Andrzej Solak: Jasnogórskie Śluby Narodu AD 1956. I co dalej?

- Zapaliliśmy wam pochodnię Jasnogórskich Ślubów na „górach wysokich, osobno” – mówił kardynał Stefan Wyszyński do górali w Zakopanem, w pierwszą rocznicę pamiętnego wydarzenia. – Powstały one wśród gór, w odosobnieniu mego więzienia, gdy prymasowi Polski dana była radość „dla imienia Jezusowego zelżywości cierpieć” (Dz 5, 41). Ogromny program pracy w nich zawarty, nie tylko w górach jest zrodzony, ale w górę prowadzi. […] Mamy przecież podnieść całą Polskę wzwyż! Musimy mówić naszemu Narodowi: Sursum corda! W górę serca!...
Noc długa i ciemna
Rok 1956 miał okazać się wyjątkowy w dziejach naszych i całej Europy Wschodniej.
Z początku nic tego nie zapowiadało. W całym Soc-Łagrze krzepko dzierżyli niepodzielną władzę twardogłowi komuniści. W Polsce za murami więzień i obozów wciąż przebywały tysiące patriotów. Trwało dorzynanie antykomunistycznego podziemia, a właściwie garstki partyzantów, co wciąż tułali się po lasach, bez nadziei zwycięstwa. Obecne w każdym mieście ubeckie katownie wzbudzały nieopisany lęk. W szkołach, zakładach pracy, gazetach forsowano ateizm i dyskryminację wierzących. Na szarego człowieka wylewały się potoki propagandy, nieustannie wychwalającej uroki życia pod rządami Partii.
I nagle ten potężny gmach terroru zachwiał się, u samych fundamentów. W lutym w Moskwie, w trakcie XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Nikita Chruszczow potępił „kult jednostki” i zbrodnie epoki stalinizmu. Chruszczow nie był typem nawróconego grzesznika. Za życia Stalina zaliczał się do jego najwierniejszych popleczników. Wciąż uważał się za prawdziwego komunistę. Miał ręce lepkie od krwi. Teraz odciął się od niedawnej przeszłości dla celów polityki doraźnej, w ramach frakcyjnej walki na szczytach władz. Nie przewidział, jakie wrażenie w całym bloku komunistycznym wywoła podważenie „nieomylnych” dotąd dogmatów.
Publiczne obnażenie zbrodniczości systemu wywołało społeczną lawinę, którą trudno było okiełznać. Ludzie coraz śmielej podnosili głowy, także w naszym kraju. W czerwcu na ulice Poznania wyległo sto tysięcy demonstrantów, żądających „chleba, wolności i nauki religii w szkołach”. Protest przerodził się w walki zbrojne, które pochłonęły dziesiątki ofiar. Władze okrutnie zdławiły rewoltę, groziły „odrąbywaniem rąk prowokatorom i szaleńcom”, ale wrzenie narastało. W powietrzu czuć było zbierającą się burzę, choć nikt nie wiedział, dokąd to wszystko doprowadzi, co przyniesie jutro.
Interrex
W rządzonej przez marksistów Polsce jedyną instytucją, która wciąż rozpaczliwie broniła swej niezależności, pozostawał Kościół katolicki.
Dwanaście dotychczasowych lat „czerwonego” panowania przyniosło bolesne rany. Blisko stu zamordowanych oraz tysiąc uwięzionych kapłanów, nadto nieprzeliczone ofiary wśród świeckich, administracyjny ucisk na każdym kroku, codzienne szykany w każdej parafii, próby wywołania rozłamów i wasalizacji… Widok potęgi wroga mógł odebrać nadzieję, a miejsce przy rydwanie zwycięzcy kusiło przywilejami. Były więc także upadki, zdrady, odstępstwa. Jednakże wspólnota wierzących miała to szczęście, że na jej czele stanął człowiek wyjątkowy - duchowy mocarz, a zarazem mąż stanu, który potem zyska u Polaków miano Prymasa Tysiąclecia.
Od 1948 roku godność arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego i warszawskiego, a tym samym prymasa Polski, dzierżył Stefan Wyszyński, cztery lata później wyniesiony do godności kardynalskiej. Człowiek szczerej wiary i patriota, był zarazem twardo stąpającym po ziemi realistą. W 1944 roku, jako kapelan Armii Krajowej, na własne oczy oglądał dramat powstańczej Warszawy; wiedział czym kończy się rzucenie ofiarnej, ale bezbronnej młodzieży przeciw czołgom, artylerii i bombowcom. Dlatego jako prymas starał się unikać otwartej konfrontacji z władzami. Negocjował z komunistami, lawirował, a gdy uznał to za konieczne – szedł na ustępstwa. Chciał dać Kościołowi czas na przeczekanie najgorszego. Jednakże komuna wciąż żądała więcej i więcej. W końcu nie było się gdzie wycofać.
8 maja 1953 roku, co znaczące w dniu wspomnienia św. Stanisława Szczepanowskiego Męczennika, z inicjatywy prymasa Episkopat Polski wystosował list do rządu PRL w obronie prześladowanego Kościoła:
„Gdy postawiono nas wobec alternatywy – albo poddanie jurysdykcji kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista wiara – wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym spokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy najmniejszego powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, lecz tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno: Non possumus!”.
Tego władza nie mogła darować. 25 września 1953 roku bezpieka zatrzymała prymasa. Został następnie internowany pod strażą w klasztorze w Rywałdzie Śląskim, potem w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim, w Prudniku Śląskim oraz w klasztorze sióstr Nazaretanek w Komańczy. Mimo wielu starań wrogów nie dał się złamać. Nie pozwolił też, by zawładnęło nim uczucie nienawiści, czy choćby niechęci do prześladowców, przecież po ludzku zrozumiałe w jego położeniu. Jak stwierdził:
- Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.
Dał nam przykład Jan Kazimierz
W roku 1956 przypadało trzechsetlecie Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza.
Równo przed trzema wiekami szwedzko-protestancki „potop” zalewał niepowstrzymaną falą polskie ziemie. Wtedy to wracający z wygnania nasz monarcha, w zawsze wiernym polskim Lwowie powierzył Ojczyznę opiece Matki Bożej, nadając jej miano Królowej Korony Polskiej. Pokonana militarnie i politycznie Rzeczpospolita sięgnęła wówczas po swą broń ostateczną – duchowe siły narodu. Ta moc poprowadziła ją ku ocaleniu.
Zaskakujące, że prymasa Wyszyńskiego zainspirowała… literatura piękna. Przypadek sprawił, że podczas internowania w Prudniku w zasięgu ręki prymasa znalazł się „Potop” Henryka Sienkiewicza, zawierający potężną scenę Ślubów Lwowskich.
- Czytając „Potop” Sienkiewicza, uświadomiłem sobie właśnie w Prudniku, że trzeba pomyśleć o tej wielkiej dacie – wspominał kardynał. - Byłem przecież więziony tak blisko miejsca, w którym król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński radzili, jak ratować Polskę z odmętów. Pojechali obydwaj na południowy wschód, do Lwowa: drogę torowali im górale, jak to pięknie opisuje Henryk Sienkiewicz. Gdy z kolei i mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca mego odosobnienia, w góry, jechałem z myślą: musi powstać akt Ślubowań odnowionych!
Czy zatem o nadchodzących wydarzeniach rzeczywiście zadecydował przypadek? Fakt, że prymas sięgnął właśnie po tę, a nie inną książkę?
„Przypadek to pseudonim Boga, gdy nie chce pod czymś umieścić Swego autografu” – napisał niegdyś Anatol France…
Najpiękniej pisze się w więzieniu
Myśl o odnowieniu Ślubów Lwowskich, przystosowanych do nowej sytuacji, dojrzewała także w innych kręgach.
Do więzionego w Komańczy prymasa przybyła jego dawna współpracownica, Maria Okońska, założycielka Stowarzyszenia Żeńskiej Młodzieży Katolickiej. Przedstawiła prośbę biskupów oraz jasnogórskich paulinów o zredagowanie nowej wersji Ślubów Narodu.
- W pierwszym momencie twarz Ojca rozpromieniła się radośnie – wspominała wysłanniczka. - Widoczne było, że Ojciec nie tylko uradował się naszym przybyciem, ale także tą prośbą.
Nieoczekiwanie dla wszystkich prymas jął wahać się i zwlekać z wypełnieniem zadania. W końcu, indagowany przez Okońską, wyznał:
- Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać.
Na szczęście rozmówczyni natychmiast rozwiała jego wątpliwości: - […] powiedziałam: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia!”. Ojciec popatrzył na mnie jakoś dziwnie, jakby mnie pierwszy raz zobaczył, i odpowiedział: „Masz rację, najpiękniejsze jego listy pochodziły z więzienia”.
Nazajutrz, 16 maja, w dniu wspomnienia św. Andrzeja Boboli, tekst nowych Ślubów był gotów. Zawarto w nim wielki program odnowy religijnej i moralnej narodu.
- Stajemy przed Tobą pełni wdzięczności, żeś była nam Dziewicą Wspomożycielką wśród chwały i wśród straszliwych klęsk tylu potopów. Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wypełniliśmy ślubów i przyrzeczeń ojców naszych – pisał prymas. W tekście odnawiał śluby przodków, uznawał Matkę Bożą za Patronkę i Królową narodu polskiego. Powierzał Jej opiece „wszystkie ziemie polskie”, przyrzekał wierność w „życiu osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Ślubował bronić życia poczętego, małżeństwa, godności kobiety i ognisk domowych, wychowywać dzieci w wierności Chrystusowi, w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, odrzucając nienawiść, przemoc i wyzysk. Obiecywał wreszcie walkę z wadami narodowymi – lenistwem, lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem i rozwiązłością. Śluby kończyło wezwanie: „Prowadź nas poprzez poddaną Ci ziemię polską do Bram Ojczyzny Niebieskiej. A na progu nowego życia sama okaż nam Jezusa, błogosławiony Owoc żywota Twojego. Amen”.
Prymas zarządził, by Śluby zostały odczytane z Wałów Jasnogórskich w dniu 26 sierpnia przez biskupa Michała Klepacza, zastępującego w tym czasie uwięzionego prymasa. Gdyby z jakichkolwiek powodów biskup nie mógł tego uczynić, tekst miał odczytać generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, bądź przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, w ostateczności zaś „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.
Ów dzień
Maria Okońska nadal pełniła swą pracę emisariuszki między prymasem a pozostającymi na wolności hierarchami Kościoła:
„Przyjechałam do Komańczy 25 sierpnia wieczorem. Przywiozłam dokładny program uroczystości na Jasnej Górze i prośbę ojców paulinów, aby Ksiądz Prymas czynił to samo w Komańczy, z 10-minutowym wyprzedzeniem. Tak też się stało.
Bardzo przeżyłam moment składania Ślubów. Ojciec [tj. Prymas] stanął przed ogromnym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej, wziął tekst Ślubów do ręki i powiedział do mnie:
- Powtarzaj – «Królowo Polski – przyrzekamy!». Jesteśmy jakby symbolem ludu zebranego pod Szczytem Jasnej Góry.
Czytał dobitnie, wyraźnie, z ogromnym wzruszeniem. Ja drżącym głosem powtarzałam:
- Królowo Polski, przyrzekamy!”
A w dalekiej Częstochowie, na Jasnogórskich Wałach, odczytywał tekst ślubów biskup Michał Klepacz. „Królowo Polski, przyrzekamy!” odpowiadała potężnym chórem milionowa rzesza pielgrzymów. Zwracał uwagę pusty fotel przeznaczony dla prymasa. Ktoś położył na nim biało-czerwoną wiązankę kwiatów.
Polska zmieniała się. W październiku, na fali politycznych przeobrażeń na szczytach władz, zwrócono wolność prymasowi. Stalinowska frakcja komunistów została zmuszona do odwrotu. Udało się przy tym uniknąć krwawej jatki, jakiej w owym czasie doświadczyły bratnie Węgry. Rządy marksistów miały potrwać jeszcze długie dekady. W tym czasie wyrządzono jeszcze wiele krzywd i zniszczono wielu ludzi, jednakże najbrutalniejszy okres „Polski Ludowej”, czas prawdziwie masowego codziennego terroru został zamknięty.
Jasnogórskie Śluby Narodu nie były jednorazowym wydarzeniem. W nawiązaniu do nich zrealizowano we wszystkich parafiach program Wielkiej Nowenny, przygotowujący do przeżywania Milenium Chrztu Polski.
Modlitwa na zgliszczach
Jasnogórskie Śluby Narodu, podobnie jak niegdyś Śluby Lwowskie odegrały ogromną rolę, konsolidując Polaków w dramatycznych dla nich chwilach. Co pozostało po złożonych przyrzeczeniach? Czy zostały dotrzymane?
Do serca Twego, Pani świata
My, Twoje dzieci garniem się…
- śpiewały wciąż nowe pokolenia polskich katolików. Czy dzisiaj Matka Boża chętnie przyznałaby się do naszej czeredy?
Ślubowaliśmy jako naród i teraz odnawiamy nasze przyrzeczenia. Ale co wiąże się z faktem, że coś ślubujemy? Czymże jest dziś naród polski?
Nie będę już wracał do czasów komuny, kiedy łudziliśmy się, że wszystko jest winą obcych; że wystarczy tylko wyprosić z naszych granic sowieckie dywizje, a wtedy przykładnie posprzątamy i zagospodarujemy nasz wspólny dom. Bo co zrobiliśmy z ofiarowaną nam wolnością? Jakich wyborów dokonywał nasz naród?
Toż nie przypiszemy cudzoziemskim bagnetom mordów na nienarodzonych maleństwach. Nie zwalimy na obce rządy odpowiedzialności za rozpadające się małżeństwa, za konkubinaty nowomodnie zwane „związkami partnerskimi”, za tolerowanie zboczeń i wynaturzeń. Czy tak ma wyglądać polskie Królestwo Maryi?
Jakże często przyznanie się do polskości sprowadzało się do wymachiwania flagą i odśpiewania paru piosenek. Ale kiedy obce flagi wisiały na naszych urzędach – ilu z nas to nie przeszkadzało? Ilu z nas biło brawa szubrawcom z gębami pełnymi patriotycznych frazesów, co jawnie uprawiali uniżone służalstwo wobec obcych, wobec wrogów?
A kiedy setki tysięcy wyznawczyń lesbijki Lempart maszerowały ulicami polskich miast, żądając prawa do mordowania dzieci nienarodzonych – ilu z nas podążyło bronić kościołów, a ilu tłumaczyło swą bierność restrykcjami kowidowymi ogłoszonymi przez tak zwany „nasz rząd”?
Prawda, mieliśmy w tamtych czasach rządowe zakazy procesji, zgromadzeń, nawet pogrzebów. Przychodziłem wtedy do kościoła, był prawie pusty; była nas garść. Gdzie był naród?
Który biskup wspiera dziś POLSKOŚĆ? Który wspiera zasadę SPRAWIEDLIWOŚCI wynikającą z katolickiej nauki społecznej? Który w minionych latach odważył się powiedzieć głośno, że polskie dzieci spychane w dół w kolejkach do lekarzy nie są wcale mniej ważne od dzieci ukraińskich imigrantów? Który stwierdził, że Polak nie powinien być we własnym kraju obywatelem gorszego sortu?
Który biskup napomniał naszych greckokatolickich braci w Wierze o ich kleryków i duchownych, co pieją przed kamerą „Baćko nasz Bandera, Ukraina mati”? Który oświadczył tym ludziom otwarcie, prosto w oczy, że promowanie zbrodniarzy przez duchownych jest nikczemnością, że stanowi zaprzeczenie Chrystusowej wiary; że wiernych niezorientowanych w temacie prowadzi ku potępieniu?
Ślubowaliśmy jako naród i jako naród upadaliśmy wielokrotnie. To ostatnie nie jest niczym wyjątkowym w ludzkich dziejach. Przecież upadali nawet Apostołowie. Tyle, że oni nie poklepywali się wtedy po plecach, nie pocieszali się krzepiącym pustosłowiem. Gdy wreszcie opuścili swe kryjówki, w których wcześniej chowali się „ze strachu przed Żydami”, zaczęli od rachunku sumienia, od aktu żalu. Pierwszy św. Piotr, co po trzykroć publicznie zaparł się Zbawiciela – on pierwszy ukorzył się i szczerze zapłakał nad własną nędzą. To uczyniło zeń twardą, niezniszczalną Skałę, na której zbudowano Kościół.
Potrzebne są nam wielkie, narodowe rekolekcje.
Andrzej Solak







