Bratniej krwi kurz majowy. Piłsudski, masoni i rachunki krzywd

W maju 1926 roku warszawski bruk zasłały ciała setek zabitych i rannych Polaków. W stolicy trwała bitwa między wojskami wiernymi prezydentowi i rządowi Rzeczypospolitej a uczestnikami puczu marszałka Józefa Piłsudskiego.
Polityczne swary polskich „plemion” doprowadziły do walk bratobójczych. Wszystko zaczęło się w dniu 12 maja, gdy zbuntowane oddziały Piłsudskiego wkroczyły do stolicy. Rebelianci wszem i wobec kolportowali kłamliwą wieść o zbrodniczym ostrzelaniu willi marszałka w Sulejówku, jakoby dokonanym przez prawicowców. Nawoływali do obalenia centroprawicowego rządu Wincentego Witosa, do walki z „partyjniactwem” i „sejmokracją”. Głosili konieczność „sanacji moralnej” – uzdrowienia polskiego życia publicznego, która mogła się dokonać ponoć tylko pod rządami piłsudczyków.
Pewne, zaprawione szable
Piłsudski szedł na Warszawę zrazu na czele dwóch tysięcy żołnierzy, wcześniej skoncentrowanych na manewrach w Rembertowie. Zwolennicy marszałka do dziś utrzymują, że nie planował on zbrojnego obalenia rządu, a „jedynie” swego rodzaju „demonstrację siły”, licząc, że zmusi ona legalne władze do ustąpienia.
Czyżby? Przecież maszerującym oddziałom Piłsudskiego wydano ostrą amunicję. Każdy, kto służył w wojsku ma świadomość, że w armii w czasie pokoju dystrybucja nabojów podlega rygorystycznym procedurom. Żołnierze mogą otrzymać ostre „patrony” wyłącznie na strzelnicy oraz do wykonywania „zadań bojowych” (takich jak służba wartownicza, patrole, konwojowanie). A jakież to zadania bojowe przewidziano w maju 1926 roku dla dwutysięcznej żołnierskiej braci, wplątanej rozkazami dowódców w antyrządową „demonstrację siły” w stolicy?
Być może Piłsudski rzeczywiście za to nie odpowiadał. Zapewne nie planował wszystkich szczegółów akcji. Jednakże w jego otoczeniu znalazły się przewidujące osobistości, które zadbały o środki militarne, na wypadek, gdyby sama „demonstracja siły” zawiodła. Potwierdza to sytuacja już po wybuchu walk bratobójczych – Piłsudski zdradzał wówczas oznaki całkowitego załamania nerwowego, jednak dowodzenie nad wojskiem rokoszan natychmiast przejęli zaangażowani w bunt generałowie.
Wcześniej czciciele marszałka nie kryli, że gotowi są wspierać ambicje polityczne ich idola także z bronią w ręku. Właśnie tak powszechnie interpretowano sławne spotkanie wyższych dowódców w Sulejówku w listopadzie 1925 roku, kiedy generał Gustaw Orlicz-Dreszer zwrócił się do marszałka słowami: „Chcemy, byś wierzył, że gorące chęci nasze, byś nie zechciał być w tym kryzysie nieobecny, osieracając nie tylko nas, wiernych Twoich żołnierzy, lecz i Polskę, nie są tylko zwykłymi uroczystościowymi komplementami, lecz że niesiemy Ci prócz wdzięcznych serc i pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”.
A w maju 1926 roku to właśnie Orlicz-Dreszer dowodził będzie militarnymi operacjami puczystów! Gdybyśmy przyjęli tezę o „spontanicznym i przypadkowym” charakterze zamachu majowego, musielibyśmy uznać Józefa Piłsudskiego za wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju nieudacznika, który osiągał swoje cele polityczne zupełnie niechcący, wbrew sobie („nie chciał” dokonać zamachu stanu – a go dokonał; „nie chciał” walk bratobójczych – a do nich doprowadził; „nie chciał” obalać rządu siłą – a go obalił…).
Liczni szatani byli tam czynni
Czy zaangażowanie w przewrocie ograniczało się jedynie do kręgów piłsudczykowskich?
Ongiś profesor Ludwik Hass, człowiek o dość skomplikowanym, niekoniecznie chlubnym życiorysie acz niekwestionowany znawca dziejów masonerii, wystąpił z zaskakującą tezą: decyzja o przeprowadzeniu zamachu stanu i obaleniu rządów prawicy podjęta została przez zakonspirowaną grupę masonów z Wielkiej Loży Narodowej Polski oraz Zakonu Wolnomularstwa Zjednoczeniowego.
Znaczące, że profesor Hass w swoich badaniach dziejów i wpływów masonerii zawsze zajmował postawę niezwykle ostrożną, a przy tym ogromnie dla lóż przyjazną, wręcz ostentacyjnie sceptyczną wobec „masońskich knowań” i „spiskowej teorii dziejów”. Tym większe wrażenie robią jego ustalenia na temat wolnomularskiej konspiracji z lat 20. XX wieku i udziale masonów w przygotowaniu „postępowego zamachu stanu”.
Poza wszelką dyskusją jest fakt, że w najbliższym otoczeniu marszałka roiło się od wolnomularzy. Ot, Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Walery Sławek, Edward Rydz-Śmigły, Stefan Dąb-Biernacki, Adam Koc, Marian Zyndram-Kościałkowski, Kazimierz Bartel, Stanisław Car, Leon Kozłowski, Bogusław Miedziński, Aleksander Prystor, Felicjan Sławoj Składkowski, Wojciech Stpiczyński, August Zaleski, Tadeusz Kruk-Strzelecki, Bronisław Pieracki, Kordian Zamorski, Janusz Jędrzejewicz - by wymienić tylko niektórych. W przypadku oceny działań polityków zaangażowanych w lożach, mafiach czy innych tajnych stowarzyszeniach zawsze pojawia się dylemat – czy swoje decyzje podejmowali samodzielnie, czy też wedle instrukcji swoich ukrytych w cieniu „mistrzów”?
W trakcie rokoszu Piłsudskiemu udzieliły poparcia ugrupowania lewicowe i skrajnie lewicowe - Stronnictwo Chłopskie, PSL „Wyzwolenie”, a nawet Komunistyczna Partia Polski - będąca w istocie sowiecką agenturą! Wsparło go wreszcie najpotężniejsze ugrupowanie lewicy – Polska Partia Socjalistyczna (PPS). To zarządzony przez PPS strajk kolejarzy zadecydował o powodzeniu przewrotu i upadku rządu, jako że uniemożliwił odsiecz Warszawy.
Piłsudczycy, masoni, socjaliści, lewacy, sowieccy agenci… Wszyscy oni mieli różne poglądy i różnorakie cele, ale jednoczyło ich jedno: nienawiść do polskiej prawicy.
Pierwsze boje
Wcale nie musiało dojść do najgorszego. 12 maja w obliczu nadciągających wojsk buntowników rząd i prezydent ogłosili odezwy.
- Żołnierze Rzeczypospolitej! – głosił manifest prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, konstytucyjnego zwierzchnika sił zbrojnych. - Honor i Ojczyzna - to hasła, pod którymi pełnicie zaszczytną służbę pod sztandarami Białego Orła. Dyscyplina i bezwzględne posłuszeństwo prawowitym władzom i dowódcom to najważniejszy obowiązek żołnierski, na który składaliście przysięgę. Wierność Ojczyźnie, wierność konstytucji, wierność legalnemu rządowi jest warunkiem dotrzymania tej przysięgi.
Rebelianci zajęli wpierw warszawską Pragę. Wojska rządowe zablokowały mosty na Wiśle. Wciąż nie doszło jeszcze do rozlewu krwi. Około godziny 16 na moście Poniatowskiego spotkali się dwaj główni adwersarze: prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski oraz przywódca puczystów Józef Piłsudski. Lider rebeliantów bardzo liczył na przeciągnięcie na swoją stronę prezydenta, z którym przecież łączyła go wspólna przeszłość w PPS. Wojciechowski wybrał jednak legalizm.
- Zbliżył się on sam do mnie – wspominał prezydent. - Powitałem go słowami: „Stoję na straży honoru Wojska Polskiego”, co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękę i zduszonym głosem powiedział: „No, no! Tylko nie w ten sposób…”. Strząsnąłem jego rękę, nie dopuszczając do dyskusji: „Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu...”.
Zauważmy, że prezydent wcale nie zabraniał Piłsudskiemu realizacji jego racji i ambicji; żądał jedynie, by ten działał zgodnie z prawem.
– Dla mnie droga legalna zamknięta – odpowiedział marszałek.
Rokowania zawiodły, rozmówcy wycofali się. O 17.41 padły pierwsze strzały; oddali je piłsudczycy, z wież przy praskiej głowicy mostu Poniatowskiego, w stronę podchorążych Oficerskiej Szkoły Piechoty. W istocie nie miało znaczenia, kto strzelił pierwszy. Oddziały Piłsudskiego odmawiając podporządkowania się prezydentowi i rządowi stały się nielegalną, uzbrojoną siłą rebeliancką winną zbrodni stanu. Wojska rządowe miały obowiązek podjąć przeciw nim działania, tak samo jak czyniły w poprzednich latach choćby przeciw bojówkom komunistycznych i ukraińskich dywersantów na Kresach Wschodnich.
Wojna domowa
Wkrótce odnotowano kolejne wymiany ognia. Piłsudczycy zaatakowali i zdobyli most Kierbedzia, po czym wkroczyli do lewobrzeżnej Warszawy. Rozgorzały boje z udziałem piechoty, artylerii, czołgów, samochodów pancernych, a nawet samolotów.
W garnizonach w całej Polsce panowało poruszenie. W rejonie Warszawy trwała koncentracja sił buntowników. Do puczu przyłączyły się okręgi wojskowe i garnizony w Wilnie, Grodnie, Brześciu, Łodzi... Z kolei wierne rządowi pułki z Poznania, Torunia i Krakowa ruszyły na Warszawę, choć akcję paraliżował wspomniany strajk na kolei zorganizowany przez socjalistów oraz opanowanie przez rebeliantów węzła kolejowego w Częstochowie.
„Kurier Warszawski” pisał: „Straszne, okrutne, potworne słowo: wojna domowa, stało się w Polsce rzeczywistością. Na pokolenie współczesne, któremu Opatrzność pozwoliła doczekać się cudu wskrzeszenia niepodległej ojczyzny, zesłana została najsroższa klęska, jaką tylko można sobie wyobrazić. Naród napiętnowany hańbą stuletniej niewoli, wolności swej tak cudownie zdobytej, nie umie wyzyskać inaczej niż w bratobójczej walce. Doświadczenia historji, chociaż tak nieopisanie dramatyczne, nie nauczyły nas niczego. Polska demokratyczna odradza się w błędach dawnych, a tak posępnych, że wydają się wieczystym przekleństwem narodu”.
Dobro kraju
Były jeszcze inne zagrożenia. Wypadki w Polsce z uwagą obserwowali jej sąsiedzi. Generał Władysław Sikorski donosił ze Lwowa o ruchach wojsk sowieckich na granicy, również o wzmożonej aktywności środowisk nacjonalistów ukraińskich. W Poznaniu Roman Dmowski, nestor polskiej prawicy narodowej ostrzegał:
- Jeżeli można w trzy dni rozegrać batalię z nadzieją zwycięstwa, można ją wydać. Na wojnę domową trwającą kilka tygodni nie można sobie pozwolić, chociażby z uwagi na niebezpieczeństwo niemieckie.
Dla rządzących dobro kraju było ważniejsze niż polityczne spory. 15 maja prezydent Wojciechowski wydał swym żołnierzom rozkaz złożenia broni, po czym wraz z całym rządem Witosa ustąpił. Jak stwierdził:
- Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby na dziesięć lat, niż żeby na sto lat zagarnęły Polskę Sowiety.
Wojciechowski politycznie przegrał, ale jego troska o losy Ojczyzny przynosi mu zaszczyt. Druga strona nie ujawniła przesadnych skrupułów. Piłsudczyk Janusz Jędrzejewicz radośnie wieszczył triumf, przy okazji nurzając przeciwników w błocie:
- Padł rząd nieprawości, rząd brudnych rąk i niecnych poczynań. Ustąpił reprezentant państwa, który nie tylko nie potrafił dotrzymać przysięgi swego najwyższego urzędu, ale sam, własnoręcznie, z niepojętą ślepotą, wywołał bratobójczą walkę, pokrywając swoją zarówno formalno-prawną, jak i moralną nieodpowiedzialnością łajdactwa szantażystów-generałów i spekulantów-polityków.
Mamy w tej wypowiedzi radość z zagarnięcia władzy, pogardę dla pokonanych, kłamliwe insynuacje i absolutny brak skruchy z powodu śmierci setek Polaków. Jest też, charakterystyczna i dla współczesnej lewicy mentalność, wedle której za rozlew krwi odpowiada broniąca się ofiara, a nie sprawca napadu.
Kainie, gdzie jest brat twój?
Cena za zrealizowanie politycznych ambicji Józefa Piłsudskiego była straszna. Wedle oficjalnych danych podczas walk w dniach 12 – 15 maja odnotowano śmierć 379 Polaków oraz zranienie kolejnych 920. Pokaźną część strat w tym zestawieniu (164 zabitych i 314 rannych) stanowili przypadkowi cywile, którzy znaleźli się w zasięgu ognia zwaśnionych stron. Po latach na ogół dobrze poinformowany historyk piłsudczykowski Władysław Pobóg-Malinowski zwiększył pokłosie przewrotu do 400 zabitych i 1500 rannych.
Powie ktoś, że były to czasy pełne przemocy. Toż cztery lata wcześniej pierwszy wybrany prezydent, wolnomularz Gabriel Narutowicz sprawował swe obowiązki ledwie tydzień, nim zginął od kul zwolennika prawicy Eligiusza Niewiadomskiego. Jednakowoż tamten zamachowiec wcale nie domagał się stanowisk i zaszczytów; nie próbował uniknąć odpowiedzialności. Obiektywnie przyznał się do „złamania prawa”, a skazany na śmierć określił wyrok jako „sprawiedliwy i potrzebny”. W przeciwieństwie do niego Józef Piłsudski, depcząc po trupach czterystu Polaków sięgnął po władzę, narzucił obowiązkowy kult własnej osoby i do dziś odbiera publiczne hołdy.
„Sanacja moralna”
Ustrój II RP nie był idealny. Polska demokracja z lat 1922-1926 miała swoje wady, ale i niezaprzeczalne osiągnięcia. Opanowano szalejącą hiperinflację, stworzono mocną złotówkę, rozpoczęto budowę Gdyni, wprowadzono reformę rolną, okiełznano czerwoną i niebiesko-żółtą dywersję na Kresach… Tak naprawdę na wiosnę 1926 roku nie było powodu, który by usprawiedliwiał siłowe przejęcie władzy za cenę życia kilkuset Polaków. A jaką to „sanację moralną” zafundowali Polsce piłsudczycy?
Obalony przez rokoszan rząd Wincentego Witosa tworzyła centroprawicowa koalicja ludowców, narodowców i chadeków. Teraz na scenę wkroczyły inne siły. Na najwyższych stanowiskach państwowych zaroiło się od wolnomularzy. Na 16 rządów piłsudczykowskich (1926-1939) aż w 13 stanowisko premiera piastował mason! To piłsudczycy, jako pierwsi rządzący w dziejach Polski (a w świecie drudzy po bolszewikach) częściowo zalegalizowali aborcję. Były fałszerstwa wyborcze i skandale finansowe. Zaniedbano rozwój sił zbrojnych, w tym wojsk pancernych i lotniczych, co zemściło się potem strasznie we wrześniu 1939 roku. Symboliczna była zmiana Godła Państwowego – w 1927 r. usunięto krzyż z korony Orła, w zamian na jego skrzydłach umieszczono dwie pięcioramienne gwiazdy.
Piłsudczykowscy „moraliści” aresztowali generała Władysława Zagórskiego (oficjalnie „zaginął bez wieści” – do dziś nie wiadomo, gdzie ma grób). Uwięzili autora Cudu nad Wisłą generała Tadeusza Rozwadowskiego (schorowany, zmarł wkrótce po uwolnieniu). W celach wylądowali Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i wielu innych zasłużonych dla Ojczyzny. To polscy narodowcy byli pierwszymi zesłanymi do niesławnego obozu w Berezie Kartuskiej.
W „pomajowej” Polsce wprowadzono cenzurę prasy i na różnorakie sposoby prześladowano opozycję. Manifestacje protestacyjne rozpędzano brutalnie, niekiedy krwawo (minister spraw wewnętrznych Marian Zyndram-Kościałkowski ostro rugał zbyt powściągliwych policjantów, wzdragających się przed strzelaniem w tłum: „Były przypadki, że zamiast jednej salwy w powietrze, a drugiej w tłum, dawano kilka salw w powietrze, przez co tłum przestawał się bać i atakował posterunki policyjne”). Co do tortur stosowanych w aresztach i więzieniach, to nawet komendantowi głównemu policji gen. Kordianowi Zamorskiemu wyrwało się raz szczerze: „Pacyfikacja Hołob i okolicy. Czy jest to celowe? Nie są to komuniści, tylko głodni nędzarze, zmaltretowani nędzą przyznają się do wszystkiego, skoro bicie mimo pięknych słów istnieje i to bicie bestialskie”.
Sanacja próbowała kokietować ukraińskich nacjonalistów, ułaskawiając Stepana Banderę i jego zakapiorów. Za to w ramach walki z rzekomymi pozostałościami po wpływach rosyjskich przeprowadziła barbarzyńską akcję niszczenia prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie (ku wzburzeniu dotąd spokojnej ludności „tutejszej”) oraz forsowała prawdziwie samobójczą ideę ukrainizacji Wołynia.
Rachunki krzywd
Obrońcy sanacji pocieszają się, że jej represyjności nie da się porównać do terroru w III Rzeszy i w Związku Sowieckim. Tym niemniej „pomajowa” władza odpowiadała za śmierć setek Polaków – zabitych podczas rokoszu, w trakcie strajków i demonstracji, zamęczonych w więzieniach i aresztach, zamordowanych skrytobójczo. To haniebna skaza na naszych dziejach, której nie przykryje natrętne przypominanie, że Hitler i Stalin byli jeszcze gorsi.
- Są w ojczyźnie rachunki krzywd – napisał poeta. Ofiar zamachu majowego i innych zamordowanych przez sanację nie uczczono do dziś. Kilka dziesiątków lat przed „moralnym” rokoszem inny twórca dał przejrzystą wskazówkę, którą nie wszyscy raczyli przeczytać:
Na obce wojny zachowajcie męstwo.
W wojnie domowej - śmiercią jest przegranie.
W wojnie domowej hańbą jest zwycięstwo.
Andrzej Solak







