Chmielewski: Miejcie dzieci, bo tego chce Bóg

Dla Polski nie ma żadnej nadziei – chyba, że Kościół weźmie się do pracy i zacznie głosić, że ludzie muszą mieć dzieci. To jasny wniosek, który nasuwa mi się po konferencji „Poland Future Summit”.
W poniedziałek w Warszawie odbyła się konferencja „Poland Future Summit” zorganizowana przez Centrum Strategii Rozwojowych. Miała patronat prezydenta i Karol Nawrocki pojawił się na miejscu, by wygłosić przemówienie otwierające. Tematyka konferencji to przede wszystkim demografia. Na takim wydarzeniu nie mogło zabraknąć Stowarzyszenia ks. Piotra Skargi – trzeba sprawdzić, czy debata demograficzna posuwa się naprzód i ktoś w końcu zrozumiał, że tu nie chodzi o dostępność mieszkań.
Karol Nawrocki przypomina mężczyznom: macie obowiązki
Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony. To naprawdę zostało zrozumiane! Prezydent Karol Nawrocki mówił krótko, ale konkretnie. Przypomniał na przykład o etyce obowiązku. Boże, co za zdrowe, normalne słowa! Polityk, który nie zwala winy na bezdzietne kobiety, jak typowy wyznawca redpillu, tylko apeluje do mężczyzn: bądźcie odpowiedzialni, bierzcie się do pracy, posiadanie żony i dzieci to wasz obowiązek! Sala przyjęła słowa Nawrockiego burzliwymi oklaskami. Żeby jeszcze zaczęto robić to, co prezydent powiedział. Oby.
Dalej było równie dobrze. Pierwsze przemówienie wygłosił Stephen J. Shaw, który bada strukturalne przyczyny i długoterminowe konsekwencje zmian demograficznych na świecie. Shaw zwrócił uwagę na bardzo ważny aspekt, który często jest pomijany w pobieżnej analizie problemu. Otóż większość ludzi chce mieć dzieci, tyle, że odkładają tę decyzję w nieskończoność.
Shaw zrealizował dokument pt. „Birthgap” w 24 krajach, rozmawiając z ludźmi o ich decyzjach w tej sprawie. Większość wywiadowanych przez Shawa deklarowała, że w teorii chce mieć dzieci, ale w praktyce - nie wie, kiedy. Absolutnym priorytetem dla ludzi była kariera; dziecko pojawiało się w ich myśleniu dopiero jako sui generis podsumowanie spełnionego życia. Jak tłumaczył Shaw, to droga donikąd: efektem są miliony ludzi, którzy nigdy nie będą mieć dzieci. Odkładają tę decyzję tak długo, że w końcu po prostu nie mogą już mieć dzieci. Wtedy żałują, ale niczego nie da się już zrobić.
Shaw nie przedstawił żadnego złotego rozwiązania problemu, który występuje w skali globalnej; trafna diagnoza jest jednak dużo warta - a jakieś remedium można zaprezentować, o czym później – zdradzę tylko, że chodzi (oczywiście!) o Kościół katolicki.
Antykoncepcja niszczy ludzkość
Na bardzo ważny aspekt problemu zwrócił też uwagę Nicholas Eberstadt z American Enterprise Institute w Waszyngtonie. Nie owijając w bawełnę, autor podkreślił bardzo ważną rolę antykoncepcji w wyjaśnianiu demograficznej zimy na świecie. Jak podkreślił, wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej po prostu zmieniło ludzką mentalność.
Na ten temat pisała zresztą w znakomitej książce „Adam i Ewa po pigułce” jego żona, Mary Eberstadt. Jej praca to jedna z najbardziej przenikliwych diagnoz antykoncepcyjnego źródła obecnego kryzysu. Jest wydana po polsku – naprawę, warto sięgnąć. Kto ją przeczyta, nigdy nie powie już, że problem braku dzieci to kwestia dostępności przedszkoli – będzie wiedział, że chodzi o antykoncepcję i wygodnictwo.
Co kluczowe, Nicholas Eberstadt przytoczył cały szereg danych z różnych regionów świata, pokazując, że spadek dzietności ma wymiar absolutnie globalny - nie dotyczy tylko Afryki. Jak wskazał, nie ma mowy o tym, by za niską dzietność odpowiadało po prostu bogacenie się narodów. W bardzo biednych i słabo rozwiniętych krajach, jak Birma czy Nepal, dzieci rodzi się tak mało, że nie ma już mowy o prostej zastępowalności pokoleń…. Choć Eberstadt nie wskazywał wprost przyczyn tego stanu rzeczy, w kontekście całego jego wystąpienia (i książki jego żony) rzecz jest oczywista. Chodzi o rozpowszechnienie antykoncepcji! Sprawdziłem zresztą, moja hipoteza się sprawdza: w Birmie i Nepalu po antykoncepcję sięga ponad 50 procent kobiet, podczas gdy w naprawdę rozwijających się krajach jak Nigeria czy Niger to nawet trzykrotnie mniej. Jeżeli można mieć dzieci, bo kultura antykoncepcyjna jest rozwinięta, to ludzie po prostu z tego korzystają. Tak jest wygodniej.
Co bardzo istotne, Eberstadt nie oszczędzał gospodarza, czyli Polski i Polaków. Przypomniał, że to właśnie nasz kraj jest w pierwszej dziesiątce najgorszych na świecie, gdy idzie o dzietność. Tak, tak – śmiejemy się ze zgniłej Europy, ale wymieramy znacznie szybciej. Nie chodzi wcale o imigrację – więcej dzieci mają też ci, którzy imigrantów nie przyjmują zbyt chętnie (zarówno bogatsi od nas Niemcy, jak i biedniejsi Bułgarzy).
Dobrze, ale co z tego wszystkiego wynika – oprócz skonstatowania, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej?
Otóż wnioski nasuwają się same.
Będzie gorzej, bo ludzie są leniwi
Po pierwsze, uznajmy wreszcie fakty. Ze względu na łatwą dostępność taniej antykoncepcji, ludzie rezygnują z posiadania dzieci, bo mogą. Związek pomiędzy małżeństwem/trwałą relacją – a posiadaniem dzieci został definitywnie rozerwany. Nie ma znaczenia zamożność, nie ma znaczenia konkretna kultura, zachodnia czy wschodnia – decyduje wygoda.
Po drugie, zmierzmy się z brutalną prawdą. Życie bez dzieci jest wygodniejsze. Dzieci kosztują czas i pieniądze. Dlatego ludzie wolą ich nie mieć, albo mieć je późno i mało: z perspektywy maksymalizacji własnych zasobów finansowych oraz zdolności do „korzystania z życia”, to jest decyzja racjonalna. Boli dopiero później, kiedy mija czas i dzieci już mieć nie można, ewentualnie tylko jedno… Młodzi ludzie nie chcą dzieci, bo kalkulują, że to im się nie opłaca.
Tego nie da się zmienić żadną polityką – ludzie zawsze będą wybierać to, co dla nich łatwiejsze. Nie ma takiej ilości pieniędzy, która przekonałaby młodych to zakładania rodzin. No, może w teorii taka ilość pieniędzy jest – ale państwa nie mogą tyle wydawać na politykę prorodzinną. 800+ czy 1000+ nic nie zmieni. Młodzi ludzie musieliby uznać, że posiadanie dzieci po prostu im się opłaca. Może zadziałałby jakiś system radykalnych nagród dla wielodzietnych i kar dla bezdzietnych, ale nie sądzę, by na taki system zdecydowało się jakiekolwiek państwo demokratyczne.
Żydzi dają nam przykład. Skorzystajmy po katolicku!
Czy jest zatem jakaś inna możliwa droga? Otóż twierdzę, że tak – trzeba po prostu znaleźć alternatywne źródło motywacji do posiadania dzieci. Powtarzam: ludzie muszą uznać, że wysiłek finansowy i czasowy związany z posiadaniem dzieci jest dla nich opłacalny. Konkretny przykład daje tu Izrael. Otóż w Izraelu wskaźnik dzietności wynosi prawie 3 – jest trzykrotnie wyższy, niż w Polsce! Dzieci rodzą się nawet w ateistycznych izraelskich rodzinach. Dlaczego? Jak mówił w swoim wystąpieniu Eberstadt, Żydzi chcą mieć dzieci, bo wierzą, że to konieczne dla świetlanej przyszłości ich państwa. Żydzi chcą, żeby ich naród istniał – i są gotowi do poświęceń. Mają zatem konkretną motywację.
Czy coś podobnego jest możliwe w kontekście Polski? Tak – dzięki katolicyzmowi.
Otóż z perspektywy naprawdę wierzącego katolika, posiadanie dzieci jest obowiązkiem względem Boga i Kościoła. Młody pobożny katolik, jeżeli nie chce przyjąć celibatu dla Królestwa Bożego, dąży do założenia rodziny – bo wie, że tego wymaga od niego sam Bóg. Dlatego młody pobożny katolik nie będzie priorytetyzować kariery albo osobistej wygody, ale właśnie założenie rodziny: chętnie zniesie różne niewygody i poniesie stosowne koszty, byle tylko sprostać Bożemu wymogowi. To nie jest teoria; to fakty. Dane pokazują, że rodziny wielodzietne bardzo często są głęboko religijne.
Problem stanowi fakt, że takich rodzin jest relatywnie mało. Otóż większość rodzin formalnie katolickich nie ma wcale dużo dzieci: przecież większość Polaków to ludzie ochrzczeni w Kościele, ale z tego tytułu wcale nie mają liczniejszego potomstwa!
Biskupi, księża, katecheci, głoście: Pan Bóg chce dzieci
Co zawodzi? Mówiąc brutalnie: zawodzi kościelna hierarchia. Wśród biskupów, księży i katechetów (także świeckich!) zadomowiło się przekonanie, że kwestia wielodzietności jest marginalna i nie należy poświęcać jej zbyt dużo uwagi. Dlatego do posiadania dzieci w Kościele prawie w ogóle się nie zachęca. Nie ma krytyki antykoncepcji, nie ma apeli o otwartość na życie, nie ma przypominania o obowiązkach. Efekty są opłakane: katolicki kraj celuje w bezdzietności!
To jednak można zmienić. Tak jak Izrael, Polska posiada motywację – tyle, że tej motywacji nie wykorzystuje. Tą motywacją jest właśnie Pan Bóg.
Kościół katolicki nad Wisłą powinien stanąć w awangardzie promocji wielodzietności. Temu problemowi trzeba poświęcać maksimum uwagi. Kościół ma być miejscem, w którym wielodzietna rodzina jest normą i wzorcem, a ci, którzy z własnej winy nie realizują tej normy, zostają napiętnowani. Każdy katolik musi wiedzieć, że jeżeli świadomie unika potomstwa – grzeszy i jest Bogu niemiły.
Uważam, że to da się zrobić – i zarazem, że nie da się zrobić nic innego.
Dobrze, że odbył się „Poland Future Summit” pod patronatem prezydenta. Teraz czas na „Poland State and Church Summit” pod wspólnym patronatem prezydenta i KEP, gdzie zostanie wypracowana wspólna państwowo-kościelna strategia promocji wielodzietności.
Ta strategia jest zresztą gotowa: miejcie dzieci, bo tego chce Bóg. Trzeba tylko o tym wreszcie mówić!
Paweł Chmielewski






