Łukasz Warzecha: „Citizen Vigilante” – głośna premiera, film marny, temat znaczący

boll.jpg
Źródło: „Citizen Vigilante”

To być może najgłośniejsza premiera filmowa roku. Ciekawe, wziąwszy pod uwagę, że nie ma miejsca w kinie, a sam film „Citizen Vigilante” niemieckiego 61-letniego reżysera Uwe Bolla jest zwyczajnie marny. Jest jednak zarazem bardzo znaczący politycznie.

„Citizen Vigilante” to w wolnym tłumaczeniu „Obywatelski strażnik”, aczkolwiek słowo „vigilante” ma szczególny wydźwięk i oznacza kogoś, kto działa samowolnie, z własnej inicjatywy i motywuje go często chęć zemsty). Film w kwestii pomysłu fabularnego jest tysięczną mutacją motywu znanego doskonale co najmniej od około pół wieku, a więc od powstania pierwszego filmu z serii „Życzenie śmierci” (Deathwish). Ten klasyczny dzisiaj obraz z Charlesem Bronsonem w roli głównej miał premierę w 1974 r. Świat nowojorskiego architekta i praworządnego, spokojnego obywatela, Paula Kerseya, wali się w gruzy, gdy bandyci pod jego nieobecność wdzierają się do jego domu, masakrują jego żonę Joannę i gwałcą dorosłą córkę Carol. Joanna umiera w szpitalu, zaś Carol trafia do szpitala psychiatrycznego w koszmarnym stanie psychicznym. Kersey pod wpływem tych zdarzeń zdobywa broń i staje się samotnym mścicielem, nocami krążąc ulicami miasta i mordując bandziorów oraz oprychów, którzy próbują nastawać na niego samego lub na spokojnych ludzi. Kersey świadomie złoczyńców prowokuje: spaceruje samotnie w niebezpiecznych okolicach czy ostentacyjnie pokazuje, płacąc w barze, że ma pełen portfel. Jadąc metrem nie stara się uniknąć konfrontacji z szukającymi łupu bandziorami. Co jednak ważne, nie robi niczego, do czego nie miałby prawa. Po prostu nie usuwa się złu z drogi.

Krytycy byli dla „Życzenia śmierci” bezlitośni, jednak nie z powodu słabej gry aktorskiej czy złego rzemiosła filmowego, ale dlatego, że uznali przesłanie filmu za szkodliwe. „Deathwish wykorzystuje strach w nieodpowiedzialny sposób” – lamentował w „The New York Times” Vincent Canby w wydaniu z 4 sierpnia 1974 r. Czy nam to czegoś nie przypomina? Lewicowa elita miała problem, bo film w reżyserii Michaela Winnera stawiał fundamentalne pytanie, niemal tak stare jak państwa: czy jeśli państwowa struktura i mechanizmy zawiodą, to pokrzywdzony i doprowadzony do ostateczności człowiek ma prawo wziąć sprawiedliwość w swoje ręce? Dla publicysty NYT szczególnie bulwersujące było to, że film niczego nie niuansował. Bandyci byli jednoznacznie źli i pokazywano ich (wśród nich wielu Murzynów czy Latynosów – wtedy jeszcze poprawność polityczna nie krępowała twórców filmowych) w sytuacjach, które nie pozwalały żywić do nich najmniejszej sympatii. Kersey z kolei był bohaterem jednoznacznie pozytywnym. Sympatie widzów były po jego stronie – nie po stronie odstręczających bandytów albo nieudolnej policji.

Zróbmy to razem!

„Życzenie śmierci” doczekało się aż czterech kontynuacji, wszystkie z udziałem Bronsona i oczywiście każda kolejna słabsza od poprzedniej. Był także remake z 2018 r. z Brucem Willisem w roli Paula Kerseya. „Citizen Vigilante” wpisuje się w ten sam nurt, z tym że został przez Bolla – który jest również autorem scenariusza – wzbogacony o bardzo ważny we współczesnym świecie Zachodu element: kontekst masowej imigracji. Tam, gdzie w filmie Winnera pojawiali się po prostu bandyci, w filmie Bolla pojawiają się imigranci. Akcja rozgrywa się w Chorwacji, ale mogłaby się rozgrywać w większości krajów Zachodu. Jeszcze jedna ważna różnica z „Życzeniem śmierci” to fakt, że o ile zimna zawziętość Kerseya wzięła się z osobistej traumy, krzywdy bliskich i bezpośrednio doświadczonej bezradności policji, to nic nie wiemy o osobistej motywacji głównego bohatera „Citizen Vigilante”. O jego przeszłości słyszymy jedynie kilka słów w krótkiej opowieści.

Filmowo „Citizen Vigilante” to, mówiąc szczerze, niskobudżetowy gniot ze słabym scenariuszem rojącym się od mielizn, z gigantycznymi absurdami w fabule: prowadzący działania operacyjne oficer Interpolu – który to Interpol w ogóle nie prowadzi takich działań i nie ma do nich prawa; nonsensowne poczynania policji, która zachowuje się jak całkowicie bezmyślni amatorzy i posyła prosto pod ogień kolejne grupy funkcjonariuszy; nieuwzględnienie całkowicie normalnych metod śledczych, takich jak powszechny nadzór kamer czy logowania telefonów. Nie jest to film szczególnie dobrze zagrany, razi długaśnymi wykładami głównego bohatera o śmierci Europy z powodu imigracji. Momentami pokazywana w filmie przemoc jest tak przerysowana i dosłowna, że widz zaczyna sobie zadawać pytanie, czy aby na pewno nie ma do czynienia z pastiszem czy nawet parodią, przypominającą „Pulp Fiction” Quentina Tarantino.

Prawdopodobnie film przemknąłby kompletnie niezauważony, szczególnie że Uwe Boll nie jest wybitnym mistrzem kina. Znany był najbardziej z filmowych adaptacji gier komputerowych. Tyle że wystąpił tu tak zwany efekt Streisand: im bardziej chce się coś ukryć czy ocenzurować, tym bardziej ludzie są tym zainteresowani.

W wypadku „Citizen Vigilante” zadziałał fakt, że w ojczyźnie reżysera filmowi odmówiono przyznania kategorii wiekowej, co automatycznie oznacza brak możliwości normalnego dystrybuowania obrazu. Nie może być nie tylko pokazywany w kinach, ale też prezentowany w serwisach VOD czy sprzedawany na płytach. Powodem była obawa o wzbudzenie negatywnych odczuć wobec imigrantów. Wówczas reżyser postanowił upublicznić film za darmo na kilkadziesiąt godzin w serwisie X, co oczywiście oznaczało, że filmu nie da się już potem „schować” – w sieci jest mnóstwo miejsc, gdzie wciąż można go znaleźć. Na dodatek wpis z filmem podał dalej sam Elon Musk. W ten sposób strażnicy poprawności politycznej spowodowali, że w gruncie rzeczy marna, mało efektowna oraz mało odkrywcza produkcja stała się jedną z najgłośniejszych premier filmowych roku, a może i dekady. A na pewno najbardziej znanym filmem Uwe Bolla.

To by się oczywiście nie wydarzyło, gdyby reżyser nie zdecydował się całkiem świadomie podważyć świętości sflaczałego Zachodu, czyli nachalnego tolerancjonizmu, obejmującego również zagadnienie rozpalające obecnie największe emocje: imigrację i kwestię utraty przez Zachód swojej tożsamości. Można sobie żartować z prymitywnej produkcji niemieckiego reżysera, ale nie zmienia to faktu, że zajął się czymś, czym lepsi, bardziej wpływowi i mający do dyspozycji większe pieniądze filmowcy zająć się boją. Prawdopodobnie dlatego, że doskonale wiedzą, że straciliby wówczas swoją pozycję.

Boll, mówiąc o swoich motywacjach i powodach nakręcenia „Citizen Vigilante”, nie gryzie się w język. W wywiadzie dla dziennika „The Telegraph” powiedział: „Spójrzmy, co wydarzyło się w Hamburgu, gdzie gwałciciele odeszli wolni bez kary – media roztkliwiały się nad biednymi sprawcami. Żyjemy w kompletnie szalonym i absurdalnym środowisku politycznym, zwłaszcza w Europie, gdzie ludzie całkowicie stracili kurs. Jest ogromna różnica między tak zwaną mową nienawiści a dźganiem ludzi nożem w kark. Ale fakty nie mają już znaczenia”.

Film zaczyna się od sceny, gdy w zwykłym osiedlowym sklepie w jakimś chorwackim mieście może 30-letnia biała kobieta robi zakupy w towarzystwie swojego mniej więcej 8-letniego synka. Następnie oboje wychodzą na ulicę. Chodnikiem w przeciwną stronę zmierza Murzyn – nie widzimy nawet jego twarzy, jest więc bohaterem symbolicznym – chowający za plecami nóż. Gdy mija kobietę z dzieckiem, bez żadnego powodu dźga ją tym nożem w szyję, przecinając tętnicę. Kobieta pada na ziemię, zalewając się krwią i po chwili umiera. W tej scenie najgorsze nie jest to, że widzimy brutalne zabójstwo pozbawione jakiegokolwiek motywu ani nie to, że pokazane jest ono w estetyce gore, ale to, że taka sytuacja nie jest jedynie fantazją reżysera.

Łukasz Warzecha

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: