Deglobalizacja Kościoła. Tyle katolicyzmów, ile kultur lokalnych?

Stolica Apostolska daje ogólny model, ale w szczegółach biskupi sami ustalają własną wersję Kościoła. Przykład Niemiec pokazuje, że w praktyce katolicyzm coraz bardziej właśnie tak wygląda.
Świeccy głoszą kazania
23 czerwca 2026 roku Stolica Apostolska zajęła stanowisko w sprawie głoszenia kazań przez świeckich. Dykasteria ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów podała, że świeccy nie mogą wygłaszać homilii podczas Mszy świętej. Homilia, tłumaczył wtedy prefekt Dykasterii kard. Arthur Roche, jest częścią liturgii – i jako taka musi pozostać w kompetencji kapłana. Nie należy dzielić Mszy świętej na sztuczne dwie części, liturgię słowa i ofiary; stanowią w istocie jedność. Dlatego homilię powinien wygłaszać ten, kto celebruje.
Kardynał Roche odpowiedział w ten sposób na prośbę, jaka wyszła wcześniej z Kościoła katolickiego w Niemczech. Aktualny przewodniczący niemieckiego episkopatu, bp Heiner Wilmer, złożył w Rzymie formalne zapytanie, prosząc o indult – czyli wyłącznie spod ogólnej normy. Chciał, by Watykan pozwolił świeckim w Niemczech na głoszenie kazań – po odpowiednim przeszkoleniu oraz na gruncie specjalnej delegacji od biskupa. Był to projekt Drogi Synodalnej, reformatorskiego ruchu kościelnego rozpoczętego w 2019 roku.
Rzecz miałaby historyczny precedens. Takiego indultu udzielono już Niemcom w latach 70. XX w. W określonych sytuacjach wygłaszanie kazań przez świeckich stało się wówczas możliwe. Później indult został jednak wycofany. Teraz Niemcy chcieli powrotu do stanu sprzed pięciu dekad.
Watykan jednak odmówił – i mogłoby się wydawać, że w tej sytuacji sprawa zostaje zamknięta.
Jest jednak zupełnie inaczej.
Reakcja Rzymu bez zastosowania praktycznego
Otóż prosząc o indult, Niemcy nie chcieli wcale wprowadzić do kraju nowej praktyki. Chcieli tylko zyskać możliwość upowszechnienia oraz legalnego umocowania czegoś, co już jest praktykowane.
Świeccy głoszą w Niemczech kazania i stanowisko Rzymu nic w tej kwestii nie zmienia. Dwaj niemieccy biskupi ogłosili publicznie, że nie zamierzają egzekwować watykańskiego zakazu.
Najpierw zrobił to biskup Moguncji, Peter Kohlgraf. Jak wyjaśnił, w jego diecezji kazania świeckich się zdarzają, a on nie chce tego penalizować. Przyjmuje taki fakt po prostu do wiadomości.
- W naszej mogunckiej diecezji trzymamy się kościelnego porządku, zgodnie z którym świeccy nie mogą głosić kazań. W praktyce ustaliło się jednak tak, że tu i ówdzie to się jednak zdarza. Nie będę tam tego zmieniać – powiedział portalowi „Katholisch.de”.
Jak wyjaśnił, z racji na stanowisko Rzymu on sam nie będzie promować kazań świeckich ani do nich zachęcać. Prawo kościelne na to nie pozwala, sytuacja jest więc jasna. - Mimo wszystko jest tak, że w niektórych wspólnotach wygłaszanie kazań przez świeckich jest u nas normalne. Kiedy się o tym dowiem, nie będę sięgać po środki dyscyplinarne ani też tego prawnokanonicznie sankcjonować - stwierdził.
Innymi słowy: biskup nie wspiera kazań świeckich, ale jeżeli w jakiejś parafii takie rozwiązanie zostaje przyjęte, to on ten stan rzeczy po prostu akceptuje, niezależnie od stanowiska, na którym stoi Rzym. Sytuacja jest dość absurdalna, bo przy teoretycznym poparciu prawa powszechnego, biskup daje tak naprawdę zielone światło na to, by je obchodzić. Zatem skutecznie zawiesza działanie prawa.
Taka sytuacja panuje nie tylko w Moguncji. Kilka dni temu publicznie powiedział o tym przewodniczący Episkopatu, wspomniany Heiner Wilmer.
W rozmowie z portalem Kirche und Leben stwierdził, że w diecezji Münster, którą od niedawna kieruje, została wypracowana „pewna kultura” dotycząca kwestii głoszenia kazań przez świeckich. – Mam wielki szacunek wobec tej wyrosłej tu tradycji i odczuwam wobec niej głęboką wdzięczność - stwierdził.
Zapewniając, że szanuje też stanowisko Rzymu, zadeklarował podobny modus operandi, jak bp Peter Kohlgraf. - Jestem głęboko przekonany, że wspaniałe duszpasterki i duszpasterze w naszej diecezji znajdą dobrą drogę, by właściwie odnaleźć się w tych okolicznościach. Mam do nich duże zaufanie i jestem im wdzięczny za niesamowitą pracę i świadectwo - stwierdził.
Mówiąc krótko: żadnej reakcji, wszystko decyduje się na poziomie lokalnym.
Typowy model: Rzym patrzy tylko na oficjalne stanowisko
Ktoś mógłby powiedzieć, że to przykład na niemiecką bezczelność Rzut oka na historię relacji niemiecko-watykańskich pokazuje, że jest inaczej. To po prostu typowa rozgrywka. Watykan tak naprawdę nie jest zainteresowany tym, co dzieje się w Niemczech. Robią, co chcą, byleby nie ogłaszali tego zbyt oficjalnie.
Właśnie tak postępowano w innych sprawach. Na przykład błogosławienie par jednopłciowych. Niemcy błogosławią takie pary od wielu lat – oczywiście lokalnie. Na Drodze Synodalnej uznali, że trzeba byłoby to jakoś zalegalizować. Zanim poprosili o jakiś indult albo zmianę doktryny, Watykan zareagował.
W grudniu 2023 roku Dykasteria Nauki Wiary ogłosiła deklarację „Fiducia supplicans”, gdzie ustala się konkretne zasady:
- błogosławieństwo pary jednopłciowej jest możliwe, ale tylko spontanicznie, czyli bez wcześniejszego zaplanowania;
- nie może być osadzone liturgicznie;
- zabronione jest udzielanie błogosławieństwa w kontekście zawarcia związku cywilnego takiej pary;
- nie można też aprobować przy okazji samej relacji jednopłciowej
Co zrobili Niemcy? W maju 2025 roku biskupi wydali dokument „Błogosławieństwo daje siłę miłości”, uzupełniony później przez różne dokumenty diecezjalne. Efekt: błogosławieństw udziela się po wcześniejszym ich zaplanowaniu; są konkretne zestawy modlitw liturgicznych; błogosławieństwa otrzymują także pary żyjące w związkach cywilnych. Homoseksualizm uznaje się za zupełnie normalny, czyli akceptuje się relację danej pary jednopłciowej.
Reakcja Watykanu? Przez rok – brak jakiejkolwiek. Papież Leon XIV dopiero w tym roku został wprost zapytany przez dziennikarza, co o tym sądzi. Powiedział wtedy, że mu się to nie podoba, a kilka dni później Watykan publikuje dokument, z którego wynika, że Kuria Rzymska nie zgodziła się na takie postępki Niemców. Stolica Apostolska ogłosiła więc, że „co złego, to nie my” i uznała sprawę za załatwioną.
Jak Państwo widzą, model jest dokładnie ten sam: Watykan jest zainteresowany tylko i wyłącznie płaszczyzną formalną. Co dzieje się „oddolnie”, tego oczy Rzymu nie chcą widzieć.
Na tej samej zasadzie wprowadzono w Niemczech zgodę na antykoncepcję, Komunię świętą dla protestantów czy Komunię dla rozwodników. Jedynie w tej ostatniej sprawie Watykan uznał, że temat jest poważny… i Franciszek podjął próbę rozciągnięcia niemieckiego rozwiązania na cały świat (adhortacja „Amoris laetitia” z 2016 roku). Nie zrobił tego jednak na płaszczyźnie formalnej, posługując się raczej sugestiami i przekonując, że wszystko musi się odbywać… lokalnie, w dialogu penitenta ze spowiednikiem. Papież nie tylko zachował dotychczasowy „system” postępowania z niemiecką rewolucją progresywną, ale wręcz zaproponował go w tej kwestii już całemu Kościołowi.
W tym tekście piszę o Niemczech, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że to nie jest wcale osobny przypadek.
Tak jest wygodnie
W tych samych sprawach Watykan postępuje identycznie wobec Austrii, Szwajcarii czy Belgii. Decydujący wydaje się być po prostu układ sił. Jeżeli w danym kraju episkopat jest zasadniczo dość zgodny, to decyzje, które aprobuje lub toleruje większość, po prostu przechodzą – tak jak zgoda na kazania świeckich. Gdyby polscy biskupi wymyślili jakieś awangardowe rozwiązanie, pewnie mogliby je przeforsować, byleby zdusić wcześniej możliwy opór w kraju.
Watykan teoretycznie mógłby wszcząć z biskupami z Niemiec „wojnę” o kazania świeckich, chcąc egzekwować swój zakaz. Kuria Rzymska najwyraźniej doszła jednak do wniosku, że lepiej jest zostawić sprawy takimi, jakimi są. Jeżeli gdzieś na świecie jakiś oburzony biskup zapyta, dlaczego w Niemczech kazania głoszą również świeccy, Watykan wskaże na swoje formalne stanowisko i bezradnie rozłoży ręce, rozładowując w ten sposób oburzenie krytyka. Wilk syty, owca cała.
Oczywiście nie można wykluczyć tego, że w tej opowieści „wilków” jest więcej. To znaczy że w niektórych przypadkach decydenci w Watykanie tak naprawdę popierają niemieckie pomysły, tylko nie chcą się do tego publicznie przyznawać. W 2016 roku Franciszek przyznał się przecież do wsparcia Komunii świętej dla rozwodników i wiele go to kosztowało: w Kościele wybuchła wielka dyskusja, zaufanie do papieża zostało nadszarpnięte…
Zatem taktyka polegająca na sprzeciwie na poziomie centralnym, z jednoczesną biernością w przypadku lokalnych nadużyć, jawi się jako bardziej pragmatyczna niż wydawanie oficjalnych dekretów, ponieważ gwarantuje zachowanie spokoju.
Deglobalizacja Kościoła
Można to wszystko nazwać decentralizacją Kościoła w praktyce. W ramach tego modelu przyjmuje się, że w Kościele powszechnym są pewne ogólne zasady dla wszystkich, ale na poziomie lokalnym można je dość plastycznie dostosowywać do własnych oczekiwań czy domniemanych potrzeb.
Tak rozumiana decentralizacja nie byłaby do końca zbieżna z analogicznym procesem we Wspólnocie Anglikańskiej, do którego w dyskursie publicznym porównuje się chętnie kształt współczesnego katolicyzmu. Anglikanie, zależnie od regionu, ustalają legalnie odmienne ramy funkcjonowania: jedni oficjalnie błogosławią LGBT, a inni nie – i tak dalej. W Kościele katolickim są teoretycznie tożsame zasady, przy jednocześnie wysokim poziomie tolerancji na ich ignorowanie.
By dobrze to naświetlić, można mimo wszystko sięgnąć po pewien anglikański termin, a mianowicie „broad church”, co można przetłumaczyć jako „szeroki kościół” (ew. kościół z otwartymi rękami). Wśród anglikanów na Wyspach istnieją dwa zasadnicze obozy, różniące się odniesieniem do katolicyzmu i reformacji: „high church” i „low church”, czyli kościoły „wysoki” i „niski”. „Wysoki” jest bliższy katolicyzmowi, a „niski” bliższy protestantyzmowi kontynentalnemu. „Broad church”, czyli „kościół szeroki”, stawia na tolerancję wobec różnych kierunków.
Dziś Kościół katolicki staje się właśnie takim globalnym „kościołem szerokim”. Przy zachowaniu pewnej pryncypialności doktrynalnej, w praktyce toleruje się najrozmaitsze drogi równoległe. To nie tylko niemieccy czy belgijscy progresiści; watykańską licencję na „własne” rozwiązania mają też pod wieloma względami Afrykanie czy Indianie.
Kościół katolicki w pewnym sensie poddaje się procesowi deglobalizacji. Coraz mniej jest uniwersalności, a coraz więcej podążania za kulturą lokalną. Kluczowe pytanie brzmi: czy uda się w ten sposób zachować przekaz prawdy – i czy długoterminowo przysłuży się to ewangelizacji?
Paweł Chmielewski







