Łukasz Warzecha: Była ulica Złota

Mieszkańcy szacownego grodu Kraka, w którym ma swoją siedzibę redakcja PCh24, mogą nie mieć odpowiednika byłej ulicy Złotej w Warszawie. Jednak czytelnikami portalu są ludzie z różnych miejsc w kraju, a pewnie i niemało z zagranicy, przeto warto poświęcić kilka słów opisaniu zjawiska, które dotyczy owej byłej ulicy (dlaczego byłej – wyjaśnię za moment). Jest to bowiem zjawisko typowe dla większych polskich miast, zwłaszcza rządzonych przez przedstawicieli formacji lewicowych, a w istocie ciekawe dla każdego, nawet jeżeli ma szczęście mieszkać w małym miasteczku, gdzie takich głupot się nie robi, albo tym bardziej na względnie spokojnej wsi.
Tu konieczny jest kontekst. 1 sierpnia Stołeczna Operacja Referendalna zainicjowana przez pana Macieja Wilka (polecam rozmowę z inicjatorem na moim kanale) rozpoczęła zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum o odwołanie pana Rafała Trzaskowskiego ze stanowiska prezydenta miasta Warszawy oraz rady miasta. Aby referendum musiało się odbyć, potrzebne jest minimum 132290 ważnych podpisów. Oczywiście trzeba ich zebrać więcej, ponieważ wiadomo, że komisarz wyborczy część z nich odrzuci, zatem musiałoby ich być prawdopodobnie przynajmniej 150 tys. Szansa na to jest, bo czas na zakończenie zbiórki jest do 28 września, a jak pochwalił się dopiero co pan Wilk, udało się już zgromadzić 40 tys. podpisów – mimo wakacji.
Zebranie podpisów to jedno, ale znacznie trudniejsze – co krakowianie wiedzą z własnego doświadczenia – będzie skłonienie wystarczającej liczby ludzi, żeby poszli na referendum. Ustawa o referendum lokalnym z 2000 r. stawia tu próg wręcz absurdalnie wysoko (powinien zostać zdecydowanie obniżony) na poziomie 60 proc. liczby osób, które wybrały dany organ. Jako że w stolicy była tylko jedna tura, odmiennie niż w Krakowie, więc próg jest identyczny dla odwołania prezydenta oraz rady miasta: 467 tys. głosujących (ich ogólna liczba w 2024 wynosiła ponad 772 tys.). Nawet jednak, gdyby organizatorzy polegli na frekwencji, jak stało się w roku 2013 przy próbie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz, to i tak samo zorganizowanie referendum byłoby potężnym ciosem dla pana Trzaskowskiego. Przypomnijmy, że 13 lat temu potrzeba było 390 tys. głosujących, a udział wzięły 343 tys.
Niezależnie od ostatecznego rezultatu, referendum jest dla ekipy w warszawskim ratuszu dużym problemem. Jak dużym – pokazuje mobilizacja w internecie środowisk wspierających obecnego prezydenta Warszawy. Nie mam tu jedynie na myśli działaczy KO czy wręcz farm trolli albo nawet botów. Po wpisach na Facebooku czy X widać, że z pasją o „najlepszym prezydencie, jakiego kiedykolwiek miała Warszawa” wypowiadają się także prawdziwi ludzie, którym najwyraźniej odpowiadają jego styl i strategia przez niego wdrażana.
Na te wydarzenia nakłada się sprawa byłej ulicy Złotej. Dlaczego byłej? Bo to, co na odcinku między Zgodą a Marszałkowską (Złota ma też swój dalszy ciąg za Pałacem Kultury w kierunku Ochoty) zrobiono z niej w ostatnim czasie sprawia, że nie można już tego miejsca nazywać ulicą. Ulica w mieście pełni funkcję komunikacyjną. Złota na wspomnianym odcinku taką funkcję przestała pełnić. Stała się częścią tego, co ratusz w swojej propagandzie nazywa „nowym centrum Warszawy”, czyli pokazowego obszaru, który w letniej i wiosennej aurze ma wyglądać elegancko na folderkach i zdjęciach w internecie. Obszar, który do niedawna był normalnym centrum miasta, przerobiono na coś w rodzaju rachitycznego parku, do którego praktycznie nie ma już wjazdu. Dostępu bronią szwankujące automatyczne słupki, a mieszkańcy walczą z urzędem miasta o przepustki.
Nie wiem, czy szanowni Czytelnicy, szczególnie ci spoza Warszawy, pamiętają uniesienie, jakie nie tak dawno spowodowało wśród kręgów postępowych otwarcie bezużytecznej – za to koszmarnie drogiej – kładki przez Wisłę, całkowitym przypadkiem sąsiadującej z terenem, który na przyszłą inwestycję obrał sobie jeden z deweloperów. Jeśli państwo tego nie zauważyli, to proszę wpisać odpowiednie hasło w wyszukiwarce. A następnie poziom ówczesnego nieposkromionego entuzjazmu pomnożyć przez pięć – dopiero wówczas uzyskają państwo przybliżony obraz tego, co dzieje się wokół byłej Złotej i „nowego centrum Warszawy”.
Kluczem do zrozumienia tego zjawiska nie jest bynajmniej wybitna estetyka tego obszaru po przebudowie. Zresztą jesienią i zimą będzie tam po prostu paskudnie. Tym bardziej nie jest nim praktyczność przyjętych rozwiązań. Dla coraz mniejszej liczby mieszkających tam ludzi projekt ekipy pana Trzaskowskiego to nieszczęście, odcinające ich od normalnego funkcjonowania. Nie trzeba specjalnie długo szukać, aby znaleźć relacje osób, które skarżą się na trudności, jakie wynikły dla nich z tego rozwiązania. No, ale przecież ono nie jest dla nich. To pokazówka do internetu i ewentualnie miejsce spotkań miejskich aktywiszczy.
Zatem ludzie, którzy jak niepodległości bronią tego konkretnego pomysłu pana Trzaskowskiego oraz innych podobnych rozwiązań przyjmowanych w Warszawie (Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Łodzi, Poznaniu), nie robią tego dlatego, że sami na tym w jakikolwiek sposób korzystają. Ba, całkiem możliwe, że jakiejś części spośród nich ta antyludzka polityka robienia z miast lasów czy parków (najlepiej „linearnych”, bo to modne i brzmi europejsko) obiektywnie przeszkadza w funkcjonowaniu. Nie przyznają się jednak do tego. Ba, twardo ten fakt wypierają, bowiem pan Trzaskowski (tu można podstawić dowolne inne nazwisko postępowego prezydenta miasta) daje im coś, co dla nich jest cenniejsze: poczucie, że są postępowymi światowcami. Że są europejscy.
To samo w sobie oczywiście też nie jest niczym odkrywczym. Wszak na takim leczeniu koszmarnych wręcz kompleksów od dawna bazowała „Gazeta Wyborcza”, „Polityka” („Poradnik Inteligenta”) czy dzisiaj, zdaje się, zwłaszcza „Tygodnik Powszechny”, a także w znacznej mierze podpierają się tym politycy orientacji „proeuropejskiej”. O ile jednak w tych sferach zjawisko jest dość dobrze rozpoznane i opisane, to w przypadku polityki miejskiej – w znacznie mniejszym stopniu. A przecież mechanizm jest podobny: realizatorzy postępowej agendy nie sprzedają swoim zwolennikom rozwiązań praktycznych, „zrównoważonych” czy – to ulubione hasło pana Trzaskowskiego – „miasta dla wszystkich” (chyba że ktoś jest kierowcą, to wtedy nie). Oni sprzedają rzekome dołączenie do elity, sprzedają poczucie, że się jest lepszym niż zmotoryzowany motłoch, a już zwłaszcza ten dojeżdżający spoza miasta. Sprzedają poczucie wyższości.
Zasięg tego zjawiska jest szerszy niż tylko była ulica Złota i sąsiednie okolice. Wielokrotnie zaczynając w internecie dyskusję o kształcie współczesnej Warszawy spotykałem się z tym samym tępym zachwytem nad tym, co stolicę niestety trwale zniszczyło: nad chaotycznym poupychaniem na jej obszarze kolejnych szklanych kloców, z których jeden podobny jest jak dwie krople wody do drugiego. Wygląda to paskudnie, koszmarnie zaśmieca układ urbanistyczny miasta, ale dla zakompleksionej części obserwatorów jest „światowo” i „europejsko”.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jeśli ktoś opiera się na własnych obserwacjach poczynionych podczas podróży, a nie na zawieszonych w próżni wyobrażeniach o tym, jak jest „na Zachodzie”, ten wie, że te chore wizje nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Owszem, są pojedyncze miejsca, gdzie dzieją się podobne wariactwa. Regułą natomiast jest jednak, że niemal wszędzie da się dojechać samochodem, w miejscach turystycznych i uczęszczanych roi się od podziemnych lub piętrowych parkingów, a duże miasta są zwykle planowane w uporządkowany sposób i wysokich biurowców nie rozrzuca się po całym ich obszarze (wyjątkiem mogą być te niemieckie metropolie, które zostały w znacznym stopniu zniszczone podczas wojny). Strefy czystego transportu są albo mniej restrykcyjne, albo kasowane. Odchodzi od nich wiele niemieckich miast, a najwyższa klasa dla samochodu z silnikiem na benzynę (Umweltplakette z numerem 4, koloru zielonego), uprawniająca do wjazdu praktycznie wszędzie, przysługuje już pojazdom z klasą Euro 1. W Madrycie nawet samochody z niższą klasą mogą wjechać do Zona de Bajas Emisiones de Especial Protección Distrito Centro, o ile nie jadą tranzytem.
W istocie zatem pan Trzaskowski i jego pobratymcy polityczni nie sprzedają nawet swoim zwolennikom autentycznego naśladownictwa Zachodu, a jeśli już, to najbardziej ekstremalnych, w istocie odosobnionych przypadków. Sprzedają im głównie iluzję. Sprzedają małpowanie Zachodu takiego, jaki wyobrażają sobie ludzie znający ów Zachód głównie z opowieści bliskich sobie liderów partyjnych.
Łukasz Warzecha







