Jakub Majewski: O Odysei raz jeszcze. Fascynująca głębia adaptacji Nolana

Dyskusja o „Odysei” Christophera Nolana nie cichnie. Jest coś fascynującego w ostrej polaryzacji wokół tego filmu, a właściwie: wokół jego przekazu. Jedni potępiają film w czambuł, drudzy go zachwalają. Można by oczywiście dzielić włos na czworo i tłumaczyć, że jedni i drudzy mają trochę racji, ale publicystyka domaga się jednak pewnej ostrości osądu. Toteż pozwolę sobie tutaj na drobną złośliwość wobec innych uczestników tej debaty. Otóż: recenzenci „Odysei” dzielą się na tych, którym film się nie podoba, bo nie jest „Odyseją” Homera, i na tych… którzy film zrozumieli.
Bezpośrednim przyczynkiem do niniejszego tekstu jest oczywiście niedawna recenzja Łukasza Warzechy. Nie wiem czy świadomie, czy nieświadomie – już w tytule zaprzecza wprost mojej wcześniejszej recenzji. Ja mówiłem że warto, pan Warzecha mówi że nie warto. To samo w sobie wystarczyłoby jako wymówkę do powrócenia do tematu, ale muszę zdradzić że tekst ten powoli kiełkuje już od dwóch tygodni, i powstałby niezależnie od pana Warzechy, bo po prostu widzę potrzebę dopowiedzenia więcej w temacie tego naprawdę bardzo frapującego filmu.
Nie jestem jakimś zagorzałym fanem Christophera Nolana, który będzie bronił do upadłego jego filmów – a jednak obejrzawszy ten film dwukrotnie, uważam że tu naprawdę jest co bronić. Ten film to ważna sprawa – o czym zresztą właśnie świadczy ostrość w osądach. Warto by było go obejrzeć choćby po to, by wiedzieć dlaczego toczy się wokół niego tak intensywny spór nie pomiędzy lewicą a prawicą, ale pośród prawicy. Dlaczego niektórzy widzą tu uderzenie w sam korzeń naszej cywilizacji, a niektórzy widzą ostrą krytykę jej współczesnego stanu i to krytykę z prawicowej, wręcz chrześcijańskiej perspektywy. Ale po kolei.
Od razu uprzedzam: tym razem będzie trochę „spojlerów” dla tej 3000-letniej fabuły którą wszyscy i tak znamy, ale szczegóły które będę zdradzał, nawet z jego zakończenia, nie zepsują odbioru filmu, lecz wręcz go poprawią, otwierając nasze oczy na więcej.
Homer, czy nie Homer?
Pierwszym zarzutem wobec filmu jest oczywiście sposób, w jaki dzieło to adaptuje Homera. Mocno zwrócił na to uwagę pan Warzecha, ja również zwróciłem na to uwagę w mojej pierwotnej recenzji, choć już wtedy zaznaczałem że film podejmuje ciekawą dyskusję z oryginałem. Głosów takich oczywiście można znaleźć wiele. Chociażby na tych łamach, z tegoż samego względu bardzo ostro w film uderzył Paweł Chmielewski w swojej równoległej do mojej recenzji. Na tyle mocno, że nagraliśmy potem wspólną rozmowę o filmie, żeby rozwinąć swoje racje i zobaczyć, jak bardzo się nie zgadzamy. Co ciekawe, to właśnie przygotowując się do tej rozmowy obejrzałem film drugi raz. Przemyślałem, wysłuchałem różne inne opinie o filmie, i mocno zmieniłem odbiór dzieła, zarówno pod względem jego wierności względem antycznej tradycji, jak i pod względem jego wartości. „Odyseja” należy do tych bowiem filmów, które obejrzane bez przygotowania na swój sposób szokują i odpychają. Natomiast gdy oglądamy je z większą świadomością – ukazują fascynującą głębię.
Nie mam zamiaru twierdzić że film ten jest jakąkolwiek miarą wierną ekranizacją Homera. Wierniejszą można (ponoć – tego dzieła akurat nie widziałem) znaleźć w włoskim miniserialu z lat 60-tych, a nawet w ciekawym, choć momentami żenującym amerykańskim miniserialu z 1997 roku. Tyle tylko że ten film nie jest, i ewidentnie nigdy nie miał być, ekranizacją. Takie pojęcie, sugerujące mechaniczne przeniesienie na ekran, nie istnieje w języku angielskim – tam się mówi o adaptacji, i domyślne jest że reżyser adaptacji zmieni dzieło, dostosowując je do medium, do swoich osobistych zainteresowań, czy nawet do potrzeb danego czasu. Przykładowo, Anglicy średnio raz na parę lat wypuszczają kolejną adaptację jakiejś powieści Jane Austen. Zatem niektóre z nich były ekranizowane – czy to do kina, czy to do telewizji – po kilka razy, za każdym razem inaczej. Nikomu nie przeszkadza, że różne te wersje są nie tylko lepsze czy gorsze jako dzieła, ale też mniej lub bardziej wierne; albo że kładą akcent na inne elementy, albo że dodają coś od siebie. Oczywiście, spieramy się potem, która wersja do nas bardziej przemawia, ale… bez przesady. Mam wrażenie że my, Polacy, mamy trochę inną perspektywę w tej materii ze względu na tragiczne ubóstwo naszej własnej kultury filmowej, ze względu na to, że u nas bardzo często dane dzieło zostanie przeniesione na ekran jeden jedyny raz. Domagamy się więc wiernej ekranizacji, bo czujemy że drugiej szansy nie będzie. Ale nie tak do tego podchodzą zachodni reżyserowie, przyzwyczajeni do tego, że ich wizja danego dzieła będzie rywalizować z innymi wizjami.
Świadomość tego, czym jest adaptacja, powinna właściwie wystarczyć jako odpór do wszelkich argumentów odnośnie do niewierności adaptacji Nolana – tak, jest niewierna. I owszem, można krytykować film za to – jest to uprawnione, jak każda forma krytyki. Ale taka forma krytyki jest ostatecznie mało ciekawa i mało odkrywcza. Fiksacja na punkcie wierności względem pierwowzoru sprawia też, że możemy przeoczyć coś głębszego, co właśnie w tych zmianach się objawia.
Katolik czyta Homera
Tymczasem, jeśli spojrzymy uważnie na „Odyseję”, dostrzegamy że owszem, reżyser mocno odstąpił od Homera. Zrobił to jednak wzbogacając film o treści zaczerpnięte po pierwsze, z utraconych antycznych greckich dzieł, które niegdyś stanowiły cały cykl opowiadający o wojnie trojańskiej od początku do końca, następnie o treści z „Eneidy” Wergiliusza, i wreszcie, co najmniej inspirując się tym, co pisał Dante Alighieri w „Boskiej komedii”. Twórca na każdym kroku demonstruje swoją głęboką świadomość materii którą adaptuje. Nie dziwota zresztą, bo mało kto pamięta, że Nolan z tymi materiałami obcuje już od dwudziestu lat. Pierwotnie miał wyreżyserować „Troję” z 2004 roku, nim producent tego filmu, Wolfgang Petersen, nie postanowił jednak, że chce osobiście stanąć za kamerą. Co więcej, w jego szkole średniej literatura grecka była fakultatywnym przedmiotem – a jego małżonka i producentka z kolei studiowała historię starożytną. Dlaczego to wszystko przytaczam – czy dzieło nie powinno samo się bronić? Tak, ale świadomość tego, kim jest twórca i co wie o temacie, pozwoli nam lepiej ocenić różne jego decyzje. Przede wszystkim zaś zrozumieć, że zmiany, które tu widzimy, nie są li tylko błędami czy lenistwem, ale zostały przemyślane i wynikają ze świadomej intencji. Dodajmy jeszcze jeden punkt biograficzny: choć z wypowiedzi Nolana można wnioskować raczej agnostycyzm, to jednak został on ochrzczony i wychowany w wierze katolickiej, i przyznaje się do przynajmniej kulturowego wpływu chrześcijaństwa na swoją twórczość.
Nic dziwnego, że choć reżyser w wywiadach mówi, iż nie była jego intencją wprost chrystianizacja „Odysei”, to jednak jego spojrzenie jest na swój sposób katolickie. Czy zmienił Nolan Odyseusza zupełnie nie do poznania, porzucając wizerunek przemyślnego, sprytnego zbrodniarza i ochoczego cudzołożnika, a zamiast tego, pokazując człowieka głęboko straumatyzowanego? Tak, zrobił to – i jest to dramatyczne odstąpienie od materiału źródłowego. Ale, po pierwsze – wcale nie jestem przekonany, czy jakikolwiek katolik chciałby dziś zobaczyć dzieło, które szczerze i z homerycką aprobatą prezentuje Odyseusza i jego dzieje. Takie przeniesienie zrobił Robert Eggers, tworząc imponujący, ale ekstremalny i trudny w odbiorze w całej swojej nordyckiej pogańskości film The Northman (pol. „Wiking”) z 2022 roku – i był to film raczej dojmujący w swoim spojrzeniu, tak jakby wracać do dyskusji zamkniętej dwa tysiące lat temu. Po drugie zaś – co więcej robi Nolan niż tylko zadaje arcykatolickie pytania podążając tropem Dantego? Kluczowym jest oczywiście wina za zbrodnię, jaką było zniszczenie Troi. Oczywiście, Homer nie tak przedstawia Odyseusza, ale pytanie jest uprawnione: każdy z nas rodzi się z sumieniem, i z zapisanym w nim Prawem Bożym, więc czy Odyseusz mógł faktycznie wyjść z Troi bez poczucia winy, będąc wyłącznym sprawcą hekatomby? Owszem, jako Grek osadzony w kulturze greckiej, mógł wręcz celebrować swój spryt – ale czy jego sumienie nie mówiło mu czegoś innego? Zresztą, sami Grecy jakoś wcale nie byli dumni z tego swego najwybitniejszego fortelu. Homer ewidentnie nie chciał opowiadać o samym upadku Troi. Inny aojda podjął temat – ale dziwnym trafem, już w starożytności ten poemat zaginął, bo nie był uznawany za wartościowy. I oczywiście owa gościnność, xenia, która jest raz po raz motywem przewodnim w poemacie i w filmie, sama w sobie sugeruje, że jest coś głęboko złego, nie tylko z naszej, ale właśnie z greckiej perspektywy w owym słynnym koniu trojańskim. Wykorzystanie ofiary dla bogów aby dostać się do miasta może i było sprytnym fortelem, ale równocześnie było haniebnym naruszeniem dobrych obyczajów i świętokradztwem – i Grecy to musieli widzieć, bo to swoje własne obyczaje złamali, to wobec własnych bogów czynili świętokradztwo.
Tak: greccy aojdowie nie mówili tego wprost, ale musieli wiedzieć, że tu nie ma powodu do chwały, podkreślając boskie fatum, które krążyło nad wszystkimi uczestnikami wyprawy. Rzymianie w „Eneidzie” ten osąd potwierdzili, a Dante właśnie z tego względu umieścił Odysa w ósmym kręgu piekła. Warto odwrócić pytanie, szczególnie względem tych, którym zamarzyła się teraz Odyseja w reżyserii Mela Gibsona: czy godziłoby się aby współczesny twórca pochodzący z kultury chrześcijańskiej nie zadawał pytań o wyrzuty sumienia Odyseusza? Czy godziłoby się skasować trzy tysiące lat rozwoju moralnego i bezkrytycznie ukazywać „Odyseję” z jej pierwotnej, pogańskiej perspektywy? Ot, chociażby wspomniana adaptacja z 1997 roku, wiernie, z iście pogańską aprobatą pokazuje ten moment, gdy bóg Hermes nakazuje Odyseuszowi wziąć czarownicę Kirke do łóżka, a Odyseusz faktycznie to robi, i bynajmniej nie kończy gdy ta już odczarowuje jego ludzi. Chcemy celebrować taką moralność?
Ale właśnie: kolejnym punktem krytyki jest to, że u Nolana takiego Hermesa nie doświadczymy. Bogowie są tam tak ograniczeni, że każda ich ingerencja może być zbyta jako przypadek, przywidzenie czy wewnętrzna ułuda bohatera – nie tak jak u Homera. Ale po pierwsze – dzisiaj byłoby to równie absurdalne, jak gdyby Mel Gibson w „Pasji” ukazał piekło rodem z średniowiecznych sztychów, pełne kotłów i kozio-nogich diabełków z widłami. Okazanie pełnej sprawczości bogów w „Odysei” uczyniłoby z tego filmu fantasy, i to kiepskie, bo podążające za przestarzałymi schematami. To po pierwsze. Po drugie zaś, Nolan po prostu idzie o krok dalej w tym, co Homer już robił. W jego eposach bowiem większość ingerencji boskich jest przedstawiana jako niezauważalna dla postronnych albo dostrzegalna dopiero po fakcie. Dosyć powiedzieć, że u Nolana Odyseusz więcej razy świadomie rozmawia z Ateną niż robi to w poemacie. A to, że Atena nie ukazuje się w pełnej krasie, ale obiera formę kobiety, której śmierć w jej własnej świątyni widział Odyseusz? Można oczywiście to interpretować jako traumę, ale można też jako świadome działanie. Bo incydent ze zbezczeszczeniem pogańskiego przybytku miał faktycznie miejsce w jednym z zaginionych eposów, gdy Ajaks mniejszy zgwałcił Kasandrę, odrywając ją od pomnika Ateny, co faktycznie wzbudziło wściekłość bogini.
A Posejdon, a Zeus? Nie słyszymy ani słowa z ich ust, nie widzimy jak bogowie się naradzają, ale przecież film mówi nam to, co sami jako katolicy jeszcze powinniśmy pamiętać – że Bóg objawia się choćby w burzy, w fali, w promieniach słońca. To nie znaczy, że nie ma tu boskiej ingerencji. Za spożycie boskiego bydła załoga Odyseusza ponosi śmierć w burzy (nota bene, ten element trochę zgrzyta z resztą filmu, właśnie dlatego że Nolan tu pozostał wierny oryginałowi). Potem zaś, w kluczowej scenie Odyseusz słyszy wprost z ust boginki Kalypso polecenie, aby przyjął w końcu na siebie bożą karę, aby oddał się w ręce burzy, Posejdona, zniósł swoje razy, bo dopiero wtedy zdoła wrócić – i tak się faktycznie dzieje. Krótko mówiąc: boża interwencja nadal jest, ale jest ona, na tyle na ile się da, dostosowana do chrześcijańskiego pojmowania świata. Poza pewnymi sytuacjami wynikającymi wprost z poematu, w jakimś sensie greckie bóstwa zostały tu przeistoczone w Bożą Opatrzność, która czuwa, prowadzi, ale też tam gdzie jest to uzasadnione – karze, aby prowadzić do nawrócenia.
Finał, czyli konwersja i konsekwencje
I nawrócenie to następuje: Odyseusz nie tylko uświadamia sobie, ale wypowiada, uzewnętrznia swoje winy – spowiada się z nich. Nota bene, to jest jeden z wielu momentów, gdzie film fascynuje właśnie bogactwem symboliki, trudnym do zauważenia, gdy zajęci jesteśmy piekleniem się nad celowo absurdalnym ahistorycyzmem kostiumów – Odyseusz spowiada się wobec swojej żony (poprzez kraty!), ale siedzi obok niego ta sama wizja Ateny-Kasandry; to do niej wyciąga on dłoń – bo spowiedź zawsze jest wobec człowieka i Boga jednocześnie, ale odpuszczenie ostatecznie jest od Boga.
Jednak odpuszczenie grzechów bynajmniej nie musi niwelować ich skutków, konsekwencji wyrządzonego zła – to trzeba naprawić oddzielnie. Odyseusz – Król, czyli Ojciec – porzucił swoją wyspę, nieobecny był lat dwadzieścia. Zaniedbał wychowanie i dyscyplinowanie swoich poddanych. Musi posprzątać konsekwencje, zabić zalotników – ale dokładnie tak jak w poemacie, uśmiercenie ich nie kończy sprawy. Wprawdzie było słuszne i sprawiedliwe po ich wybrykach, przecież jednak mają oni rodziny, które wcale nie muszą tak uważać. I w tym miejscu Nolan ten jeden raz nie tylko narzuca własną wizję, ale wprost poprawia Homera – w tym miejscu, to co Nolan zrobił jest bez porównania lepsze od oryginału. Bowiem Homer, na ostatniej stronie poematu, wyciąga z rękawa klasyczne greckie deus ex machina – gdy już ma dojść do bitwy między królem a jego poddanymi, Zeus arbitralnie uznaje, że już wystarczy, więc bezpośrednio odmienia ich myśli, i wszyscy się rozchodzą.
Niewiele jest wielkich dzieł w historii literatury, które mogą się „poszczycić” równie kiepskim zakończeniem. Nolan tymczasem konsekwentnie prezentuje odmienionego Odysa, który ukarawszy zbuntowane owce, dla których był złym pasterzem, przekazuje swoją władzę synowi, a sam idzie na wygnanie.
Tu musimy jeszcze poruszyć temat zmierzchu cywilizacji, który według samego Nolana był kluczowy dla filmu. Reżyser nie kryje się z tym, że jest jakaś więź między Oppenheimerem, o człowieku który tworzy bombę atomową, a Odyseją, o człowieku który – alegorycznie – żyje z konsekwencjami jej wybuchu. Przyznam że dosłowność dialogów o upadku cywilizacji, o końcu epoki brązu, przyprawia mnie o ból zębów. Dało się lepiej. Ale może właśnie trzeba było tak dosłownie? Niektórzy recenzenci, w tym pan Warzecha, krytykują film za zbyt prostacki przekaz. I coś w tym jest, że przekaz o upadku cywilizacji – naszej cywilizacji, bo przecież nie o Greków tu chodzi – jest wypowiedziany zbytnio wprost. Z drugiej strony, sprawiło to, że nawet lewicowe recenzje filmu zwracają uwagę na ten upadek. Że zmierzch Zachodu rozumiany nie jako cel, ale jako coś niepożądanego, przestał być tylko frazesem internetowej prawicy. To ma swoją wartość.
Toporność na bok, kogo i jak oskarża Nolan? Czy zrzuca winę za wszelkie zło na „białych heteroseksualnych mężczyzn”? Nie – i choć razi nas czarnoskóra Helena i etniczna różnorodność „Greków” Odyseusza, doceńmy, że to właśnie uderza w narrację o tych złych białych. Widzimy bowiem, że głównym winowajcą jest zło moralne bez względu na kolor skóry – zaniedbanie obowiązków wobec Boga i wobec ludzi. Odyseusz zaniedbał swoje królestwo, będące jego rodziną. Ale jego królestwo też zaniedbało obowiązki, nie wychowało odpowiednio swoich mężczyzn. Wydało zatruty owoc zalotników, wśród których rej wodzi ten, który kłamliwie wyłgał się w pójścia z Odysem na wyprawę – szlachcic, od dziecka szkolony wojownik stchórzył, i resztą życia tylko pogłębiał swoje winy, a na wojnę zamiast niego poszedł chłopak-chucherko, syn pasterza, który ostatecznie nadawał się tylko do tego, by go posłać na śmierć pilnującego konia (nie dziwota, że do tej roli wybrał Nolan aktorkę udającą mężczyznę).
Co najważniejsze zaś film nie kończy się li tylko oskarżeniami. Piętnuje nasze winy, ale nie dobija nas nimi. Ktoś skwitował że odpłynięcie Odyseusza na końcu filmu stanowi „boomerską” fantazję o zostawieniu całego bałaganu dzieciom, i ucieczki na emeryturę na Florydzie. Ale właśnie nie: Odyseusz wraca, sprząta po sobie, bierze na siebie całe odium, i dopiero wtedy przekazuje władzę w ręce swego syna, który tu symbolizuje dobrą, dobrze przygotowaną męskość. Odyseusz odchodzi na wygnanie z podwójną nadzieją – nadzieją dla siebie, i nadzieją że jego królestwo przetrwa w rękach syna. A więc – ocknij się, Zachodzie! Dalekośmy upadli, ale nie jest za późno żeby wrócić jak Odyseusz. Trzeba będzie wysoką cenę zapłacić za zaniedbania, trzeba będzie aby nasze pokolenie wzięło na siebie odium sprzątania, za które inni będą na nas wieszać psy – ale trudno! Na tym polega męstwo. Alternatywą jest dopuszczenie aby nasz dom coraz bardziej przemieniał się w chlew.
Co warto zauważyć
Za długo już piszę, a tyle jest tematów wciąż nieporuszonych – jak chociażby Kirke, starożytna feministka, ale feministka wyszydzona przez reżysera, celnie wypunktowana jako istota podejrzliwa, niesprawiedliwa w swoich osądach, osoba z którą nie wytrzymała nawet własna siostra. Jak dziwaczni Lajstrygonowie, którzy miast bycia sugerującymi zacofanie cywilizacyjne kanibalami, wydają się w swoich żelaznych zbrojach stanowić jakąś przerażającą dla Odysa wizją nadchodzącej nowej ery, która umieści Greków pod butem Rzymian – a pamiętajmy że widzimy ich tylko w wizji, w opowieści Odyseusza. Jak struktura dzieła, która urzekła mnie pieczołowitym odtwarzaniem formy eposu Homera, przeskakując między wątkami, albo nawet na moment tylko ukazującymi inną wizję, tak właśnie jak robił to Homer w „Odysei”.
Ale też i wiele wad filmu można by wytypować – ot, chociażby jego wizualną nieciekawość. Chociażby to, że nawet gdy rozumiemy intencje stojące za kostiumami, za obsadą, za wikińską łodzią udającą grecki okręt, za współczesnym slangiem w dialogach, to jednak to wszystko wydaje się nie działać, wydaje się odejmować od mocy filmu. Zbyt dosłownie i dobitnie wali nas po głowie reżyser tymi odniesieniami do współczesności.
Jest jeszcze inna wada, i to niemała: nuda. Mówię to ostrożnie, bo ja się nie nudziłem. Obejrzałem film dwa razy, a chciałbym, jeśli starczy czasu, obejrzeć raz jeszcze tym razem w IMAXie, bo do tego formatu film został stworzony. Ale ja oglądam filmy intensywnie, szukam szczegółów, próbuję aktywnie rozumieć, więc niełatwo mnie znudzić. Natomiast nuda pojawia się w wielu recenzjach i coś jest na rzeczy: akcja jest powolna, dominują tu (jak w poemacie) dialogi, uczty, gadanie, a bynajmniej nie akcja. Może jednak niniejszy tekst pomoże zwalczać nudę, wskazując, na co warto patrzeć w tym dziwnym, wadliwym, ale zarazem prawdziwie fascynującym dziele?
Odłóżmy więc na bok w gruncie rzeczy śmieszne dyskusje o tym, jak to Homer się w grobie przewraca i tym podobne – że dekonstrukcja i inne bzdury. Stańmy twarzą w twarz z filmem taki, jaki jest – a nie jest to bynajmniej, żadną miarą, film ani lewicowy, ani płytki. Choćby i nam się ostatecznie nie spodobał, to jednak warto, naprawdę warto.
Jakub Majewski






