Zablokowanie przez Iran cieśniny Ormuz spowodowało gwałtowny wzrost cen ropy na całym świecie. Sytuację wykorzystuje Rosja, dyktując warunki na rynku węglowodorów.
28 lutego Izrael wraz ze Stanami Zjednoczonymi zaatakował Iran. W odpowiedzi, irańska marynarka zablokowała newralgiczny punkt na światowej mapie infrastruktury ropy naftowej, przez który przepływa niemal 20 proc. globalnego tranzytu. Armia rewolucyjna przepuszcza wyłącznie tankowce przewożące surowiec dla sojuszników, np. Chin.
Sytuację wykorzystuje Rosja. Moskwa może obecnie dyktować warunki cenowe ze względu na wysoki popyt. Za baryłkę ropy Urals trzeba było kilka dni temu zapłacić ponad 111 dolarów – to więcej niż po wybuchu wojny na Ukrainie. Rosji sprzyja również Donald Trump, który na 30 dni zniósł sankcje na rosyjską ropę załadowaną już na tankowce.
Wesprzyj nas już teraz!
Szacuje się, że Rosja mogła zarobić od początku konfliktu dodatkowe 20 mld dolarów. Średni miesięczny zarobek Rosji na eksporcie ropy i produktów ropopochodnych wynosi 11 mld dolarów.
W stronę wschodniego sąsiada zaczyna znów patrzeć Europa. O konieczności powrotu do relacji handlowych z Rosją wspomniał w zeszłym tygodniu premier Belgii, Bart De Wever. Polityk ocenił, że Unia Europejska powinna podjąć negocjacje z Rosją o zakończeniu wojny na Ukrainie i docelowo normalizować relacje z Moskwą. W jego ocenie na obecnej sytuacji korzystają wyłącznie Stany Zjednoczone, sprzedając broń oraz Chiny, sprowadzając paliwa drogą lądową z Rosji.
Oliwy do ognia dolała wypowiedź Donalda Trumpa, który przekonywał, że kryzys nie dotyka Stanów Zjednoczonych, które „zarabiają dużo pieniędzy” na eksporcie ropy.
Źródło: interia.pl / money.pl
PR
Trump cieszy się, bo Ameryka zarabia na wojnie. Chodzi o ceny ropy