie, czyli około 0,07% PKB UE” – czytamy.
Eksperci sugerują, że „to nie jest strategia wzrostu, lecz błąd zaokrąglenia”.
„Nowe umowy o wolnym handlu (FTA) również nie przyniosą szybkiego rozwiązania. UE zawarła już umowy FTA z 76 krajami – znacznie więcej niż Stany Zjednoczone czy Chiny. Co więcej, niedawne badanie Fundacji Bertelsmanna wykazało, że nawet zawarcie umów w toku i jednoczesne pogłębienie wszystkich istniejących podniosłoby PKB UE zaledwie o 0,6% w ciągu pięciu lat” – argumentują dalej.
Wskazują, że o ile kraje Mercosur czy Indie dążą do zawierania nowych porozumień handlowych, aby zabezpieczyć sobie dostęp do rynków dostaw jak i przyszłych rynków wzrostu, to jednak nie można się wiele spodziewać po tych umowach w krótkoterminowej strategii wzrostu.
Nie widzą też szans, by coś zmieniło pogłębienie jednolitego rynku, wskazując, że istnieją politycznie wrażliwe luki „w usługach, rynkach kapitałowych, prawie spółek i energetyce”, które są „technicznie złożone i chronione przez potężne grupy interesów”. „Dążenie do stworzenia ogólnoeuropejskiej struktury korporacyjnej jest wymowną deklaracją: zamiast dążyć do rzeczywistej transgranicznej harmonizacji przepisów, decydenci starają się omijać przepisy krajowe i mają nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Chociaż może to pomóc niektórym młodym firmom w rozwoju, ambitny program integracji rynku nie wpłynie na sytuację makroekonomiczną” – uważają.
Sugerują, że w pierwszej kolejności należy dokonać „uczciwszej oceny” obecnej sytuacji ekonomicznej UE, określając główną przyczynę jej słabości. A ta nie bierze się z Brukseli, lecz odzwierciedla fundamentalną zmianę, jaka dokonuje się w gospodarce światowej.
Wymieniają rosyjską inwazję na Ukrainę, która spowodowała „ogromny szok cenowy dla naszego kontynentu, uzależnionego od paliw kopalnych”. Z kolei nadwyżka mocy produkcyjnych Chin uderzyła „w sedno europejskiej bazy przemysłowej, a chińskie firmy prześcigają obecnie europejskie firmy w sektorach, które kiedyś były klejnotami w koronie”. Stany Zjednoczone, główny partner handlowy Europy, uciekają się do protekcjonizmu.
„Skoro nie ma dużego rynku, który byłby skłonny wchłonąć europejską produkcję, obniżenie unijnych wymogów sprawozdawczych nie rozwiąże podstawowego problemu. Stary model wzrostu gospodarczego kontynentu, oparty na popycie zewnętrznym, nie sprawdza się już w nowej rzeczywistości. Pytanie, które powinni sobie zadać przywódcy UE, brzmi: czy mamy plan dostosowany do zmiany o tej skali?”, czytamy.
Redeker, Guttenberg i Tordoir proponują, by idąc za przykładem premiera Kanady Marka Carney’a, zacząć porządkować sprawy gospodarcze w poszczególnych krajach, znosząc bariery ograniczające wzrost, jak np. sztywne rynki pracy, presję demograficzną na systemy opieki społecznej, skostniałą biurokrację itp.
Twierdzą też, że Europa „musi wyjść poza mikroskopijne środki zaradcze i wprowadzić szersze, horyzontalne instrumenty, które chronią jej bazę przemysłową bez wywoływania brutalnych represji”. Będzie to kosztowne, ale jest konieczne. Obrona handlu musi iść także w parze „z rygorystyczną polityką przemysłową”. Autorzy sugerują, że „Zielony Ład pozostanie najbardziej prawdopodobną strategią wzrostu dla kontynentu ubogiego w węglowodory, z wysoko wykształconą siłą roboczą”. Wymaga on jednak korekty, ustalenia priorytetów oraz zapewnienia wystarczającego finansowania w kolejnym budżecie UE, kosztem tradycyjnych wydatków.
„Preferencje „Made in Europe” mogą mieć sens – ale tylko wtedy, gdy są stosowane z dyscypliną. Europa musi bezwzględnie definiować branże, w których może konkurować i być gotowa porzucić pozostałe. To był główny argument raportu Draghiego. Zadziwiające jest, że kontynent wciąż debatuje nad europejskimi preferencjami w obszarach takich jak panele słoneczne, które odeszły do lamusa dekadę temu”, czytamy.
Autorzy tekstu przekonują, że „poważne pogłębienie jednolitego rynku nie jest technokratyczną zmianą, lecz wyborem federalizacyjnym. Oznacza to dążenie do pełnej harmonizacji w obszarach kluczowych dla wzrostu. To na przykład odebranie władzy rządom krajowym […]. W obszarach takich jak nadzór nad rynkami kapitałowymi czy regulacja usług, liderzy muszą teraz pokazać, że są gotowi działać bez względu na wszystko. Jednomyślność nie jest alibi: przepisy dopuszczają kwalifikowaną większość. Przywódcy w UE muszą nauczyć się ją budować – i żyć pomimo utraty głosów”, wskazano.
Trzej eksperci na koniec podkreślili, że przywódcy UE „mogą realizować program wzrostu, który nie przyniesie rezultatów, wzmacniając fałszywą narrację, iż UE ogranicza gospodarki narodowe i dając eurosceptycznej skrajnej prawicy swobodny impuls wyborczy”, albo „mogą skonfrontować się z rzeczywistością i podjąć trudne decyzje, do których wzywa” ich „śmiały program”.
Źródło: politico.eu
AS