Andrzej Solak: Hiszpania 1936. Marsz ku wojnie

17 lipca 1936 roku rozpoczął się dramatyczny zryw hiszpańskich narodowców, konserwatystów i monarchistów. Ich przeciwnikiem zasadniczo był republikański rząd.
Nie był to jednak zwykły, polityczny konflikt. Nie chodziło jedynie o obalenie reżimu znienawidzonego przez pokaźną część obywateli. Gra szła o niepomiernie wyższą stawkę. Nadchodzące starcie miało wymiar cywilizacyjny. Powstańcy chcieli zastopowania pochodu Rewolucji. Na iberyjskiej ziemi przybrała ona postać prawdziwej wielogłowej hydry, szerokiego frontu liberałów, masonów, socjalistów, anarchistów, stalinowskich komunistów oraz komunistów trockistowskich. Ówczesne, stale rosnące wpływy lewicy przeżerały niczym rak moralną tkankę ojczyzny Cervantesa. Nadszedł czas, by stawić im opór.
Odgłosy burzy
Trudno wyznaczyć prawdziwy początek tego dramatu. Przed wiekami Hiszpania szczęśliwie uniknęła nieszczęść związanych z rewolucją protestancką. Jednakże późniejsze inklinacje części elit, ich ciągoty do postoświeceniowego nowinkarstwa, pozwoliły nadrobić te zaległości z nawiązką.
W XIX stuleciu środowiska liberalne, przeżarte wpływami masońskimi, raz po raz podejmowały próby niszczenia tradycji, w szczególności zaś akcje prześladowania Kościoła - zupełnie nie bacząc, jaką rolę odegrał katolicyzm w dziejach tego kraju, choćby w heroicznych zmaganiach z francuską okupacją (1808-1814). Zdominowane przez liberałów rządy wypędzały z kraju duchownych, konfiskowały własność kościelną, prowadziły propagandowe kampanie nienawiści. Raz po raz dochodziło do zamieszek, do krwawych pogromów duchowieństwa, do wojskowych puczów, wreszcie wojen domowych. Dopiero po obaleniu tzw. Pierwszej Republiki (1874) i restauracji rządów burbońskich nieco okiełznano działania antyklerykałów.
Przełom XIX i XX wieku przyniósł radykalizację ruchów lewicowych, przede wszystkim socjalistów i anarchistów. Całym krajem wstrząsnęła potworna masakra w Barcelonie, spowodowana wybuchem bomby rzuconej w uczestników procesji Bożego Ciała (1896). Minęło niewiele lat i w tym samym mieście, podczas rozruchów (określanych mianem „czerwonego tygodnia”) sfanatyzowany motłoch spalił 21 kościołów, 33 klasztory, 33 szkoły katolickie (1909). Na przestrzeni ćwierćwiecza 1897-1923 terroryści zgładzili trzech urzędujących premierów, próbowali zabić czwartego, usiłowali także dokonać zamachu na króla Alfonsa XIII, zamordowali wreszcie arcybiskupa Saragossy, kardynała Juana Soldevillę.
Lewicową ekstremę na jakiś czas spacyfikował generał Miguel Primo de Rivera, który w roku 1923, w porozumieniu z królem Alfonsem XIII ustanowił rządy dyktatorskie. Niestety, monarcha okazał się człowiekiem słabym. Nie potrafił przeciwstawić się politykom liberalnym, knującym niemal jawnie przeciw porządkowi społecznemu. Władca myślał, że ustępstwami zaskarbi sobie wdzięczność opozycji, dlatego w roku 1930 zdymisjonował generała de Riverę. Już w następnym roku radykalni republikanie przejęli władzę. Wystraszony król, ku konsternacji środowisk szczerych monarchistów, postanowił nie stawiać oporu i udał się na wygnanie.
Druga Republika
14 kwietnia 1931 r. Hiszpania została ogłoszona republiką. Szumnie zapowiadano, że „będzie to miejsce dla wszystkich”. Rychło okazało się, że owa reguła posiada spore wyjątki.
Już w maju anarchistyczne bojówki ruszyły atakować obiekty katolickie. Spalono z górą sto kościołów i klasztorów, także dwie biblioteki i liczne szkoły (szczególnie zaciekle atakowano salezjańskie szkoły zawodowe dla robotników, zgodnie z lewicową logiką, upatrującą niebezpieczeństwa w podniesieniu poziomu wiedzy i kwalifikacji wśród proletariatu). Jest prawdą, że niektórzy przedstawiciele nowych władz chcieli wysłać wojsko, by zaprowadzić porządek. Jednakże ostro zaprotestował przeciw temu minister wojny Manuel Azaña, ateista, a w niedalekiej przyszłości także mason. Jak stwierdził:
- Wszystkie kościoły Madrytu nie są warte życia jednego republikanina!
Tak oto szalejący na ulicach bojówkarze po raz pierwszy uzyskali osłonę ze strony państwa. Jak się okaże, nie po raz ostatni.
Azaña wkrótce dochrapał się stanowiska premiera. Wykorzystał władzę do rozpętania antykatolickich represji. Wypędził z kraju 3000 jezuitów, delegalizował zakony, konfiskował własność kościelną, wprowadził zakaz nauczania religii w szkołach. Redakcje gazet krytykujących posunięcia rządu były zamykane. W więzieniach coraz powszechniej stosowano tortury. W ciągu pierwszych dwóch lat istnienia Republiki odnotowano 280 morderstw politycznych – ludzie ci zginęli zarówno z rąk lewicowych bojówkarzy, jak i funkcjonariuszy policji. Potem zaś było coraz gorzej.
„Czerwony październik”
Gdy lewica poniosła porażkę w wyborach parlamentarnych i powołano nowy, centroprawicowy rząd, w październiku 1934 roku połączone siły socjalistów, anarchistów, komunistów i katalońskich separatystów próbowały dokonać zamachu stanu.
W skali kraju przedsięwzięcie skończyło się kompromitującą klapą, jednak na północy, w prowincji Asturia, rebelianci zdołali opanować na dwa tygodnie rozległe obszary. Na zajętych terenach natychmiast rozpętali barbarzyński terror. Mordowano zarówno duchowieństwo, jak i świeckich „wrogów klasowych”. Spalono lub wysadzono w powietrze 58 kościołów, w tym zabytkową katedrę San Salvador w Oviedo (jej najstarsze fragmenty pochodzą z IX wieku). Poszły z dymem gmachy oviedyjskiego uniwersytetu (założonego w 1608 roku, teraz uznanego za „instytucję w służbie burżuazji”) wraz z biblioteką oraz Pinakoteką Asturyjską. Przepadły bezcenne dzieła sztuki. Do stłumienia rebelii trzeba było użyć ściągniętych z Maroka oddziałów Hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej i Regulares. Akcję nadzorował generał Francisco Franco; jeszcze o nim usłyszymy.
Odnotowano 1335 ofiar śmiertelnych „czerwonego października”, w tym 37 duchownych. Mimo tak wielkiego rozlewu krwi centroprawicowy rząd chciał dążyć do porozumienia narodowego. Pojmani buntownicy szybko opuszczali więzienne mury. Tylko nieliczni, winni najgorszych zbrodni stanęli przed sądami. Ostatecznie stracono tylko dwóch zbrodniarzy. Pobłażliwa postawa władz rozzuchwaliła lewicę. Powszechnie wiadomo, że bezkarność występku rodzi pokusę recydywy.
Odliczanie
Po zdławieniu „czerwonego października” policja skrupulatnie oszacowała siły potencjalnych wywrotowców.
W kraju aktywnych było 1 577 547 anarchistów, 1 444 474 socjalistów i 133 266 komunistów. Ludzie ci nie ukrywali swego pragnienia przeprowadzenia gwałtownej rewolucji. Ich radykalna retoryka, pozorna łatwość wyjaśniania zawiłych problemów społecznych pozwalała pozyskiwać coraz liczniejsze rzesze sympatyków.
16 lutego 1936 r., podczas kolejnych wyborów parlamentarnych, zwyciężyła lewica zjednoczona we Froncie Ludowym. Rzeczywiste rozmiary sukcesu odniesionego w lokalach wyborczych nie były może imponujące (4 654 000 głosów oddanych na lewicę, 4 503 000 na prawicę i 681 000 na centrum). Jednakże ordynacja promowała zwycięzców. W ławach parlamentu zasiadło 278 przedstawicieli lewicy, 124 prawicy i 55 centrum.
Już w dniu wyborów stanęły w ogniu pierwsze podpalone kościoły. W następnych tygodniach terror narastał. Mnożyły się zamachy, bojówkarskie najścia, porwania, podpalenia i uliczne tumulty. Ulicami maszerowały tłumy niosące czerwone i czerwono-czarne flagi, portrety Lenina i Stalina. Powołana przez nowe władze specjalna formacja policji – Gwardia Szturmowa (Guardia de Asalto) - udzielała wsparcia bojówkarzom, zapewniając im szkolenie oraz występując u ich boku w zamieszkach. Najważniejsi politycy, zamiast tonować nastroje, wzywali do zaostrzenia wystąpień. Przywódca socjalistów Francisco Largo Caballero zapowiedział rychłe ustanowienie „dyktatury proletariatu”. Socjalistka Margarita Nelken krzyczała w parlamencie:
- Kraj muszą zalać fale krwi, która czerwienią zabarwi morze!
A hiszpańska krew rzeczywiście lała się coraz obfitszym strumieniem. 16 czerwca jeden z liderów opozycji prawicowej, José Maria Gil-Robles przedstawił w parlamencie wstrząsającą statystykę: podczas czterech miesięcy rządów lewicy zamordowano 269 osób, 1287 raniono lub ciężko pobito. Spalono całkowicie 160 kościołów, a 251 poważnie uszkodzono. Zaatakowano 381 lokali partii politycznych, spośród nich niszcząc całkowicie 69. Napadnięto 43 redakcje prawicowych gazet, unicestwiając zupełnie 10 z nich. Odnotowano również 146 eksplozji bomb; rozbrojono 78 podłożonych ładunków wybuchowych. Miało miejsce 215 zamachów na osoby fizyczne, 138 zbrojnych napadów oraz 23 usiłowania napadów, 113 strajków generalnych oraz 228 strajków lokalnych.
15 lipca Gil-Robles przedstawił kolejne wyliczenia za okres ostatniego miesiąca: 61 zabitych, 224 rannych, 74 zamachy bombowe. Spalono 10 kościołów, pobito 9 księży.
O jedną śmierć za wiele
Do najważniejszych liderów prawicowej opozycji w parlamencie zaliczał się José Calvo Sotelo, młody monarchista katolicki.
Lewica nienawidziła go, do jego zamordowania wzywali w oficjalnych przemowach między innymi słynna komunistka Dolores Ibarruri (La Pasionaria) oraz socjalistyczny deputowany Angel Galarza (w przyszłości minister spraw wewnętrznych Republiki!). Calvo przyjmował te groźby spokojnie, odpowiadając adwersarzom słowami świętego Dominika z Silos:
- Panie, możesz mi odebrać życie, ale nic więcej!
W poniedziałek 13 lipca 1936 roku, około godziny 3 nad ranem, pod dom Calva Sotelo podjechał samochód. Policjanci z Gwardii Szturmowej w towarzystwie aktywistów socjalistycznych uprowadzili parlamentarzystę, a następnie zamordowali go dwoma „czekistowskimi” strzałami w tył głowy. Szwadronem śmierci dowodził kapitan Fernando Condés, wolnomularz. Mordercze strzały oddał Victoriano Cuenca, osobisty ochroniarz lidera socjalistów Indalecio Prieto. Do dziś nie ma pewności, czy sprawcy działali na własną rękę, czy na zlecenie wysoko postawionych zwierzchników. Jednak z całą pewnością władze zapewniły im bezkarność po dokonaniu mordu, a politycy lewicy publicznie nie szczędzili im pochwał.
Sumienie i rozkazy
Francisco Franco y Bahamonde, który powstrzymał „czerwony październik” w 1934 roku, był najmłodszym z generałów armii hiszpańskiej. Odznaczył się podczas wojny w Maroku, gdzie zdobył szacunek tak własnych żołnierzy, jak i wrogów.
Miał wyraziste poglądy, wszelako uważał się przede wszystkim za wojskowego profesjonalistę. Pobożny katolik, z przekonań konserwatysta, przez wiele lat bronił apolityczności armii. Niektórzy koledzy, oburzeni rozwojem sytuacji w kraju, próbowali angażować go w tajne monarchistyczne sprzysiężenia. Grzecznie, ale stanowczo odmawiał. Armia to nade wszystko dyscyplina, a on chciał pozostać wierny złożonej przysiędze. Wszakże okrutna rzeczywistość zachwiała jego poglądami w tej kwestii.
Najprawdopodobniej stało się to w marcu 1936 roku, podczas wizyty w Kadyksie. Ulicami miasta dopiero co przetoczyła się lewicowa hałastra, bezkarna, żądna krwi i zniszczeń. Przy całkowicie biernej postawie policji i wojska spaliła pięć kościołów, klasztor, seminarium i szkołę katolicką. Generał Franco długo oglądał świeże zgliszcza. Potem udał się do dowódcy garnizonu. Zażądał wyjaśnień. Pytał, czemu wojsko zachowało się biernie wobec ekscesów i profanacji? Usłyszał, że takie otrzymało rozkazy.
Wtedy generał eksplodował gniewem. Jego znajomi patrzyli z osłupieniem, jak służbista Franco, na co dzień opanowany, krzyczy dowódcy garnizonu w twarz:
- Wojsko nie może słuchać rozkazów haniebnych!
Niedługo potem generał miał wrócić do swej jednostki w Maroku. Ale nim opuścił metropolię, wstrząsnęła nim nowa wieść: w ciągu jednego dnia lewacka tłuszcza spaliła dziesięć kolejnych kościołów, po pięć w Madrycie i w Grenadzie. Wojsko i tym razem, posłusznie wykonując rozkazy, wstrzymało się od interwencji…
Wracał z podróży zamyślony, powoli dojrzewając do decyzji. Jeśli potem żywił jeszcze jakieś wątpliwości, to mord w Madrycie na osobie Calva Sotelo ostatecznie przekonał go, że kraj stacza się w przepaść; że lewica nie cofnie się przed niczym. O zabójstwie dowiedział się jeszcze tego samego dnia z komunikatu radiowego. Nazajutrz, po nieprzespanej nocy, stanął przed obliczem współpracowników. Podjął decyzję i był gotów do czynu, choć brzemię odpowiedzialności przytłaczało go. Ktoś zapisał wtedy słowa:
„Wydawał się zupełnie innym człowiekiem. Jakby postarzał się nagle o dziesięć lat…”.
Nieznośny błękit nieba
Trzy dni później Radio Ceuta w Maroku nadało komunikat: „Nad całą Hiszpanią niebo jest bezchmurne”. Był to sygnał do powstania.
Pierwsze chwyciły za broń garnizony w hiszpańskim Maroku. Potem dołączyła do nich reszta kraju. Insurgenci szybko wyzwolili prowincje afrykańskie, Wyspy Kanaryjskie, Baleary, następnie północno-zachodnią część metropolii. Jednak w Madrycie i w wielu innych miastach lewica okrutnie zdławiła zryw. Wkrótce wykrystalizowała się linia frontu. Pod sztandary obu walczących stron tłumnie zgłaszali się ochotnicy, zarówno miejscowi, jak i cudzoziemcy.
Owa batalia miała zakończyć się wygraną katolicko-narodowej Hiszpanii. Osiągnięto to za cenę ogromnych wyrzeczeń, cierpień i bezpowrotnych strat. Marsz wojsk powstańczych po zwycięstwo trwał blisko trzy lata.
Andrzej Solak








