Dzisiaj

Trudno o większy kontrast niż pomiędzy Ursulą von der Leyen, przewodniczącą Komisji Europejskiej, a Javierem Mileim, prezydentem Argentyny. Ten kontrast objawił się szczególnie wyraźnie w Davos, poprzez wystąpienia obojga polityków. To nie tylko kwestia poruszonych tematów, ale także porażającej wręcz różnicy intelektualnego poziomu pomiędzy mówcami.

Pani von der Leyen na funkcję przewodniczącej Komisji Europejskiej – którą zajęła dzięki głosom europosłów PiS, który bardzo się tym wówczas szczycił – trafiła z niemieckiej polityki, w której odgrywała rolę przeciętną. Do dziś ciągną się za nią oskarżenia o defraudację milionów euro, które resort obrony miał pod jej kierownictwem wydać na zbędne audyty, prowadzone przez zewnętrzne firmy.

(Tu trzeba wyjaśnić i przypomnieć jeszcze jedną ważną sprawę. Gdy politycy PiS przekonują dzisiaj, że w 2019 r. wybór był tylko pomiędzy panią von der Leyen a Fransem Timmermansem, kłamią. Niezatwierdzenie obojga potencjalnych kandydatów przez PE oznaczałoby konieczność znalezienia kogoś nowego, a zatem wcale nie byliśmy skazani na Niemkę.)

Wesprzyj nas już teraz!

Z kolei Javier Milei, wykładowca akademicki i ekonomista, doświadczenie zdobywał w praktycznej ekonomii, w dużych bankach – choć, jak widać, doświadczenie to zaowocowało całkiem innymi koncepcjami niż w przypadku pana Morawieckiego. Radykalny program liberalnych, a nawet libertariańskich reform, jaki Milei zaaplikował Argentynie, nie był przypadkowy. Mówimy o człowieku, który swoje poglądy na gospodarkę i państwo ma nie tylko doskonale przemyślane, ale też opiera je na rzadkim wśród praktyków polityki poziomie erudycji.

Ursula von der Leyen mówiła w Davos o Unii Europejskiej. Mówiła, używając nudnej nowomowy, bez polotu, zestawiając sztampowe frazesy, tak charakterystyczne dla unijnych biurokratów. W dodatku w jej wystąpieniu znalazły się typowe dla głównego nurtu europejskiej polityki absurdy. Wskazywała na przykład, że naczelną barierą dla rozwoju gospodarczego UE jest jej przeregulowanie, w związku z czym – jak zapowiedziała – wkrótce zostanie przedstawiony… 28. pakiet regulacji. Ten pakiet – uwaga – nie zawiera żadnych deregulacyjnych rozwiązań. Nie likwiduje nonsensów takich jak choćby EUDR – idiotyczne unijne rozporządzenie, wprowadzające piętrową biurokrację nakazującą raportowanie o wylesianiu przy imporcie określonych surowców spoza Unii. Ten pakiet ma natomiast stworzyć możliwość funkcjonowania przedsiębiorstwa według specjalnych, paneuropejskich przepisów. Jak to się ma do krajowych systemów prawnych czy jurysdykcji sądów krajów członkowskich – nie wiadomo.

Szefowa KE na siłę tworzyła kontrast ze strategią administracji w Waszyngtonie, chwaląc się zawarciem umowy z krajami Mercosur i oznajmiając, że UE stawia na wolność handlu – szkoda tylko, że w samej Unii system tę wolność krępuje rosnąca liczbą przepisów, zakazów i nakazów.

Oznajmiła, że zmienia się porządek światowy – tu akurat się nie myliła – i w związku z tym UE musi się przeorientować. Ale to przeorientowanie ma polegać na tym samym, co grane jest już od lat i co sprowadziło Unię do roli gracza z drugiego szeregu: więcej odnawialnej energii czy deregulacja, która w ogóle nie byłaby potrzebna, gdyby nie nadmiar regulacji.

Przede wszystkim zaś jej wystąpienie było wyprane z jakiejkolwiek głębszej inspiracji. Zawierało jedynie zestawy obowiązkowych frazesów. Oto próbka:

Czy to w handlu, biznesie, kapitale czy energetyce – Europa potrzebuje zrozumieć, że sytuacja nagli. Nasz punkt startowy jest dobry. To u nas mają siedzibę globalni czempioni w takich dziedzinach jak energetyka wiatrowa czy akumulatory następnej generacji. […] Lecz w miarę jak światowa konkurencja staje się bezwzględna, musimy pokazać prawdziwą ambicję – zwłaszcza w sektorach kluczowych dla naszej niezależności.

I tak dalej w ten deseń. Inna sprawa, że twierdzenie, jakoby „globalni czempioni” mieli siedzibę w Europie, jest bardzo śmiałe. Choćby komercyjne wdrożenie nowego rodzaju akumulatorów – węglowo-krzemowych – które powiększyły istotnie czas pracy telefonów komórkowych, to sprawa oczywiście chińskich producentów. Inna rzecz, że europejskich producentów tego typu sprzętów w zasadzie nie ma (nieliczne europejskie marki i tak produkują w Azji oraz mają śladowy udział w rynku).

Kto umie czytać między wierszami, ten z łatwością dostrzegł, że za słowami pani von der Leyen stoi ideowa i umysłowa pustka. Brak tam jakichkolwiek wartości, jest tylko paniczna próba ratowania się przed marginalizacją.

Milei miał się do przewodniczącej KE jak Heidegger do Ferdka Kiepskiego. Jego świetnie ustrukturyzowane wystąpienie było wykładem o tym, że jedynym spójnym, efektywnym i zarazem sprawiedliwym systemem jest ten oparty na etyce i wartościach, tworzących zachodnią cywilizację, z czego musi wynikać dbanie o własność prywatną i wolność. Wystąpienie Mieleiego pokazało, na czym polega wyjątkowość tego lidera. Jego rozumowanie sięgnęło antyku, gdy przywoływał klasycznego (III w.) rzymskiego filozofa prawa Ulpianusa, a nowszych czasach zaczerpywało z Adama Smitha, Murraya Rothbarda, klasyka myśli libertariańskiej, czy Jesúsa Huerty de Soto, głosiciela koncepcji efektywności dynamicznej, do której prezydent Argentyny wielokrotnie się odwoływał.

W największym skrócie jego teza brzmiała: system, aby był sprawiedliwy, musi opierać się na solidnym fundamencie etyki i wartości, który możliwy jest do utrzymania jedynie przy poszanowaniu fundamentów świata zachodniego: greckiej filozofii, rzymskiego prawa i cywilizacji judeochrześcijańskiej. Z tych fundamentów wynika konieczność zadbania o wolność, prywatną własność i niezgoda na agresję wobec innej osoby. Socjalizm niszczy zaś kluczową zasadę powiązania wytwarzania dóbr z dystrybucją, co nieuchronnie ma dramatyczne konsekwencje, ponieważ odbiera ludziom przedsiębiorczym motywację do działania. Najgorszy zaś jest socjalizm w wersji skrajnej, woke’istowskiej, bo podkopuje same podstawy cywilizacji.

Jeżeli zadajemy sobie pytanie, dlaczego Europa i Polska wyglądają tak jak wyglądają, to może odpowiedź tkwi w zestawieniu wystąpień von der Leyen i Mileiego. Żeby zerwać z powszechnie akceptowanym paradygmatem i zostać przywódcą prawdziwie kontrrewolucyjnym, trzeba być kimś takim jak Milei: trzeba rozumieć, skąd biorą się idee i umieć te idee przełożyć na polityczną praktykę. Gdy słucha się prezydenta Argentyny, nie ma się wątpliwości, że to przywódca, który świetnie rozumie metapolityczną siatkę zależności. Gdy słucha się Ursuli von der Leyen, Donalda Tuska, Mateusza Morawieckiego czy nawet pana prezydenta Nawrockiego, widać, że tam zrozumienie rzeczywistości pozostaje na poziomie partyjnych kombinacji i żonglowania frazesami dla zaspokojenia emocji publiki.

Łukasz Warzecha

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie