6 lat katorg. Świadectwo ocalałego z piekła sowieckiej wywózki

Zdzisław Rutkiewicz, który na kazachskim stepie spędził 6 długich lat wywózki, powtarza, że jego ocalenie z Sybiru i powrót do Polski to „cud Boży”. I dodaje: „Co robię dla ludzi dobrego, to jest moje dziękczynienie Bogu za ocalenie”. Im dłużej słuchałem jego opowieści, tym bardziej przekonywałem się, o prawdziwości słów człowieka, który już w dziecięcym wieku wiele razy patrzył śmierci w oczy.
Urodzony na wileńskiej ziemi
Zdzisław Rutkiewicz urodził się w roku 1935 w miejscowości Gruzdowo na Wileńszczyźnie. Jego ojciec Ludwik był policjantem. Służbę pełnił najpierw w Gruzdowie, potem w Krewie, a przed samą wojną w Wilnie. – Pamiętam, że kiedy ojciec wracał ze służby zawsze miał dla nas dzieci słodka chałwę. Kiedy pomagałem mu zdjąć buty tzw. „oficerki” dostawałem dodatkową porcję – pan Zdzisław wspomina szczęśliwe życie rodzinne w przedwojennym Wilnie.
Do głównych zadań policjanta Ludwika Rutkiewicza należało tropienie nielegalnych organizacji komunistycznych, których działacze planowali pomoc armii radzieckiej, przygotowującej się do agresji na Polskę. Kiedy więc 17 września 1939 roku do niej doszło, ojciec pana Zdzisława został Sowietów umieszczony przez na liście osób do aresztowania w pierwszej kolejności. Pan Ludwik brał udział w obronie Wilna. Kiedy obrona się nie powiodła, wraz z innymi obrońcami miasta, postanowił przedrzeć się do broniącej się jeszcze Warszawy. Przed opuszczeniem domu, kiedy Zdzisław Rutkiewicz widział go po raz ostatni, ojciec dał mu swój zegarek z dedykacją „dla synka mego Dzidka 23 września 1939 rok”, a potem słuch po nim zaginął. Zegarek jako dar pana Zdzisława, eksponowany jest obecnie w Muzeum Pamięci Sybiru, które znajduje się w Białymstoku. Ludwik Rutkiewicz został aresztowany, a potem zamordowany podczas zbrodni katyńskiej.
- Pamiętam, że ja i moje siostry, byliśmy bardzo przestraszeni. Wyglądałem przez okno i widziałem tysiące rosyjskich żołnierzy przetaczających się przez ulice mojego ukochanego Wilna. Sołdaci wyglądali żałośnie. Karabiny na sznurkach. Podarte mundury – wspomina pan Zdzisław.
Początek dramatu wywózki
Kiedy ojca wywieziono z Wilna matka pana Zdzisława - Eugenia wraz z synem oraz dwiema córkami – Danutą i Jadwigą przeprowadziła się do swojej mamy, do Gruzdowa. Jednak nie cieszyli się już długo wolnością - któregoś dnia roku 1940, o piątej rano przyszedł po nich oddział NKWD, składający się z kilku osób. Ich dowódca dał rodzinie dwie godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Pan Zdzisław wspomina, że mieli szczęście, iż jeden z enkawudzistów okazał się być „ludzkim” człowiekiem i gdy tylko jego dowódca nie widział, pomagał rodzinie pakować wszystko co się tylko dało.
- Mówił, że jedziemy bardzo daleko, a tam, gdzie przyjdzie nam żyć, wszystko jest potrzebne. Żeby nie on, raczej byśmy tej wywózki nie przeżyli. Mama i babcia były sparaliżowane ze strachu i niezdolne wykonać żadnej czynności, a ten sołdat zatroszczył się o nas. Kiedy jego surowy dowódca wyszedł na jakiś czas z domu, on sam wrzucał nam do worków potrzebne rzeczy – opowiadał mi Zdzisław Rutkiewicz.
Transport
Napakowane worki wrzucono na furę. Furą tą dowieziono Rutkiewiczów na dworzec, gdzie tłoczyło się już wiele rodzin. Tam umieszczono wszystkich, razem z ich pakunkami, w wagonach towarowych. Wagony te zamknięto i zaplombowano. Transport ruszył na Wschód. Nikt z zamkniętych w wagonach nie wiedział, gdzie jedzie. Czasem pociąg jechał dzień i noc bez przerwy – czasem zatrzymywał się i stał, czy to na stacji czy w szczerym polu, przez kilka dni. - Sanitariat stanowiła dziura wycięta w podłodze wagonu, zasłonięta parawanem. „Dania”, które podawano nam w wiadrach stanowił – makaron zalany oliwą - czasami śledzie – mówi Zdzisław Rutkiewicz.
Kołchoz
Po miesiącu, od wyruszenia z Wileńsczyzny, transport dojechał do miasta Pawłodar, leżącego nad rzeką Irtysz. Zesłańcom kazano wysiadać, później załadowano ich na promy i przewieziono na druga stronę rzeki. Tam wywiezionych przydzielono do poszczególnych kołchozów. Pana Zdzisława wraz z jego rodziną oraz dziesięć innych rodzin załadowano, razem z tym co udało im się z domów zabrać, na wozy zaprzężone w woły i wieziono ich około 80 kilometrów w głąb bezkresnego stepu. Podróż ta trwała dwa dni. W końcu zesłańcy dotarli do miejsca zwanego Jermakowski Sowchoz położonego w tzw. Kaganowiczowskim Rejonie w Kazachstanie.
Zaraz po przybyciu na miejsce rodziny same musiały zbudować dla siebie mieszkanie. Pomagali im miejscowi Kirgizi. – To byli dobrzy ludzie. Choć sami biedni, to zawsze gotowi do pomocy – dobrze wspomina tubylców pan Zdzisław. Materiały budowlane na dom, jakie były dostępne dla zesłańców to glina, słoma i bydlęcy nawóz. Wszystkie te składniki dokładnie ze sobą mieszano, a z uzyskanej w ten sposób plastycznej materii zbudowano coś w rodzaju prymitywnej, dużej jak barak, podłużnej lepianki. Zamieszkały w niej wszystkie rodziny.
- W lepiance mocno dokuczały nam insekty takie jak wszy i pluskwy, których trudno było się pozbyć z powodu braku jakichkolwiek warunków higieny i środków czystości. Znaleźliśmy sposób czyszczenia zawszonych ubrań poprzez kładzenie ich na kilka minut na woły robocze. Wszy po prostu przechodziły na te zwierzęta – wspomina pan Zdzisław.
Praca katorżnika
Zarówno Kazachowie jak zesłańcy w równej mierze wprzęgnięci byli w wielką wojenną machinę. Rolnictwo oraz wszystkie inne działy gospodarki wytwarzały niemal wyłącznie na potrzeby armii. Do pracy zmuszani byli wszyscy bez względu na wiek i stan zdrowia. Praca była nieludzko ciężka. Trwała od świtu do zmroku.
- Mężczyzn z nami nie było. W kołchozie pracowały więc kobiety, m.in. moja mama. Zamykano je rano w stodołach, gdzie szuflowały zboże, a wypuszczano dopiero wieczorem. One orały na traktorach i zbierały plony. Starsze dzieci gnano do zbierania kłosów które gubił kombajn – opowiada sybirak.
Głód
Warunki żywieniowe deportowanych do Kazachstanu Polaków były tragiczne. Sowieci przydzielali dziennie jednej osobie pół kilograma chleba i nieograniczoną ilość wrzątku.
- Matka codziennie dzieliła między nas, swoje dzieci, skąpe ilości chleba, tak abyśmy mogli przeżyć. Kiedy nam wydzieliła na posiłek co mogła, resztę chleba chowała, żebyśmy go wszystkiego na raz nie zjedli. Myśmy jednak podglądali, gdzie mama chowa chleb. Kiedy wyjmowała go ze skrytki na wieczorny posiłek bochenek był dookoła obgryziony i wyglądał jak mała kulka. Mama płakała. Jej łzy spadały na ten ogryzek chleba – wspomina z żalem Zdzisław Rutkiewicz.
Zimą, gdy buran ustawał i można było wyjść na zewnątrz, podstawą żywienia stawały się niewielkie ptaki podobne do polskich szpaków, zwane przez Kazachów - Turgajami. Łapane one były przez zesłańców na przemyślnie skonstruowane pętle. Wykonywano je z włosia pochodzącego z końskich ogonów.
- Wystarczały nam nawet trzy końskie włosy, żeby ukręcić z nich odpowiednią pętelkę. Mocowało się ją pionowo do drewnianej deseczki. Ptaki, które latały zimą stadami liczącymi nawet kilka tysięcy sztuk, myślały, że czarna ziemia sypana przez nas na śnieg to pożywienie, siadały, a kiedy je płoszyliśmy podrywały się nagle do lotu i zawsze turgaje zaplątywały się w nasze pętelki. Dzięki nim przeżyliśmy - mówi sybirak.
Latem było łatwiej zdobyć pokarm. Po pierwsze na polu stało kołchozowe zboże. Oczywiście legalnie nie można było go tknąć. Kobiety szyły więc sobie specjalne ukryte kieszenie, w których wynosiły ziarno z pola, aby potem zmielić je na prostych kamiennych żarnach. Łapano też i jedzono małe zwierzęta takie jak jeże, susły, sroki, wróble.
Choroby
Zesłańcom w ich skąpej diecie najbardziej brakowało witamin i mikroelementów. Dosłownie wszyscy zapadali z tego powodu na chorobę oczu tzw. „kurzą ślepotę”. Bardzo dokuczał szkorbut, który powodował wypadanie zębów. Najgorszy był jednak, dziesiątkujący zesłańców, tyfus. W Kazachstanie z powodu tej choroby, każda polska rodzina straciła co najmniej kilku swoich członków. Na stepie pochowano ciotkę i babkę pana Zdzisława.
– Ja też przeszedłem tę chorobę. Kiedy przyszedł kryzys miałem 42 – 43 stopnie gorączki. Potem, gdy odzyskałem świadomość byłem tak słaby, że nie dałem rady wstać na nogi. Wyczołgałem się więc na kolanach na zewnątrz lepianki i myślałem tylko o jednym – jeść. Pamiętam to jak dziś, byłem tak głodny, że jak krowa gryzłem trawę – wspomina ze łzami w oczach pan Zdzisław. - Czasem śnią mi się koszmary z Sybiru, budzę się wtedy w środku nocy, zlany zimnym potem, zapalam wtedy światło, żeby ten okropny lęk uspokoić – dodaje.
Nie zapomnieli o Bogu i ojczyźnie
Polacy pomimo katorżniczej pracy i zmęczenia nie zapominali o modlitwie. Każdy miał jakiś krzyżyk, modlitewnik, o które dbali jak o największe skarby. Wieczorem zbierali się razem, modlili się i śpiewali nabożne pieśni. Wtedy starsi opowiadali też o Polsce. Dzieci nie wiedziały o czym była mowa.
– Kiedy starsi mówili o Polsce zawsze mieli łzy w oczach. Kiedy, my dzieci, pytaliśmy, gdzie jest nasza ojczyzna, wskazywali na zachód. Nasłuchawszy się tych opowieści postanowiliśmy z kolegami uciec z kołchozu do ojczyzny. Każdy z nas miał około 10 lat. Przygotowaliśmy proce, noże i myśleliśmy, że to wystarczy, żeby pokonać dystans 5 tys. kilometrów, jaki dzielił nas od celu. Na szczęście nasze matki wykryły nasz spisek i go udaremniły – mówi pan Zdzisław o dziecięcej fantazji, która mogła się źle skończyć.
Wraz z mamą i siostrami Zdzisław Rutkiewicz przeżył na Wschodzie sześć długich lat. Byli oni w tym czasie zupełnie odcięci od informacji o świecie zewnętrznym.
– Nie wiedzieliśmy nic. Nie docierała tam żadna gazeta, żadna informacja. O tym, że Anders tworzy polskie wojsko coś słyszeliśmy, ale wśród nas były tylko kobiety dzieci i starcy. Poza tym nie wiedzieliśmy, gdzie szukać tego Andersa. O zakończeniu wojny dowiedzieliśmy się od enkawudzistów, którzy z tej okazji przywieźli do kołchozu gąsior wódki ozdobionym czerwona flagą – wspomina pan Zdzisław.
Powrót
Nareszcie w roku 1946, na wiosnę, do kołchozu nadeszła radosna wiadomość o tym, że Polakom pozwala się wracać do ojczyzny. Załadowano do wagonów wszystkich, którzy nie przyjęli sowieckiego obywatelstwa, czyli większość rodzin. Była wśród nich i rodzina Rutkiewiczów, pociąg ruszył. – Pamiętam, że ci którzy podpisali zgodę na przyjęcie sowieckiego obywatelstwa, kiedy wyjeżdżaliśmy, oni wyjechać nie mogli, wtedy było jedne wielkie wycie i rwanie włosów z głów – tak pan Zdzisław opowiada o tragedii Polaków pozostałych na kazachskich stepach.
Po drodze doczepiano kolejne towarowe wagony, w których byli Polacy. Ostatecznie cały skład liczył 63 wagony. Podróż do Polski trwała prawie dwa miesiące. Jej celem były tzw. tereny odzyskane na zachodzie kraju, gdzie miano zamiar osiedlić przywiezionych z katorgi Polaków. Czasami pociąg jechał dwa, trzy dni bez przerwy, a czasem kilka dni stał w szczerym polu.
Transport przybył w końcu do Poznania. Po tej bardzo długiej podróży, w warunkach uwłaczających ludzkiej godności, powracający z katorgi Polacy wyglądali strasznie. Ubranie na nich zniszczało, na odkrytych częściach ciała widać było wszy. Kolejarze poznańscy, którzy zobaczyli swoich rodaków, będących w tak strasznym stanie, byli przerażeni i oburzeni. Po ulicach miasta rozeszła się szybko wieści o transporcie ze Wschodu. W Poznaniu na dworcu głównym wybuchła wielotysięczna manifestacja. Ludzie krzyczeli: „Zobaczcie jak nasi bracia i siostry wracają z bratniego kraju”.
Władze bojąc się, że może dojść do rozruchów, kazały cofnąć cały transport aż do Warszawy. Tam postawiono go na boczny tor i po cichu kierowano poszczególne rodziny w miejsca, gdzie miały one swoich bliskich, czy krewnych. Siostra mamy pana Zdzisława mieszkała w Białymstoku, tam więc udała się rodzina Rutkiewiczów. - Przyjęto nas bardzo serdecznie. Choć oni sami cierpieli powojenną biedę, Jan Bolszo, mąż mojej ciotki, dzielił całą żywność równo. Bóg mu za to zapłać – dziękuje swemu nieżyjącemu już dobrodziejowi pan Zdzisław.
Adam Białous






