Obława augustowska - wstrząsające świadectwa. Niezatarty obraz sowieckiej zbrodni sprzed 81 lat

Obraz obławy augustowskiej wyłaniający się ze wspomnień osób, z którymi dane mi było rozmawiać, jest pełen niewymownego cierpienia. Rany zadane przez sowieckich oprawców rodzinom żyjącym w rejonie Puszczy Augustowskiej, nie chcą zagoić się do dziś. I nie zabliźnią się, dopóki ciała ofiar nie zostaną wydobyte z dołów śmierci i po chrześcijańsku pochowane.
Witold Żurawski (1926 – 2017)
żołnierz Armii Krajowej Obywatelskiej ps. „Ryżak”. Po wojnie 6 lat więziony przez władze komunistyczne.
„Mieszkam we wsi Jastrzębna, leżącej na terenie gminy Sztabin. Kiedy nastała obława, byłem żołnierzem AK. Naszą wieś otoczyło sowieckie wojsko. To były tysiące czerwonoarmistów. Wszystkim dorosłym kazano wychodzić z domów i okazywać dokumenty tożsamości. Mężczyzn, którzy nie mieli dokumentów, byłem wśród nich, zapędzili do stodoły i tam nas zamknięto. Czułem, że jeżeli zostanę w tej stodole, to będzie po mnie. Poprosiłem więc sołdata, żeby pozwolił mi wyjść za potrzebą. Nie trzymał mnie na muszce, więc dałem dyla w żyto i uciekłem. Kiedy obława skończyła się, wróciłem do wsi. Ludzie mówili mi, że zamkniętych w stodole przesłuchiwano dwa tygodnie. Potem przyjechali UB-ecy ubrani po cywilnemu. Rozpoznali kilka osób jako AK-owców, bo przecież kilku z nich było wcześniej w AK, ale zdradzili. Żebym, nie uciekł, leżałbym już dawno z innymi w dole śmierci”.
Edward Maksimowski (1928 – 2022)
żołnierz Armii Krajowej Obywatelskiej ps. „Gil”
„Mieszkaliśmy w Komaszówce nad jeziorem Kolno koła Augustowa. Wprawdzie podczas obławy, w lipcu 1945, udało mi się uniknąć aresztowania, ale UB dopadło mnie już w październiku. Przesłuchiwali mnie po swojemu, na UB Augustów. Byłem jeszcze nastolatkiem, miałem 17 lat. Najbardziej bolało, kiedy bili w stopy, to było straszne. Nie dam rady o tym mówić. Potem mnie wywieźli na UB do Suwałk. Tam trzymali 8 miesięcy na przesłuchaniach, ale do niczego się nie przyznałem i nikogo nie wydałem. Potem mnie wypuścili. Powiedzieli, że puszczają mnie wolno, bo „już naszą bandycką rodzinę, za prześladowanie władzy ludowej, odpowiednio ukarano”. Jak – o tym dowiedziałem się, dopiero od sąsiadów. Moich dwóch braci – Józefa i Stanisława, którzy byli w AK, choć jeden dopiero co wrócił z Dachau, wyprowadzili z domu i zastrzelili. Wszystkie nasze budynki gospodarcze spalili. Domu nie palili, ale wszystko co cenne z niego ukradli”.
Ks. prałat Stanisław Wysocki (1938-2024)
założyciel i pierwszy prezes Związku Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej
„Moja rodzina była bardzo patriotyczna. Tą żywą miłość do ojczyzny, od małego dziecka, szczególnie krzewiła w nas mama. Tato też był patriotą, ale on, jak to wówczas było, mało się nami zajmował, bo od rana do wieczora pracował na gospodarstwie. Podczas wojny bardzo często bywali u nas AK-owcy, gdyż nasze gospodarstwo znajduje się w bardzo zacisznym i odludnym miejscu, koło Suwałk. Z dala od wsi Biała Woda, pośród pagórków i jezior. Kiedy obradował u nas sztab suwalskiego AK – rodzice stawiali nas na czaty, żebyśmy obserwowali z pagórków, czy ktoś obcy nie jedzie. Ja, jako sześciolatek też czasem stałem na takiej warcie. Raz wypatrzyłem niemiecki oddział konny. Zaalarmowałem AK-owców, oni złapali za broń i byli gotowi do walki. Na szczęście Niemcy nie odwiedzili nas, przejechali obok”.
„Kiedy była obława augustowska w lipcu 1945 roku, sztab AK nadal u nas stacjonował, a do tej organizacji niepodległościowej zaprzysiężony był mój tato Ludwik Wysocki, który miał wtedy 50 lat, mama Józefa oraz dwie siostry – Kazimiera, która wówczas miała 22 lata i Aniela, lat 17.
Rosjanie przyjechali do nas pod wieczór 27 lipca, kiedy był u nas cały sztab, czyli kilkunastu żołnierzy AKO. Tego dnia na czatach stał mój starszy brat Romek. Wpadł do domu i krzyknął „ruscy jadą”. Zanim bolszewicy wjechali na nasze podwórko, wszyscy AK-owcy, na czele z porucznikiem Mieczysławem Ostrowskim ps. Kropidło i jego żona Wandą, komendantem suwalskiego obwodu AK, zdążyli czmychnąć przez stodołę, której wrota z obu stron były otwarte. Okazało się jednak, że ruscy otoczyli nasze gospodarstwo. Na szczęście za stodołą było ich niewielu. Kiedy AK-owcy wyskoczyli prosto na nich, gęsto się przy tym ostrzeliwując, sołdaci dali nogę. Widziałem jak żołnierze podziemia biegli poprzez wzgórza, gdyż byłem na sąsiednim pagórku, skąd gnałem krowę do obory. Ruscy nie gonili naszych, widocznie czekali na posiłki. Jak zwykle trochę strzelali za uciekającymi, ale to chyba bardziej dla dodania sobie odwagi. Pamiętam, że podobały mi się jasne smugi, które kreśliły w powietrzu pociski”.
„Kiedy odstawiłem krowę na swoje miejsce, poszedłem do domu. Kiedy wszedłem do kuchni, zobaczyłem, że moi rodzice i rodzeństwo stoją w szeregu przy ścianie, a sołdat mierzy do nich z pepeszy. Razem z nimi stał Aleksander narzeczony mojej siostry Kazimiery, on też był w AK. W pewnym momencie do kuchni wszedł młody mężczyzna w cywilnym ubraniu i powiedział do nas po polsku dobry wieczór państwu. Nie rozumiałem tych słów, gdyż rodzice zawsze nas uczyli, żeby witając się z kimś - mówić „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Do mężczyzny, który przywitał się dziwnymi słowami, podszedł ruski oficer, wyjął z kieszeni munduru kartkę i mu ją podał, ten rzucił na nią okiem i skinął głową na potwierdzenie tego, co było na tej kartce napisane. Wtedy oficer wyczytał z kartki imiona i nazwiska mego ojca, sióstr Anieli i Kazimiery, a potem wydał komendę podwładnym „wyprowadzić”. Zabrali też narzeczonego mojej siostry. Moją mamę Józefę, która również była w AK, zostawili. Myślę, że z litości nad nami dziećmi. Mój najmniejszy brat był jeszcze w kołysce”.
„Kiedy byłem ze starszym bratem na łące, brat kosił trawę, w pewnej chwili podjechał do nas na rowerze mężczyzna. Brat go rozpoznał. Był to jeden AK-owców, którzy uciekł z naszego domu przed ruskimi. Zapytał brata, czy zostało coś z ich sprzętów, które u nas w komórce zostawili. Trzymali tam stacje odbiorczo – nadawczą, rowery, broń i maszynę do pisania meldunków. Sowieci to wszystko wywieźli samochodem do Suwałk. Brat mu to powiedział. On jeszcze starał się nas pocieszyć, że ojca i siostry przesłuchają, a potem wypuszczą. Mylił się, więcej już ich nie zobaczyliśmy”.
- Mama miała nadzieję, że wrócą. Obeszła wszystkie urzędy. Napisała nawet zapytanie o męża i córki do samego Stalina. O dziwo z biura Stalina odpisano dość szybko. W piśmie tym stało, że poszukiwano informacji o naszych bliskich, ale żadnych nie znaleziono. Natomiast jeden z urzędników komunistycznych w Suwałkach, powiedział mamie, pod tajemnicą - „Nie szukajcie, bo waszych z innymi rozstrzelano w Puszczy Augustowskiej”. Mama nie chciała w to uwierzyć. Czekała na powrót męża i córek do końca życia”.
Relacja kobiety (nie zgodziła się na ujawnienie swoich danych osobowych)
Świadectwo zarejestrowane we wrześniu roku 1987 przez członków Obywatelskiego Komitetu Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 r. Członkowie tego Komitetu zarejestrowali kilkaset relacji świadków obławy augustowskiej, które stały się później podstawą badań historycznych nad tą sowiecka zbrodnią ludobójczą.
„Mój mąż był w AK. Kiedy Sowieci zaczęli aresztowania podczas obławy, zapytałam go Co będzie z dziećmi ze mną, jak cię aresztują?. On mi odpowiedział: Ukryje się gdzieś i przeczekam. Ale zanim zdążył się zebrać, ruscy do domu wpadli, wzięli go i więcej nie wrócił. Tego roku jak męża Ruscy zabrali była strasznie mroźna zima. Ja w ciąży z kolejnym dzieckiem, inne dzieci też małe. W domu nie było jedzenia, nie było opału. Nikt nam nie pomógł. Diabeł różne złe myśli mi podsuwał, o dzieciobójstwie i samobójstwie, szeptał do ucha, że to niby lepsza śmierć niż głodowa. Klękałam wtedy przed obrazem Matki Bożej i błagałam Ją o pomoc, wtedy złe myśli ustępowały. Jeszcze tej zimy moja mama wzięła mnie z dziećmi do swojego domu. Ojca też z obławie wzięli, to i u nich bieda była, ale razem z mamą i jeszcze młodszą siostrą, jakoś sobie radziłyśmy. Najgorzej było na przednówku 1946 roku, jeść nie było co.
Postanowiłam, że jednego synka oddam do domu dziecka, żeby tam się do syta najadł i nagrzał. Jednak po powrocie do domu serce mi z bólu pękało. Trzy dni nic innego nie robiłam, tylko płakałam. Na trzeci dzień mama mówi do mnie: Idź i zabierz to dziecko z powrotem, bo z bólu oszalejesz. Jakoś sobie poradzimy. Poleciałam do tego domu dziecka 22 kilometry, jakby ktoś mi skrzydła do ramion przyczepił. Kiedy weszłam do środka akurat był apel. Synek stał w szeregu z innymi dziećmi. Kiedy mnie zobaczył wybiegł z szeregu i mocno się do mnie przytulił. Powiedziałam do wychowawczyni: Proszę pani ja muszę zabrać tego małego”, a ona do mnie: Dlaczego?, wtedy ja: Jak to, dlaczego? Bez niego, nie ma dla mnie życia” i zabrałem go do domu. Potem Pan Bóg wszystko poukładał, jak trzeba. Moje dzieci powyrastały na porządnych ludzi”.
Adam Białous






