Łukasz Warzecha: „Odyseja” Nolana? Nie warto!

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Warzecha-Odyseja-Nolan.jpg

W piosence „Powtórka z Odysei” Jacek Kaczmarski tak opisał Odyseusza:

 

 

Zróbmy to razem!

Był z Odysa, jak się zdaje,

J****, rabuś, zabijaka.

Branki brał, plądrował kraje

A czekała nań Itaka.

Z przebiegłości w interesach

Zyskał miano Ulissesa.

 

Kaczmarski opisał bohatera antycznego eposu w typowy dla siebie zwięzły, a zarazem bardzo celny sposób. Znacznie celniej i zgodniej z Homeryckim oryginałem niż Christopher Nolan uczynił to w „Odysei”, która wciąż przyciąga do kina wielu widzów (film obejrzałem w niedzielę i sala była zapełniona w ponad połowie, choć film nie jest już przecież premierowy). Mówiąc brutalnie: Nolan korzysta na tym, że zapewne 99 procent oglądających nie czytało ani obu wielkich dzieł Homera (pozostawmy wątpliwości co do ich autorstwa na boku), ani tym bardziej nie interesowało się grecką mitologią. W polskich warunkach oznacza to przynajmniej lekturę kanonicznej „Mitologii” Jana Parandowskiego oraz znacznie nowszej i ciekawszej „Mitologii Greków i Rzymian” Zygmunta Kubiaka. Zatem widzowie ci podchodzą do filmu Nolana jak do zwykłego kina rozrywkowego. Trudno się z takim podejściem jednak zgodzić, gdy reżyser na warsztat bierze fundamentalne, w zasadzie pierwsze dzieło europejskiej literatury.

Ja mam być może tę przewagę, że jestem właśnie w trakcie lektury pasjonującej książki Tomasza Mojsika „Odyseusz. Biografia nieautoryzowana” (seria „Bohaterowie o tysiącu twarzy” wydawnictwa Homini). Mojsik wskazuje – podobnie zresztą jak Kubiak w swojej „Mitologii Greków i Rzymian” – że mity nie miały jednej kanonicznej postaci, że zmieniały się w czasie i przestrzeni, a więc miały swoje różne wersje i podwersje regionalne oraz pojawiające się w czasie. Były także – co opisuje Mojsik – próby racjonalizowania elementów nadprzyrodzonych czy fantastycznych, a więc traktowania ich jako symboli, które u Homera miały zastępować rzeczywiste zjawiska czy cechy.

Można by zatem zadać pytanie, czy czegoś takiego właśnie nie zrobił Nolan, a więc czy jego film nie mieści się w nurcie, opisywanym przez Mojsika po prostu jako kolejna egzegeza Homera. Otóż – nie. Są dwa powody.

Po pierwsze – eliminując praktycznie całkowicie element nadprzyrodzony czy boski, Nolan niczym go nie zastąpił. Nie jest to racjonalizacja mitu, ale jego wykastrowanie z bardzo ważnego czynnika. Po drugie – Nolan radykalnie zmienił przesłanie eposu, szczególnie w końcowej części filmu. To się nie broni.

Można by pisać o tym, co budziło najbardziej emocjonujące dyskusje, a więc o obsadzeniu Murzynki Lupity Nyong’o w roli Heleny/Klitajmestry czy ahistoryczności rekwizytów (wyobrażam sobie, jak musieli w kinie zgrzytać zębami specjaliści od antyku). To jednak na tle innych manipulacji detale. O tym pierwszym właściwie warto wspomnieć tylko o tyle, że poza akcentem obowiązkowej w Hollywood politycznej poprawności chodziło tu być może o jeszcze jedno: zaznaczenie, że traktuje się opowieść Homera wyłącznie jako bazę czy chwyt marketingowy, jako ramotę, na której można przeprowadzać dowolne operacje. Nie muszę chyba dodawać, że Murzynka w tej roli zgrzyta koszmarnie, tak samo zresztą jak Murzyn w roli aojdy Femiosa oraz pojawiający się co chwila w mniejszych rolach aktorzy o rysach azjatyckich.

Nolan okroił oczywiście fabułę eposu, a w wielu momentach znacząco pozmieniał – nie pojmuję zatem, dlaczego niektórzy piszą o najwierniejszej adaptacji. Dla przykładu – Odyseusz nie trafia w ogóle do Feaków, nie spotyka go więc również na brzegu morza urocza Nauzykaa, znika zatem temat, który był motywem wielu klasycznych obrazów. Zalotnicy robią na Telemacha zasadzkę w świątyni w Pylos zamiast na morzu. Radykalnie ucięta zostaje wizyta w Hadesie. Nie pojawia się zresztą w ogóle w filmie Achilles, choć widzimy wiele scen z Troi. I to już jest jedna ze zmian znaczących, bo przypomnieć trzeba, że w gruncie rzeczy „Iliada” zajmuje się przede wszystkim tematem bierności herosa i jego obrazą za podebranie mu branki. Ten wątek jest jednak nieobecny również w refleksjach Odyseusza, dotyczących przebiegu wojny.

Znika z filmu wątek ludożerców Lajstrygonów, znika wątek Kimeryjczyków. Niejako w niezgrabnym zastępstwie Nolan prezentuje jakąś enigmatyczną scenę, w której Odys z towarzyszami lądują na lądzie, gdzie napotykają wyrośnięte dziecko, a za moment gonią ich odziani w zbroje giganci. Nie wiadomo, kim są i o co tu chodzi. Wygląda to tak, jakby Nolana księgowy produkcji zmusił do znalezienia taniego sposobu na zastąpienie kilku wątków jednym, byle jak wymyślonym. Tę wyliczankę można by długo ciągnąć.

Są jednak przynajmniej dwie zmiany naprawdę istotne i znamienne.

Pierwsza dotyczy Kirke. Jak wiadomo, Odyseusz ze swoimi ludźmi spędził u czarodziejki blisko rok po tym, jak ukazał jej, że jej czary się go nie imają i w ten sposób skłonił ją do cofnięcia zaklęcia, którym zamieniła jego towarzyszy w wieprze. W filmie wizyta trwa kilkadziesiąt minut, co zresztą sprawia, że sypie się cała czasowa logika opowieści, bo nijak nie da się z treści filmu wysnuć wniosku, że Odyseusz błąkał się w drodze spod Troi przez dekadę. Brakuje około roku. Przede wszystkim jednak z zalotnej i pięknej Kirke, której urokom Odyseusz przecież u Homera ulega, Nolan zrobił zgorzkniałą, podstarzałą feministkę, nienawidzącą mężczyzn (w tej roli 49-letnia Samantha Morton). To jeden z najgłośniejszych zgrzytów, gdy do filmowej „Odysei” reżyser przemyca współczesne, postmodernistyczne treści.

Druga zmiana dotyczy spotkania z Polifemem, też zresztą radykalnie skróconego. Głęboki sens starcia cywilizowanych Greków z barbarzyńskim Cyklopem bardzo dobrze opisuje w swojej książce Mojsik. Polifem świadomie i z premedytacją, wręcz ostentacyjnie stawia się poza cywilizacją.

Odyseusz próbuje się Cyklopowi przedstawić i mówi (przekład Antoniego Libery):

 

Jesteśmy Achajami, płynącymi spod Troi

I granymi przez wiatry szalejące na morzu.

Pragniemy wrócić do domu, ale wszechwładny Zeus

Z jemu tylko wiadomych powodów czy zamiarów

Pokrzyżował nam plany, spychając nas ze szlaku.

Mamy zaszczyt być ludźmi Atrydy Agamemnona,

Który jako pogromca potężnego i Ilionu

Cieszy się dzisiaj sławą sięgającą aż nieba.

My zaś, zbłąkany wędrowcy, padamy do twoich stóp,

Byś nam coś podarował lub inaczej ugościł,

Jak nakazuje obyczaj i prawo gościnności.

 

Na co Polifem powiada bezczelnie:

 

Głupiś albo pochodzisz z bardzo dalekich stron,

Skoro próbujesz mnie straszyć jakimiś swoimi bogami.

My, Cyklopi, nie dbamy o żadnego Zeusa

Ani o innych bogów rzekomo wszechmogących,

Bośmy silniejsi od nich i kpimy sobie z nich.

 

Polifem staje się w ten sposób postacią symbolizującą świadome i zamierzone odejście od cywilizacji i jej obyczajów. Szczególnie ważne jest, że inaczej niż u Feaków czy na wyspie króla wiatrów Ajolosa (wątek także wykasowany) Polifem jest całkowicie obojętny na wspomnienie wiekopomnego zwycięstwa nad Troją. Aby to jednak wybrzmiało, Polifem musiałby nawiązać interakcję z Achajami, czego u Nolana nie robi.

Powiedzmy wreszcie o dwóch bodaj najistotniejszych zmianach, wypaczających istotę „Odysei”. Pierwsza to całkowita w zasadzie rezygnacja z boskiego czynnika. Jedynie Odyseuszowi objawia się co jakiś czas Atena, ale można mieć wątpliwości, czy to faktycznie bogini czy też psychoza bohatera, który cierpi na traumę (o czym za moment). Ma ona bowiem twarz zamordowanej w Troi kapłanki. To przypomina nieco zabieg dokonany przez Stanleya Kubricka w „Lśnieniu”: widz nie ma pojęcia, czy w hotelu Overlook faktycznie pojawiają się duchy czy też są to wszystko złudzenia wariującego Jacka Torrance’a. (Krytycy wskazują, że problematyczna w przypadku tego drugiego podejścia jest tylko scena, gdy ktoś czy coś uwalnia Torrance’a zamkniętego w chłodni od zewnątrz.)

Choć, jak opisuje Mojsik, były jeszcze w starożytności, w epoce klasycznej próby całkowitej racjonalizacji „Odysei”, usunięcie z niej czynnika boskiego kastruje kompletnie tę opowieść. Nie tylko dlatego, że wiele faktów pozostaje w takiej sytuacji niewyjaśnionych, ale też dlatego, że znika fundamentalny wątek zabawy człowiekiem przez antycznych bogów, który z kolei można odczytywać jako najważniejszą różnicę pomiędzy światem przedchrześcijańskim a chrześcijańskim. Można też założyć, że robiąc z jedynej pojawiającej się bogini możliwe złudzenie Odyseusza Nolan sugeruje odbiorcy, że nie tylko nie ma bogów, ale i Boga. Ot, takie właśnie złudzenia i opowiastki dla straumatyzowanych ludzi.

Mało tego: usunięcie bogów sprawia, że absurdem staje się konflikt Achajów z Troją. Nolan klajstruje ten ubytek nieudolnym zabiegiem scenariuszowym: wypowiedzią Odyseusza, że Agamemnonowi chodzi tak naprawdę o szlaki handlowe i politykę. Tyle że to nijak nie wyjaśnia, dlaczego właściwie inni mieliby mu w tych zabiegach pomagać. Nie tłumaczy, skąd wzięło się ich zobowiązanie wobec Menelaosa. A przecież kluczem jest perfidny zabieg Afrodyty, oddającej Aleksandrowi (Parysowi) Helenę, już wówczas żonę króla Sparty, w nagrodę za przyznanie jabłka.

Nawiasem, widziałem i takie recenzje, których autorzy stwierdzali, iż nie wiemy, czy w ogóle opowieści, jakie snuje Odyseusz na temat swojej podróży, relacjonując ją Kalipso (która u Nolana w pewnym stopniu zastępuje pod tym względem króla Alkinoosa i Fenaków), są prawdziwe. Może Odyseuszowi się tylko zdawało lub kłamie, a naprawdę po prostu swoich ludzi po drodze potopił czy nawet zamordował? Tyle że „Odyseja” Homerowa nie pozostawia tu wątpliwości. Co prawda cztery pieśni relacji z podróży to opowiadanie Odysa u Feaków, ale sposób prowadzenia narracji przez samego autora eposu wskazuje jasno, że nie może być tu mowy o zmyśleniu.

Wreszcie to, co ostatecznie skreśla „Odyseję” Nolanową jako udaną adaptację Homera i co sprawiało, że im dłużej siedziałem na widowni, tym większe czułem znużenie i tym bardziej wiedziałem, że coś jest nie tak. Wróćmy tutaj do wersów Kaczmarskiego: Odys to „jebus, rabuś, zabijaka”. To bohater swojego czasu, końcówki epoki heroicznej. To nie była epoka psychoanalizy i introspekcji. Kto czytał „Odyseję”, a już szczególnie „Iliadę”, tego uderzy werystycznie opisywane okrucieństwo bitew i pojedynków. Tam naprawdę jest „ręka, noga, mózg na ścianie”. Miecze miażdżą hełmy i wbijają się w czaszkę, kawałki mózgu wypływają na zewnątrz, jelita wylewają się z rozszarpanych brzuchów.

Odyseusz Homerowy jest wojownikiem – nie takim jak Achilles czy nawet Menelaos, ale wojownikiem – a także twardym kombinatorem i bezlitosnym mścicielem. Nie dlatego, że ma wady osobowości, ale dlatego, że tacy są ludzie w epoce herosów, a Odyseusz jest herosem, choć specyficznym. Mówiąc językiem współczesnym – nie waha się pociągnąć za spust, nie ma tu żadnych rozterek. Gdy wraca na Itakę i jako żebrak przedostaje się do własnego pałacu, ostatecznie morduje wszystkich zalotników, co do jednego. Nikt nie zostaje przy życiu, niezależnie od stopnia jego winy czy tego, jak bardzo błagał Odyseusza o litość. Mało tego – Odyseusz każe Telemachowi, aby ten zagonił wiarołomne służące (które działały na rzecz zalotników) do wynoszenia trupów z megaronu, a potem, aby wyciął je co do jednej. Telemach nie chce sobie plamić rąk nieczystą krwią, więc zamiast użyć miecza, wszystkie wiesza. Tak ma być. Dokonała się sprawiedliwość. Nie ma tu żadnych traum, współczucia czy wahań.

Ale nie u Nolana. Tu im dłużej trwa film, tym jaśniejsze się staje, że z herosa Odyseusza Nolan zrobił XXI-wiecznego straumatyzowanego, psychotycznego, znerwicowanego i hamletyzującego intelektualistę, który w finale wygłasza jakieś łzawe, banalne kawałki o tym, że wojna jest zła i że zerwano więź między ludźmi. W wielu recenzjach powtarza się stwierdzenie, że Nolanowy Odys cierpi na PTSD, co z punktu widzenia oryginału „Odysei” jest koszmarnym wręcz absurdem. Nie mówimy wszak o zwykłym człowieku, ale o herosie z pokolenia herosów.

Recenzja powinna się kończyć poleceniem: warto czy nie warto? Mam tu jednoznaczną opinię: nie warto. A już na pewno nie warto, jeśli ktoś jest wielbicielem Homerowych tekstów i drażnią go tak zwane uwspółcześnione na siłę realizację (czy mówimy o dziełach antyku, czy na przykład o barokowych operach „na nowo odczytanych”). Ja mam poczucie, że zmarnowałem trzy godziny życia i kilkadziesiąt złotych na bilet. Ale czego się nie robi, aby czytelnicy tego błędu już popełniać nie musieli.

 

Łukasz Warzecha

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: