Nie idźcie na „Odyseję”. Ten film obraża widza

23r43y658i56u5hwghq3.jpg

„Odyseja” Christophera Nolana to nie jest film o Grekach. Dzieło wiele obiecuje, ale niczego nie daje. Nieledwie trzy godziny to czas, który lepiej wykorzystamy odmawiając różaniec – albo czytając jakiś platoński dialog.

Hellada, czyli święte źródło cywilizacji

Od starożytnych Greków zaczyna się wszystko. Bez geniuszu Hellady nie byłoby ani filozofii, ani religii chrześcijańskiej, ani nowoczesnej nauki. Każdy, kto dotyka dzieł, które ukonstytuowały cywilizację Greków, dotyka świętości; zanurza się w samym źródle tego, czym jest dzisiejszy człowiek. Tego nie wolno robić inaczej, niż z największym pietyzmem. Wszelkie przekształcenia albo próby opowiadania o Hellenach w obcych im kategoriach nie są po prostu błędem; są – można rzec – kulturowym grzechem.

Ludzie rozwijali swoje cywilizacje od tysięcy lat w różnych zakątkach globu, od Egiptu i Mezopotamii, przez Chiny aż po Amerykę Środkową. Ich dokonania, nawet jeżeli pod wieloma względami spektakularne i wartościowe, nie mogą równać się z tym, co zrobili Grecy. W 1946 roku Bruno Snell napisał, że Hellenowie odkryli ducha. Można byłoby ująć to jeszcze inaczej: odkryli rozum. Jako pierwsi w historii człowieka to właśnie Grecy pojęli, że rzeczy, które człowiek ogląda, nie są tylko takimi, jakimi się jawią: że istnieje „pod nimi” jakaś warstwa, która jest wprawdzie niedostrzegalna dla oka, ale ujmowalna intelektualnie. Hellenowie odkryli ducha – albo odkryli myślenie.

Zróbmy to razem!

Dobrze znane jest powiedzenie Alfreda Whiteheada, że cała filozofia to przypisy do Platona. To prawda, ale jeszcze rzetelniej istotność Greków wyraził Carl von Weizsäcker, mówiąc, że Grecy dlatego są tak fundamentalni, że, aby ich zrozumieć, nie trzeba odwoływać się do Greków. Rzeczywiście, trudno jest znaleźć jakiekolwiek naprawdę istotne dla człowieka zjawisko, dla którego to właśnie Hellenowie nie położyliby kluczowych zasług. Wie o tym każdy filozof, malarz, rzeźbiarz, architekt, retor, dramaturg i powieściopisarz. Nie o to chodzi, że Hellenowie wymyślili rzeczy na tyle wspaniałe, że do dziś możemy je podziwiać. Nie, chodzi o coś więcej. Hellenowie stworzyli rzeczy tak wspaniałe, że do dziś trudno jest stworzyć cokolwiek wspanialszego. Grecki fenomen nie polega na wybitnych dziełach; polega na odkryciu prawdy, która kryje się za światem ujmowalnym czystymi zmysłami – i przełożeniu tej prawdy na język poezji, sztuki, religii i nauki.

Nieśmiertelne czyny Greków

Religii, bo bez Greków nie byłoby chrześcijaństwa. Cały Nowy Testament został nam przekazany w języku greckim, co implikuje użycie greckich kategorii myślowych a nawet greckich pojęć filozoficznych. Tego nie wolno uważać za przypadek, bo Bóg jest Panem historii: to Jego wola sprawiła, że choć Jezus Chrystus mówił do współczesnych po aramejsku, do nas – do całego świata – przemawia po grecku. Język Hellady jest językiem Boga; wielkie idee Hellady, właśnie te ściśle związane ze Snellowskim „odkryciem ducha”, są boskimi ideami, objawionymi nam ostatecznie w Chrystusie i przez Pismo, ale zapowiadanymi Żydom przez proroków, a Grekom przez naturę rzeczy odkrywaną w myśli filozofów.

Nauki, bo bez Greków nie byłoby tego, co dziś nazywamy cywilizacją naukową. Odkrycia Kopernika, Galileusza, Newtona, Plancka, Einsteina – to wszystko byłoby niemożliwe i prawdopodobnie nigdy by się nie wydarzyło, gdyby nie geniusz Hellady. Rewolucja naukowa XVII stulecia wydarzyła się dzięki ustaleniom greckich myślicieli starożytnych: matematyków, geometrów, astronomów. Egipcjanie albo Chińczycy też liczyli, kreślili i patrzyli w niebo – ale nie potrafili intelektualnie abstrahować, odkrywając „matematyczną strukturę” świata. To Pitagoras, Euklides i Archimedes – a z nimi wielu innych Hellenów – pozwolili ludziom XVII wieku na stworzenie nowoczesnej nauki; to oni uwarunkowali kolejne wielkie odkrycia, których dziś jesteśmy szczęśliwymi beneficjentami.

Dlatego, powtórzę to raz jeszcze: każdy, kto dotyka wielkich dzieł Hellenów, dotyka świętości – niezależnie, czy jest człowiekiem wierzącym w Boga, czy wyznawcą kultu człowieka. W każdym przypadku to właśnie w Helladzie bije fons et origo prawd, którym hołdują i którym poświęcają życie.

Perły przed wieprze

Tej świętości dotknął Christopher Nolan, reżyser „Odysei”. Poematy Homera – niezależnie od tego, czy Homer żył jako aojda w Jonii, czy imaginacja Hellenów obdarzyła tym mianem raczej pewną tradycję epicką – poematy Homera stanowią fundament greckiej samoświadomości cywilizacyjnej. Opowieść o tułaczce Odyseusza jest świadectwem tego spojrzenia na człowieka, bogów i świat, które tworzyło glebę pozwalającą na artystyczny, filozoficzny, religijny i naukowy wybuch geniuszu. Dlatego wszelka próba przedstawienia tej tułaczki współczesnym ludziom powinna zachowywać wierność wobec struktury tej gleby. Nie chodzi o drugorzędne szczegóły – o kolor zbroi albo murów, konkretne losy tego albo innego mitycznego bohatera. Chodzi o wielkie idee, które napędzały życie homeryckich bohaterów i które pozwalały kolejnym pokoleniom Greków te idee percypować, przetwarzać i zachwycać nimi świat – dla dobra ludzkości wszystkich czasów.

Czy dzieło Nolana oddaje sprawiedliwość greckiemu geniuszowi, a co za tym idzie – czy przybliża nam ten geniusz, pozwalając ożywić i odżywić nasze bycie w świecie wodami helleńskiego źródła cywilizacji?

Niestety, nie. Nolan przechodzi obok tego geniuszu po prostu obojętnie. W jego „Odysei” nie ma dosłownie nic z platońskiej triady – Prawdy, Dobra i Piękna. Nolan traktuje Greków tak, jak każdy inny lud na świecie – a ich wielki epos, jak jedną z wielkich światowych opowieści. Muszę przyznać, że to po prostu żenujące. Siedząc w sali kinowej, odczuwałem pewien rodzaj wstydu. Pytałem się, czy to dzieje się naprawdę? Przed obejrzeniem „Odysei” przeczytałem kilkanaście recenzji tego filmu. Niemal wszystkie były pełne superlatyw. Prawda, od razu mnie zastanowiło, że wszyscy wychwalają film, ale nikt nie pisze nic konkretnego: dzieło miało być po prostu „wielkie”.

Brzydko i o niczym

Nie jest wielkie. Jest nijakie, bo o niczym nie opowiada. Jeżeli jest prawdą, że inteligentny człowiek się nie nudzi, to projekcja „Odysei” stwarza poważne wyzwanie dla przekonania, które każdy żywi na temat zdolności własnego rozumu. Trudno wytrzymać trzy godziny nie spoglądając co chwila na zegarek. Czy naprawdę warto wydawać 250 mln dolarów, żeby sprzedać widowni kilka nieciekawych refleksji na temat brutalności wojny albo roli kobiet w starożytności? Czy trzeba sięgać do Homera i brutalnie gwałcić helleńskie przekonanie o kruchości ludzkiego życia, żeby prezentować kolejny raz banały o byciu kowalem własnego losu albo o sile romantycznej miłości?

„Odyseja” w ogóle nie myśli po grecku. Myśli współcześnie – i to na bardzo niskim poziomie. Być może ktoś będzie zachwalać techniczną, aktorską albo wizualną stronę tego filmu. Nie znam się na tym i też niewiele mnie to interesuje – nie szukam w kinie rozrywki, ale inspiracji intelektualnej. Tej nie da się tu znaleźć. Gdyby chociaż, rzuciwszy w diabły Prawdę i Dobro, Nolan sięgnął chociaż do helleńskiego piękna i pokazał naszej nikczemnej rzeczywistości grecką estetykę harmonii… Tego jednak nie czyni. Świat „Odysei” jest brzydki – programowo. Reżyser przetyka swój film narracją o zmierzchu cywilizacji (płytką, dodajmy) i stara się uczynić obraz adekwatnym do tego zmierzchania. Wszystko jest tu szare, brudne i umierające. To zbrodnia na greckiej epice – „Odyseja” jest przecież dziełem literacko pięknym, byłoby zatem właściwe, by jej filmowa adaptacja starała się jakoś to piękno naśladować. Nic z tego.

Mówiąc krótko: nie widzę powodu, by iść do kina na „Odyseję” Nolana. To nie jest wartościowe dzieło, ale masowy produkt; a masowych produktów nie warto konsumować, bo są z natury rzeczy wsteczne – opowiadają o świecie fenomenów, czyli o tym świecie, który jawi się i znika poddany śmierci. Jeżeli chcą Państwo obejrzeć film, który opowie o tym, co jest albo może być pod powierzchnią rzeczy – to nie jest właściwy wybór.

Kryzys cywilizacji potwierdzony

Niehelleńskie wykorzystanie dziedzictwa Hellady mogłoby być zwykłym marnotrawstwem. Jest jednak czymś dalece gorszym, a to za sprawą popularności tego filmu. W umyśle masowego widza zakotwicza takie wyobrażenia o Grekach, które obce byłyby samym Grekom. To z kolei utwierdza masowego widza w fałszu, który może mu w przyszłości przeszkodzić w dotarciu do greckiego geniuszu. Dotyczy to zwłaszcza młodych, którzy nie mieli jeszcze szansy zetknąć się z Helladą w jej własnej postaci. Poprzez dzieło Nolana stykają się z fałszem. To tak, jakby niechrześcijanin trafił na liturgię w anglikańskim „kościele”. Będą jakieś modlitwy, otrzyma też chleb – ale pomimo pozorów, ten chleb nie będzie Chlebem Anielskim, Ciałem samego Boga. Będzie tylko lichym Ersatzem tego, co oryginalne jest tylko w Kościele katolickim.

„Odyseja” Nolana daje właśnie to: nikczemny Ersatz greckiego geniuszu. To cywilizacyjnie szkodliwe. Szczególnie dziś, kiedy człowieczeństwo chyli się ku upadkowi – nie tylko na Zachodzie, ale na całym świecie, a to za sprawą przesytu technologii i dobrobytu. Nolan na sam koniec filmu karmi widza bonmotem na temat kryzysów cywilizacyjnych. Rzekłbym, że jego film jest najlepszym dowodem na to, że taki kryzys rzeczywiście dziś przechodzimy.

Grecki geniusz filozoficzny, artystyczny, religijny i naukowy mógłby, sądzę, dać naszej podupadającej cywilizacji jakieś tchnienie nadziei, a „Odyseja” Nolana mogłaby pełnić w tym potencjalnie „katechonicznym” dziele istotną rolę. Nie pełni jednak, a traktując helleńską świętość jako zwyczajność sama staje się częścią problemu, o którym nieudolnie chce opowiadać.

Paweł Chmielewski

32ru2390t94htuu438t34u8thu.jpg
fot. Universal Pictures/youtube

„Odyseja” – mało Greków, dużo Nolana, ale… mimo wszystko warto

W ostatnich tygodniach przetoczyła się – może tylko w internecie? – fala dyskusji o najnowszym filmie Christophera Nolana. Jedni po Odysei oczekiwali dzieła na miarę renomowanego przecież reżysera, drudzy wskazywali na różne zwłaszcza wizualne wady zapowiadanego filmu, na „różnorodną” obsadę nijak nie pasującą do greckiego eposu, i wyrażali obawy że będzie to wersja „uwspółcześniona” – czyli głupi...Czytaj dalej
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: