Czy Kościół ma „ofertę” dla współczesnych mężczyzn?

Odpowiadając krótko, tak - Kościół katolicki posiada najlepszą ofertę z możliwych, ponieważ został założony przez stwórcę i uosobienie męskości - Jezusa Chrystusa. Pytanie, czy z tego bogactwa należycie korzysta, wspierając mężczyzn w świecie, który wytoczył im wojnę?
Szalejący feminizm sprowadził tradycyjne męskie wzorce do poziomu patologii społecznych. W czasach gdy kontrola emocji staje się jednostką chorobową, a decyzyjność – zamachem na niezależność kobiet, niejeden mężczyzna doświadcza dziś potężnego kryzysu tożsamości. Bardzo często jego skutki widać już po czasie, kiedy głębokie i destrukcyjne procesy spowodowały nieodwracalne straty np. w postaci rozwodu czy batalii o dzieci.
Nic dziwnego, że popularność zdobywają środowiska starające się odpowiedzieć na to przemilczane, a jednocześnie tragiczne w skutkach zjawisko. Jednym z najgłośniejszych przykładów ostatnich lat jest szeroko pojęta internetowa „manosfera” (ang. man – mężczyzna). To w wielkim skrócie ruch ufundowany na przekonaniu, że to nie kobieta, a „biały heteroseksualny mężczyzna” jest dzisiaj pozbawioną głosu ofiarą. Bazując na doświadczeniach nauk przyrodniczych, np. psychologii behawioralnej, starają się nazwać ewolucyjne procesy, które kierują zachowaniem kobiet i mężczyzn i na tej podstawie rzucić nowe spojrzenie na relacje pomiędzy oboma płciami.
„Redpillowcy”, „black-pillowcy” czy inne grupy lubią powtarzać, że nie tworzą ideologii, lecz prakseologię – dostarczają wiedzę, o której nie miała pojęcia Twoja nadopiekuńcza matka. Mówią o postawach, które dla świętego spokoju porzucił Twój nieobecny ojciec. Uczą nawyków spacyfikowanych w zdominowanym przez kobiety systemie edukacji. Wszystko po to, by z ofiary stać się samcem Alfa; kontrolującą rzeczywistość Sigmą, a przy okazji - oszczędzić sobie zgryzoty spowodowanej naiwnością wobec płci przeciwnej. Chcesz to bierz, nie chcesz – nikt nie zmusza. Tylko później nie płacz, że nie ostrzegaliśmy – zdają się mówić przedstawiciele ruchu.
Jednak nie da się ukryć, że red-pill pomimo wielu pozytywnych aspektów, posiada w sobie silny pierwiastek rewolucyjny. Przykładowo, redukcja relacji wyłącznie do płaszczyzny biologicznej sprawia, że związki postrzega się tam niemal wyłącznie przez pryzmat popędów. Nic dziwnego, że niektórym z łatwością przychodzi krytyka np. sakramentalnego małżeństwa, jako instytucji rzekomo zniewalającej mężczyzn i ograniczającej ich prawdziwy potencjał.
Część przedstawicieli „manosfery” twierdzi ponadto, że współczesny, „sfeminizowany Kościół” nie posiada dzisiaj odpowiedniej recepty na kryzys męskości. Więc jego przedstawiciele powinni powstrzymać się od oceny środowisk, które – jak twierdzą – pozwalają wyposażyć w zestaw narzędzi niezbędnych do przetrwania w czasach, gdzie wszystko wydaje się zwrócone przeciw mężczyznom.
Kościół „żeńsko-katolicki”
W części zarzutów rzeczywiście ciężko nie przyznać im racji. Przekonanie o feminizacji współczesnego Kościoła nie jest jedynie zewnętrzną obserwacją. Niejeden słyszał popularne powiedzenie o kościele „żeńsko-katolickim”, w którym standardem jest wikary otoczony wianuszkiem rozmodlonych kobiet. Pierwiastek żeński dominuje w grupach parafialnych, oazach czy duszpasterstwach. Kobiety coraz częściej aspirują do stanowisk przywódczych, starają się wpływać na funkcjonowanie parafii, poszczególnych grup, a dzisiaj nawet całych dykasterii.
Płeć piękna coraz mocniej rozpycha się w Kościele łokciami, przejmując role przysługujące tradycyjnie mężczyznom. Służą do Mszy, rozdają Komunię św., głoszą kazania i rekolekcje, a w samym Watykanie debatują nad możliwością wprowadzenia diakonatu, a nawet kapłaństwa kobiet. Taka dysproporcja w podejściu do płci, stanowi zaledwie niewielki ułamek szkód, jakie poczyniła w chrześcijaństwie rewolucja obyczajowa, wymierzona przede wszystkim w archetyp ojca i męża, jako filaru struktury społecznej.
W efekcie, nawet jeśli Kościół mówi o roli mężczyzny, w praktyce rzadko kiedy faktycznie uczy jak do niej dorosnąć. Poprawność polityczna prowadzi z kolei do sytuacji, w której nazbyt często przedstawiciele Kościoła abdykują również z roli przewodnika w budowaniu katolickiego związku. Powiedzieć dzisiaj, że mężczyzna powinien odgrywać w małżeństwie rolę decyzyjną zakrawa o herezję. A zacytować przy tym św. Pawła mówiącego, że żona ma być „posłuszna mężowi”, to jak wsadzić kij w mrowisko. Wszyscy pamiętamy jakie pomyje wylały się na głowę Jacka Pulikowskiego, doświadczonego eksperta ds. nauk o rodzinie, kiedy wojujące kato-feministki odkryły jego nauki.
Z kolei tak zwane „nauki” przedmałżeńskie to nierzadko nieśmieszny żart, sprowadzający się do jak najszybszego uzyskania niezbędnego papierka. Wiele do życzenia pozostawia również sam poziom prowadzących. Sam autor tego tekstu był świadkiem, kiedy świecka prowadząca, nie mogąc znaleźć doktrynalnego argumentu przeciwko antykoncepcji, odwołała się do kwestii ekologicznych (bo hormony przedostają się do kanalizacji i zatruwają wodę…).
Nic dziwnego, że mężczyzna przygotowujący się do sakramentalnego związku w zasadzie często jest pozostawiony samemu sobie. A potem wielkie zdziwienie statystykami: w ciągu ostatnich lat o 50 proc. spadła liczba zawieranych małżeństw katolickich. Miłość aż do grobowej deski ślubuje sobie dzisiaj zaledwie 70 tys. par rocznie. W tym samym czasie polskie sądy orzekają ok. 60 tys. rozwodów. Sam Kościół stwierdza również nieważność zawarcia 2,5 – 3 tys. małżeństw każdego roku. A do tego trzeba doliczyć pary będące ze sobą już tylko na papierze. Liczby są nieubłagalne; decydując się na stanięcie na ślubnym kobiercu, musisz liczyć się z 35-40 proc. szansą, że Wam się nie uda.
Kiedy ostatnio usłyszeli coś Państwo na ten temat z ambony?
Nic więc dziwnego, że jak grzyby po deszczu – albo właściwiej byłoby powiedzieć, jak kwiaty na łące – rozkwitają duszpasterstwa wyłącznie dla mężczyzn. W zdecydowanej większości jest to jednak inicjatywa świeckich, którzy zorientowali się, że bez wzajemnego wsparcia również ich związki, małżeństwa, rodziny, plany czy marzenia prędzej czy później runą jak domek z kart.
Na wzór Chrystusa
Nie oznacza to jednak, że Kościół nie ma na kryzys męskości żadnej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie – posiada najlepsze narzędzia do jego przezwyciężenia, z Jezusem Chrystusem na czele.
Pan Jezus uosabia bowiem wszystko to, kim powinien być prawdziwy mężczyzna. Dzisiaj tak wiele mówi się o potrzebie odzyskania przez mężczyzn kontroli; w pierwszej kolejności nad swoim życiem, a następnie w relacjach z innymi ludźmi. A czym jak nie przejmowaniem kontroli jest opanowywanie pokus, zamiast podporządkowania swojego życia popędom? Nade wszystko jednak Chrystus pokazał na czym polega istota męskości, czyli służba tym, którzy zostali nam powierzeni w opiekę.
Mimo, że w ogrodzie Getsemani prosił: „zabierz ode mnie ten kielich”, ostatecznie zrobił co do niego należało. W każdej sekundzie swojej męki mógł wybrać władzę, zejść z Krzyża, prosić o pomoc archaniołów, to jednak podporządkował wszystko w imię odkupienia rodzaju ludzkiego. Oto istota prawdziwej ofiarności, która jest w stanie – dosłownie – zmieniać świat.
Kościół katolicki dysponuje również mnóstwem innych wzorców; święty Józef „postrach duchów piekielnych”, święty Jerzy zabijający smoka, św. Ignacy Lyola, nazywany żołnierzem w sutannie, którego ćwiczenia duchowe przypominają reżim wojskowy, św. Michał Archanioł – pogromca Lucyfera…
Red-pill dużo miejsca poświęca analizie sposobu funkcjonowania kobiet, co jest jak najbardziej cenne i pozwala odrzeć idealistyczne projekcje z niebezpiecznych oczekiwań. Ale przerzucanie źródeł swoich cierpień na kobiety jest drogą donikąd i powielaniem błędu środowisk lewicowych, widzących winę wyłącznie we wszystkich naokoło. Chrześcijaństwo naucza z kolei, żeby zacząć od tego, na co mamy największy wpływ – od siebie. Oprzeć życie na Chrystusie i w procesie nieustannego nawrócenia zacząć okiełznywać bestie drzemiące w każdym z nas.
W jednej z ostatnich scen genialnego filmu „Gran Torino”, młody ksiądz wspomina Walta Kowalskiego (Clint Eastwood), weterana wojny w Korei, antypatycznego i szorstkiego twardziela, stanowiącego w filmie wzór nieokiełznanej, dzikiej męskości.
Powiedział mi kiedyś, że nie mam pojęcia o życiu ani o śmierci, bo byłem zarozumiałym, 27-letnim prawiczkiem, który trzymał za rękę przesądne staruszki i obiecywał im wieczność (…) Ale miał rację. Naprawdę nie wiedziałem nic o życiu ani o śmierci, dopóki nie poznałem Walta… i, o rany, jakże się wiele nauczyłem.
Kościół potrzebuje mężczyzn, tak samo jak mężczyźni potrzebują Kościoła. Tylko wtedy istnieje nadzieja na przezwyciężenie jednego z najpotężniejszych kryzysów współczesnego świata.
Piotr Relich







