„Odyseja” – mało Greków, dużo Nolana, ale… mimo wszystko warto

32ru2390t94htuu438t34u8thu.jpg
fot. Universal Pictures/youtube

W ostatnich tygodniach przetoczyła się – może tylko w internecie? – fala dyskusji o najnowszym filmie Christophera Nolana. Jedni po Odysei oczekiwali dzieła na miarę renomowanego przecież reżysera, drudzy wskazywali na różne zwłaszcza wizualne wady zapowiadanego filmu, na „różnorodną” obsadę nijak nie pasującą do greckiego eposu, i wyrażali obawy że będzie to wersja „uwspółcześniona” – czyli głupia i pogardliwie nastawiona do pierwowzoru. Teraz nareszcie film wszedł na ekrany, i możemy go sami ocenić. Więc jak wyszło? Cóż – ani nie tak źle, ani nie tak dobrze.

Recenzując Odyseję Nolana, trzeba by zacząć od początku, ab ovo, a nawet ἀπὸ ὠοῦ. Czyli od tej prawdziwej Odysei – Homera. Jest to jeden z dwóch najważniejszych eposów świata starożytnego, wskazywany w Poetyce Arystotelesa obok Iliady tegoż samego Homera jako niedościgniony wzór eposu zarówno pod względem formy jak i treści. Do dzisiaj uznawany za fundament edukacji klasycznej, a w angielskich najlepszych szkołach – nie uniwersytetach, szkołach – do dzisiaj uczony w oryginale. W Polsce to już niestety dawno wypadło ze szkół, ale przecież wiele z największych polskich dzieł literackich świadomie odnosi się do tych dwóch eposów w ich polskim tłumaczeniu. Prym wiedzie oczywiście Mickiewicz i jego Pan Tadeusz – ostatnie, bardzo późne dziecko tej samej tradycji eposu – ale bynajmniej nie tylko on. Był taki czas, gdy polscy literaci czytali te dzieła intensywnie, i raz po raz czynili do nich aluzję w własnych pracach, czy to samodzielnie przekładając fragmenty na swoje potrzeby, czy polegając na klasycznych tłumaczeniach Dmochowskiego (Iliada) i Siemieńskiego (Odyseja).

Zaznaczam cywilizacyjną wagę Odysei abyśmy rozumieli dlaczego ten film bardziej przykuwa uwagę i wzbudza więcej kontrowersji i dyskusji niż, trawestacje innych greckich mitów, chociażby o Jazonie i jego Argonautach. Ale chodzi o coś jeszcze – musimy mieć świadomość, iż Odyseja jest, w ostatecznym rozrachunku, arcydziełem nawet nie literatury, co poezji. To było ongiś słowo mówione, śpiewane. Słowo bogate, poetyckie, gdzie stroni się wręcz od bezpośrednich opisów, wybierając raczej elokwentne paralele i analogie, aby wykazać się kunsztem i bogactwem odniesień. Jeden tylko przykład: w pewnym momencie autor, aby oddać głębię smutku Odyseusza na wspomnienie wojny trojańskiej, przedstawia długie na bodaj dziesięć wierszy omówienie kobiety opłakującej zabitego męża i zniewolonej przez wroga, aby w końcu skwitować, że smutek Odyseusza był tak wielki jak żal tejże kobiety. Tym właśnie jest grecki epos – pokazem elokwencji, kunsztu słownego.

Zróbmy to razem!

Kończąc już ten przydługi wstęp, dochodzimy do jednego fundamentalnego wniosku: choćby w rękach najlepszego reżysera, Odyseja utraci w adaptacji filmowej praktycznie wszystko co dla niej charakterystyczne. To nie znaczy że taka adaptacja nie może być dobra i udana – ale będzie czymś bardzo odmiennym. Co gorsza zaś, Odyseję dzieli od naszych czasów trzy tysiące lat, co sprawia że każda adaptacja siłą rzeczy musi być li tylko komentarzem na temat tego co my widzimy w tym dziele i jak widzimy czasy w których powstało…

                   Odyseja „uwspółcześniona”

No, dobrze, więc rozumiemy że musi być inaczej niż oryginał. Ale przecież zmieniać można dobrze albo źle – wiernie, albo niewiernie.  Przecież nawet przy tak odległym dziele jak Odyseja, mimo wszystko nie jest tak, że zupełnie nie wiemy co myśleli starożytni Grecy, ani jak wyglądali. Przecież nasza cywilizacja włożyła niemały wysiłek właśnie w to, by zachować nie tylko treść samego dzieła, ale też pamięć o jego znaczeniu, o jego tradycji literackiej, o kontekście w którym powstawało. Tymczasem, druga połowa XX wieku, a jeszcze bardziej dotychczasowa ćwierć obecnego stulecia, przebiega na coraz bardziej intencjonalnym i świadomym deprawowaniu dzieł klasycznych w ramach – różnie, niektórzy mówią o uwspółcześnianiu, inni o dekonstrukcji, inni o takiej czy innej reinterpretacji, czy to postkolonialnej, czy feministycznej, czy intersekcjonalnej czy co tam jeszcze się wymyśla. Zwłaszcza jeśli chodzi o feminizm, istnieje cały szeroki nurt literacki w którym współczesne autorki pasożytują na greckich czy rzymskich mitach, pisząc książki opowiadające to samo, ale w krzywym zwierciadle, rzekomo z kobiecej perspektywy której ponoć brakuje w pierwowzorach – a tak naprawdę, wyłącznie ze swojej własnej perspektywy rodem z XXI stulecia, która jak pięść do nosa pasuje do kobiet sprzed trzech tysięcy lat.

Choć Odyseja Nolana nie przyznaje się oficjalnie do bazowania na takich dziełach – w napisach widzimy że ma to być wyłącznie adaptacja eposu, nie innych książek – to jednak jest jasne że Nolan z nimi co najmniej sympatyzuje, i wywraca pewne aspekty Odysei w imię feministycznej interpretacji dziejów. Nie szkodzi to szczególnie jeśli chodzi o główny wątek, czyli historię czekającej na powrót Odyseusza jego wiernej żony Penelopy – ona przecież zawsze była rozbudowaną i ciekawą postacią, właśnie zadającą kłam rzekomemu ignorowaniu kobiet przez Homera. Znacznie bardziej zmiana ta uderza w inne wydarzenia, szczególnie jeśli chodzi o napotykane przez Odysa po drodze Kirke i Kalipso. Nie chcę mówić zbyt wiele, bo a nuż ktoś będzie szedł na film nie znając tej całej historii (bo zwykle znamy ją choćby przez osmozę, choćbyśmy nie czytali samego eposu), ale choć autor zachował sedno obydwóch spotkań, to jednak zdołał „uniewinnić” obydwie postaci, które w oryginale przecież były szczególnie groźne przez to, że jako archetypy pewnej formy kobiecości, były uwodzicielkami. Współczesna feministyczna interpretacja nie dopuszcza myśli, że kobieta może świadomie wykorzystywać swoje piękno w niecnych celach, toteż reżyser nie tylko zmodyfikował znacząco ten aspekt, również jeśli chodzi o wygląd i charakteryzacje samych aktorek. Ogólnie, film prezentuje dosyć typową feministyczną wizję gdzie kobiety zawsze są li tylko ofiarami mężczyzn, i jeśli nawet czynią zło, to jest to wyłącznie w reakcji na tych złych mężczyzn.

Wspomnę tu, ale tylko mimochodem, o obsadzeniu czarnoskórej Lupity Nyong’o w roli słynnej Heleny – oczywiście że to nie pasuje, oczywiście że wyrywa to na moment z filmu, niepotrzebnie waląc widza po głowie współczesnym przesłaniem o obowiązkowej różnorodności (obowiązkowej, rzecz jasna, tylko dla europejskiej kultury), ale właśnie – jest to tylko moment. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o rolę aktorki Ellen Page której dziś wydaje się że jest mężczyzną i podpisuje się jako Elliot Page – owszem, obsadzenie jej w roli greckiego żołnierza znowu tworzy absurdalny i zbędny dysonans, ale zbyt mało jest ona na ekranie żeby to raziło, i nie ma w jej roli właściwie żadnego ideologicznego przesłania – jedynie chyba pewna głupawa chęć „trollowania” publiczność, budowania świadomości produktu przez generowanie sztucznej kontrowersji. Znawcy oryginału zauważą że w pewnym kluczowym momencie, wycięto z Odysei samego wielkiego Achillesa, by Page mogła raz jeszcze marnie udawać wojownika, ale to po prostu niewiele znaczy w szerszym kontekście. To samo, wreszcie, dotyczy ciemnoskórej, i chyba niezbyt umiejętnej jako aktorki Zendayi jako Ateny – jej rola jest tak niewielka, że to po prostu nie ma znaczenia.
Ale właśnie: jak to możliwe, że Atena nie ma znaczenia – w Odysei?!

                   Współczesna niezdolność obcowania z cudownością

Jeśli miałbym za coś szczególnie krytykować Odyseję Nolana, to właśnie za to, jak z dzieła w którym człowiek jest igraszką w rękach bogów, zdołał wyciąć bogów, a wszelkie inne elementy cudowności zredukować do pospolitych wręcz potworów. Kto czytał Odyseję wie doskonale, jak często kolejne zwroty akcji następują w konsekwencji takiej czy innej decyzji samych bogów. Jak często zwłaszcza Atena, szczególna opiekunka Odysa, bezpośrednio wkracza do akcji. Jest jasne że reżyser uznał to za zupełną niemożliwość – że literalne pokazywanie narad bogów na ekranie utrudni współczesnym odbiór dzieła. Niestety, chyba miał rację – takie wizje dzisiaj nas rażą swoistą naiwnością wyobrażenia transcendencji w tak przyziemnej formie.

Nolanowi należy się chwała za to, że nie zrobił tego co przed dwudziestoma laty Wolfgang Petersen w Troi (2004), będącej bardzo luźną adaptacją Iliady – nie usunął transcendencji zupełnie, nie przeobraził wielkich sporów bogów rozgrywanych ludzkimi pionkami w pospolite dzieło przypadku. Nolan próbuje rozrywać elementy transcendentne – na ekranie zredukowane do bardzo obciętej roli Ateny właśnie – tak, aby sceptyczny do transcendencji widz mógł ingerencje bogów zinterpretować wyłącznie jako psychologię, majaki i przewidzenia. Jednocześnie zaś, reżyser świadomie w różnych miejscach czyni aluzje do tych bardziej bezpośrednich reprezentacji widzianych w pierwowzorze, tak aby świadomy czytelnik mógł dopowiedzieć sobie te treści oglądając film.

Pytanie jednak, czy takie podejście jest w ostatecznym rozrachunku skuteczne i udane – że oto bogów wycinamy, zostawiając jednak obowiązkowe dla Odysei potwory, olbrzymy, cyklopy, Hades i cienie zmarłych, ale też je ograniczając. Uważam że nie. Że jest to kompromis który osłabia przekaz pierwowzoru, osłabia wizualny potencjał dzieła, a przecież nie może nikogo zadowolić. Co więcej, sam bohater filmu mocno traci na takich zabiegach – szczególnie w kontekście cyklopa, ta okrojona, kompromisowa forma pozbawiła bohatera kluczowej sceny ukazującej jego legendarny spryt oraz, zarazem, jego pychy, tego słynnego greckiego hybris które skazało go na dziesięć lat tułaczki.

Przyjmuję jednak – bo jest to ewidentne – że reżyser patrzył na tę historię przez własne oczy, i mniej nie chodziło mu o przekaz pierwowzoru, a bardziej o użycie Odysei jako materiału dla swoich własnych przemyśleń i motywów, które akurat u Nolana są bardzo widoczne w całokształcie jego twórczości. Jak na ironię, jednym z kluczowych motywów tegoż reżysera zaś jest to, że… nie ma powrotów do domu.

                   Nolan i jego powroty

No i właśnie. U Nolana nie ma powrotów do domu. Gdziekolwiek byśmy nie spojrzeli w jego filmach, powrót – czy to dosłowny czy alegoryczny – jest niemożliwy. Zbyt zmienił się bohater, zbyt zmienił się dom. Nie będę przedłużał recenzji przytaczając kolejne przykłady – zwłaszcza że to przecież mocne spojlery są – ograniczmy się tylko do jednego emblematycznego o tyle, że wydającego się zadawać kłam tej tezie. Oto więc w Incepcji (2010), bohater który podjął ostatnie wielkie wyzwanie aby móc wrócić do domu, faktycznie dokonuje tego powrotu – kto jednak widział ten film, wie doskonale że w tym wzruszającym momencie powrotu, Nolan zmusza widza do wątpliwości, których celowo nie rozwiązuje, tak że nigdy nie możemy się dowiedzieć, czy bohater wrócił, a co więcej, sam bohater też nie może być tego pewny.

To jest więc typowy Nolan – i ten oto reżyser bierze na warsztat najsłynniejszą na świecie opowieść o powrocie do domu. W jaki sposób połączyć te dwie sprzeczności? To – przynajmniej dla mnie – jest najciekawszą i najmocniejszą stroną filmu, ale jednocześnie najbardziej przecież wewnętrznie sprzeczną. Nolan w ciekawy sposób nagina materiał pod siebie, ale nie zawsze to się udaje, i na skutek jego zabiegów, powstaje kilka poważnych luk w logice fabuły, które twórca maskuje jak może, ale nie jest w stanie ich wyeliminować. Niestety, jest to również ta część filmu o której najtrudniej pisać w ramach recenzji, która co do zasady nie powinna zdradzać szczegółów rozwikłania fabuły, nawet jeśli w przypadku Odysei, każdy zna ogólny zarys zakończenia.

Jak więc ostatecznie patrzeć na całokształt? Cóż, jeśli chcemy zobaczyć wielkie widowisko, najwspanialszą wizualnie adaptację Odysei na jaką stać współczesne kino to… to nie jest ten film. Nie chcę tu już pastwić się nad rozmaitymi dziwnymi stylistycznymi (i anachronistycznymi, ale mniejsza o to) decyzjami twórców jeśli chodzi o warstwę wizualną, powiem tylko że film wizualnie jest sprawny, ale nie jest żadnym wielkim widowiskiem. Nie pomaga również dobór aktorów, i nazbyt współczesne dialogi. Jeśli chcemy zobaczyć wierną adaptację Odysei, to to również nie jest ten film. Owszem, na tle innych adaptacji albo w porównaniu z tym jak Petersen potraktował Iliadę, wcale nie jest tak źle, ale nie jest też szczególnie dobrze. Można się z jednej strony zastanawiać czy ktoś, kto nie czytał eposu będzie potrafił się w pełni zorientować w kalejdoskopie przygód Odyseusza i całego tła wojny trojańskiej, a z drugiej, zastanawiać jak często czytelnicy eposu będą się oburzać konkretnymi zmianami, nieraz uderzającymi w przesłanie pierwowzoru.

Co więc pozostaje, co by nas mogło zachęcić do obejrzenia tego filmu? Pozostaje nam w tym wszystkim specyficzna, autorska wizja Nolana, jego bardzo współczesna interpretacja eposu sprzed trzech tysięcy lat. Ale, co ważne, nie jest to wizja która, jak często dzisiaj się dzieje, ma na celu obrzydzić czy zdewastować pierwowzór. Nolan po prostu spojrzał na to dzieło inaczej. Jego interpretacja jest momentami wadliwa, nieraz pokracznie feministyczna, ale to nie jest paszkwil, tylko interpretacja. Film nie zawsze jest w każdym aspekcie udany, a jednak uważam, że faktycznie może stanąć jako dzieło obok innych filmów Nolana – może nie być najwybitniejszymi z tych dzieł, ale jednak jest to reżyser na tyle dobry, że nawet film na jego miarę przeciętny i tak stanowi dosyć wysoką poprzeczkę w szerszym kontekście współczesnego kina.

Potraktujmy ten film jako część swoistego dialogu współczesnego zachodu reprezentowanego przez Nolana, z historią sztuki sięgającej do korzeni tej cywilizacji. Nie musimy się w tym dialogu z Nolanem zgadzać, i mamy pełne prawo się nawet oburzać albo zwyczajnie irytować różnymi dziwnymi wtrętami, ale jest to koniec końców dialog ciekawy. Co zaś najważniejsze, żeby podjąć ten dialog, musimy powrócić, a niektórzy wręcz sięgnąć po raz pierwszy, do dzieła kluczowego dla naszej kultury – skoro tak, to jakże mógłbym nie zachęcać do obejrzenia Odysei? Mimo wszystkich wad tego dzieła, warto.

Jakub Majewski

„Odyseja.” Stany Zjednoczone 2026.
Reżyseria: Christopher Nolan. Scenariusz: Christopher Nolan. W rolach głównych: Matt Damon, Tom Holland, Anne Hathaway, Zendaya.
Czas trwania: 172 min.

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: