Cudowne centrum, w którym nie da się żyć. Historyk architektury o przebudowie Śródmieścia Warszawy

„Im bardziej atrakcyjna przestrzeń, lepiej zagospodarowana, zaprojektowana, oferująca więcej atrakcji, tym przyciąga przede wszystkim turystów. Przez to zamienia się często w nieznośną do życia. Pojawia się gwar, ruch, hałas, ogródki kawiarniane, które nie szanują ciszy nocnej. Ten problem narasta. Władze nie radzą sobie z kontrolą m.in. najmu krótkoterminowego, który jest pochodną tych zjawisk. Wymieranie śródmieścia, wyludnianie na rzecz turystów jest ogromnym problemem”. Powiedzieliby Państwo, że to przychylna recenzja gwałtownych zmian zachodzących obecnie w samym centrum stolicy? Nie, to tylko wrzucone jakby mimochodem, pod sam koniec wywiadu kilka zdań. Utonęły one jednak w morzu peanów i komplementów na temat rewolucji forsowanej przez ratusz Rafała Trzaskowskiego.
Przytoczone na wstępie słowa i poniżej cytowane zachwyty padły z ust Anny Cymer, historyk sztuki i architektury, autorki książek opisujących powojenne i popeerelowskie zmiany zachodzące w naszym kraju na polu urządzania przestrzeni publicznej. W rozmowie z Polską Agencją Prasową nazywa ona totalną zmianę funkcjonalności ulic i placów w środku stolicy – „pozytywną epidemią, która będzie się rozlewać dalej”.
Kierowcom i mieszkańcom – już dziękujemy
Na początku wywiadu pani ekspert objaśnia jedno z kanonicznych pojęć w słowniku miejskich rewolucjonistów, czyli woonerf. Okazuje się, że jest to „holenderska koncepcja zagospodarowania przestrzeni miejskiej w formie ulicy, łączy deptak z funkcją komunikacyjną i parkingową. To ulica, na której priorytet mają piesi. Jest na niej dużo więcej zieleni i miejsc do siedzenia oraz innych elementów małej architektury. Jest także inaczej zagospodarowana. Nie wygląda, jak klasyczna ulica z dwoma chodnikami po bokach. Te elementy są na niej wymieszane”.
Czy więc takim woonerfem jest świeżo przebudowana Złota, nazwana ostatnio na naszych łamach przez Łukasza Warzechę „byłą ulicą”?
- Gdyby trzymać się encyklopedycznej definicji, to nie. Woonerf zachowuje jednak charakter tradycyjnej ulicy miejskiej, którą można także przejechać samochodem – wskazuje Anna Cymer.
Powyższa definicja wraz z ostatnim zastrzeżeniem mniej więcej oddaje charakter zmian, które wprowadzają obecnie na wyścigi włodarze polskich miast, zwłaszcza tych największych. Mniej więcej, bo funkcja komunikacyjna ma realizować się tam z uwagą: „byle nie samochodem”, zaś funkcja parkingowa – z przypisem: „w przypadku rowerów i hulajnóg”. Kierowcy prywatnych aut w miastach rządzonych przez Trzaskowskiego, Sutryka, Jaśkowiaka, Miszalskiego/Kracika et consortes nie są dobrze widziani. Stąd wyrastające masowo na jezdniach i obok nich garby, zwężenia, słupki. Stąd ścieżki rowerowe, deptaki i zieleńce zamiast pasów ruchu oraz miejsc postoju samochodowego.
Dalej w rozmowie pada uwaga, że krytycy przebudowy, wskazujący na morze betonu, jakie wylało się przy okazji inwestycji, ulegli po prostu „naszej wrodzonej pasji do narzekania”.
- To nasza cecha narodowa. To także właściwość dyskusji na forach internetowych i platformach społecznościowych. Nie ma na nich miejsca na merytoryczną, rzeczową rozmowę. W przypadku Placu Pięciu Rogów nie dało się go inaczej zaprojektować. To ogromnie ruchliwe miejsce w środku miasta. Nie można było tam zrobić hektarów trawników, ponieważ za dużo ludzi się tam przemieszcza. Śródmieście nie może być parkiem. Po modernizacji plac zyskał nowe uatrakcyjniające go elementy, jak drzewa, ławki, instalację artystyczną i fontannę w formie kałuży – tłumaczy nieświadomym doniosłości zmian Anna Cymer.
Pani historyk zachwala pomysły budowy fontann i zachowanie „funkcji śródmiejskiej, gwarnego placu, gdzie tysiące ludzi po prostu przechodzi, przebiega i przejeżdża”. Wskazuje równocześnie, że za zmianami stoli głębsza myśl, a nie tylko poprawa wizualnej atrakcyjności centrum. Chodzi o to, by – ze względu na zmiany klimatyczne i zanieczyszczenie powietrza – ze środka miasta wyproszono przynajmniej część samochodów i… mieszkańców.
Czytamy bowiem: – W klasycznym rozumieniu miejskiej urbanistyki śródmieście to reprezentacyjny plac mający cztery pierzeje i ulice służące do komunikacji. Plac Centralny jest dobrym przykładem, że nie musi tak być, żeby przestrzeń była uczęszczana i atrakcyjna. Jest niezgodny z tą definicją, a „działa”. Podobnie jest z ulicą Złotą – mówi Anna Cymer.
– Stoimy w obliczu całej masy trudnych wyzwań w naszych miastach – m.in. zmian klimatycznych, zanieczyszczenia powietrza i przeludnienia. Musimy bardziej otwarcie przyglądać się każdemu miastu, a nie opierać się na definicjach. Musimy pracować z tym, co mamy do dyspozycji. W przypadku Nowego Centrum Warszawy trzeba było zapomnieć o tych wszystkich definicjach oraz teorii urbanistycznej i szukać rozwiązania na przeprojektowanie konkretnych miejsc. Kierunek, który wybrano, się sprawdził. Zaczęto od najprostszych metod – oddania przestrzeni pieszym i wprowadzenie zieleni. Cała reszta, czyli fontanny i głazy oraz inne elementy dekoracyjne związane z małą architekturą to już dodatki. Do tego sprowadza się dobra przestrzeń w mieście. Ludzie muszą się w niej czuć dobrze i bezpiecznie – dodaje pani historyk.
Rewolucjo, nie zatrzymuj się!
Dalej rozmówczyni PAP dzieli się obawą, że koncepcja, którą realizuje ratusz w postaci wyodrębnienia wyraźnego, odmienionego centrum, zostanie doprowadzona tylko do określonego etapu. A w jej opinii powinna być kontynuowana.
- (…) Zmiana jest rewolucyjna, ale to nadal za mało. Centrum nie ogranicza się do ulic Chmielnej, Złotej i Szpitalnej. Obawiam się, że projekt rewitalizacji centrum Warszawy się na tym skończy. Byłoby szkoda, ponieważ po przeciwnej stronie Placu Centralnego rozgrywa się horror. Będzie narastał, ponieważ w tej chwili staje się terenem reklamowym do wynajęcia. Niepokoi mnie także sytuacja Domów Towarowych Wars Sawa Junior związana z upadkiem tradycyjnego handlu. Obawiam się, że sposób zagospodarowywania ich ogromnych kubatur może iść w nie najlepszą stronę – mówi Anna Cymer.
W jej przekonaniu do „rewitalizacji” à la Trzaskowski nadaje się cała stolica i panuje na ten temat powszechne przekonanie. – Warszawa jest ogromnym miastem. Mieszkaniec każdej dzielnicy powiedziałby, że u niego sprawy są najpilniejsze. Jako mieszkanka ulicy Puławskiej na Mokotowie, uważam, że tu dramatycznie wręcz jest potrzebna zmiana. Wszystko jest zastawione przez samochody, przez co na chodniku dwie osoby nie są w stanie iść obok siebie – ubolewa pani ekspert w dziedzinie architektury.
Pada również ulubiony argument mający zdusić nieśmiałe głosy nie dość „europejskich” sceptyków. – Mieszkańcy innych polskich miast są często przytłoczeni intensywnością ruchu, gwaru i specyficznym rytmem życia w Warszawie. Natomiast cudzoziemcy, którzy przyjeżdżają do Warszawy wpadają w ekstazę. Nie spotkałam cudzoziemca, który nie byłby zachwycony Warszawą. Widzą skalę zmian, których my na co dzień nie dostrzegamy – mówiła rozmówczyni PAP.
- Bulwary Wiślane, ulice Złota i Chmielna, Plac Pięciu Rogów, Plac Centralny, to kamienie milowe, „pozytywna epidemia”, która, mam nadzieję, będzie się rozlewać dalej. Miejsc wymagających podobnych przemian jest w Warszawie wiele, ale nawet jeśli nie będą im poddawane w kolejności, która by się nam marzyła, to w ogólnym rozrachunku ten kierunek jest dobry. Warszawa zmienia się na lepsze – pada „kropka nad i”.
Dla turystów, nie dla mieszkańców
W tym momencie pada jednak najważniejsze pytanie, na które odpowiedź wręcz rozbraja – w kontekście wszystkiego, co padło wcześniej: „Kto najbardziej zyska na przebudowie centrum stolicy, a kto może na tym stracić?”.
Trzeba tu oddać sprawiedliwość badaczce zmian, jakie zachodzą w polskiej architekturze i urbanistyce. Anna Cymer znakomicie oddaje tu bowiem istotę rewolucji. Chcąc nie chcąc, potwierdza przy okazji generalne zarzuty wobec Nowego Centrum Warszawy i podobnych założeń wdrażanych w innych miastach, chociaż – przyznajmy – wdrażanych nie aż z takim zapałem jak w tym przypadku.
- Im bardziej atrakcyjna przestrzeń, lepiej zagospodarowana, zaprojektowana, oferująca więcej atrakcji, tym przyciąga przede wszystkim turystów. Przez to zamienia się często w nieznośną do życia – przyznaje Anna Cymer. – Pojawia się gwar, ruch, hałas, ogródki kawiarniane, które nie szanują ciszy nocnej. Ten problem narasta. Władze nie radzą sobie z kontrolą m.in. najmu krótkoterminowego, który jest pochodną tych zjawisk. Wymieranie śródmieścia, wyludnianie na rzecz turystów jest ogromnym problemem – dodaje.
Pani historyk uważa, że „rozwiązanie systemowe, ustawodawcze powinno być jednym z elementów walki” z tym stanem rzeczy. Potrzebna jest także w jej przekonaniu wrażliwość społeczna. – Musimy bardziej szanować siebie nawzajem jako ludzie, a to zdaje się być cechą obumierającą w społeczeństwach Zachodu – wskazuje.
Na czym miałaby polegać ta „wrażliwość społeczna”, skoro nieznośne dla mieszkańców zmiany są tak wspaniałe (bo turyści są nimi zachwyceni)? Tego już się nie dowiadujemy. Być może propozycja lokali socjalnych na peryferiach dla dotychczasowych mieszkańców centrum byłaby na tym etapie z punktu widzenia dobra rewolucji – przedwczesna.
Zatem miasto dla ludzi – owszem, ale tych, którzy wpadają tylko na chwilę. Nie dla żyjących tam warszawiaków „z dziada, pradziada”. Nie dla handlowców, dostawców towarów i usług, może poza „gastro” i paroma innymi branżami. Za to w sam raz dla turystów, imprezowiczów, spacerowiczów i rowerzystów. I na reklamowy folder czy do propagandowej gazetki. Wizja wciąż chora, ale w tym przypadku przynajmniej wyrażona szczerze, niemalże „kawa na ławę”.
Cdn.?...
W uzupełnieniu rozmowy PAP streszcza to, co dzieje się w sercu Warszawy. 3 sierpnia oficjalnie otwarto przebudowaną „ulicę” Złotą. Zniknął z niej ruch samochodowy, pojawiło się natomiast dużo zieleni i miejsca dla przechodniów. Zamontowano też dwie fontanny na wysokości budynków Złota 7 i Złota 8. W sąsiedztwie ułożone zostały 22 piaskowce i zamontowane ławki. Zasypany został tunel pod Marszałkowską w ciągu ex-ulicy Złotej, a w miejscu powstały zbiorniki retencyjne, które będą zbierały nawet do 3 milionów litrów wody.
Wcześniej podobną metamorfozę przeszły między innymi: Bracka, Chmielna, część Placu Defilad. Takie same zmiany czekają sąsiednie ulice: Zgoda, Sienkiewicza i Jasną. Gruntownie zmieniona zostanie także ulica Krucza (pomimo wpisania jej zabudowy do rejestru zabytków!), która ma być zwężona do jednego pasa w każdą stronę, a w środku urośnie park.
Przebudowana zostanie ulica Karowa, w trakcie jest też rewolucja na praskiej ulicy Okrzei żeby – jak zaznaczył prezydent Warszawy – połączyć w ten sposób obie strony Wisły.
Ciąg dalszy oczywiście nastąpi – o ile Warszawiacy pozwolą…
Roman Motoła







