Dekonstrukcja po katolicku: „American Psycho” – biblia nihilizmu na nowe tysiąclecie

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
AAAABVbVyksVQulFrDT6jWffBS1Hp6o_7gOnOKXoiaGFictgfph1G8Dkm7zawC1PwPRdNKAEO4ds9jLMKUK0asO3fUr3fQDi1hUda8kt.jpg
„American Psycho” – materiał promocyjny producenta

Suma wszystkich postmodernistycznych niegodziwości trzech dekad rewolucji kulturowej – tak można podsumować film American Psycho, w którym w rolę tytułowego amerykańskiego psychola wcielił się Christian Bale.

Rewolucja seksualna dokonała się już w latach 50. XX wieku, jak zwracał uwagę Pitrim Sorokin w swojej Amerykańskiej rewolucji seksualnej. Zatem słynny rok 1968 nie jest datą samej rewolucji, ale jej upowszechnienia w kulturze masowej. W tym roku przestał obowiązywać w Hollywood Kodeks Haysa, czyli przeforsowany przez katolicką Ligę Sprawiedliwości dokument obwarowujący zasady moralne, których twórcom kinowym nie wolno łamać. Na lata 70-90 przypada okres niezwykłego rozkwitu kina amerykańskiego, który jednocześnie jest etapem jego upadku, o czym piszę w tekście Słodki sen liberalizmu i epoka żywych trupów. Kiedy umarła popkultura?

American Psycho to film nakręcony w roku 2000, a więc u progu nowej epoki – epoki, w której w kinie na dobre rozgości się poprawność polityczna ze wszystkimi absurdami, parytetami i innymi zabiegami spoza sztafażu artystycznego, mającymi formatować naszą świadomość. Co ciekawe, po dziewiątej dekadzie XX wieku, gdy mężczyźni dominowali zarówno wśród filmowych protagonistów, jak i wśród reżyserów, za kamerą omawianego obrazu stanęła kobieta, Marry Harron, pochodząca na dodatek z Kanady.

Zróbmy to razem!

Co wyraża ten film? Powiedziałbym krótko: utaplany w artystowskim sosie bezsens liberalnej postmoderny, doprowadzony do ostatecznych granic. Pomysł co do zasady świetny, ale w mojej opinii zabrakło polotu, a Bale okazał się oryginalny (na pewno na tle innych swoich ról), ale nie dość wykorzystany.

Rzecz, choć nakręcona u progu nowego milenium, dzieje się za prezydentury Ronalda Reagana, a jego osnową jest estetyzowane szaleństwo. Od pierwszych ujęć widzimy pięknie wystylizowane potrawy w wykwintnej restauracji i słyszymy dźwięki muzyki klasycznej, ale szybko okazuje się, że w garniturach od najlepszych nowojorskich krawców siedzi czterech wulgarnych chamów, z których jeden ma się okazać psychopatycznym mordercą. Ale czy na pewno psychopatycznym...? 

Od niewieściucha do psychola

Styl zepsucia moralnego, jaki prezentuje American Psycho, można porównać do tego, który ukazał na kartach Quo vadis Henryk Sienkiewicz. Rzymianie epoki schyłkowej byli wciąż potężni, ale już zniewieściali (poświęcali godziny dziennie na dopieszczanie swojego wyglądu), a do tego skupiali się wokół zdegenerowanych elit, w których nie trzeba było być dobrym poetą, by zbierać oklaski. Podobna jest moralna konduita elit finansowych Nowego Jorku w Amerykańskim psycholu, zaś rola, jaką pełnią tam postmodernistyczna sztuka i jej „znawcy”, przywołuje w pamięci wiersze Nerona i reakcje jego klakierów.

Nasz (anty)bohater, Patrick Bateman, to 27-latek pracujący w firmie ojca i mieszkający w ekskluzywnym apartamentowcu w Nowym Jorku. Dba o kondycję i o wygląd, niczym kobieta, opowiada o tym, jakich używa kosmetyków, by zachować piękną skórę i tak dalej. Jest arogancki, próżny i pozbawiony wszelkich zasad. Uwagi na temat własnej urody i tego, gdzie najwykwintniej zjeść, przeplata refleksjami na temat ambitniejszej muzyki rockowej i przemyśleniami, które będziemy mogli nazwać filozoficznymi, o ile umieścimy je w okolicach „trzeciej prawdy” Józefa Tischnera.

Nie ma prawdziwego ja, tylko iluzoryczny byt – stwierdza bohater brylujący w towarzystwie, ale wewnętrznie wyautowany. Mówi o sobie, że choć jest podobny do innych ludzi, to go „po prostu nie ma”. Mówi, że nie jest człowiekiem, ponieważ nie ma żadnych uczuć poza chciwością. Na marginesie – tak jakby to uczucia (a nie rozum i wolna wola) były warunkiem człowieczeństwa (co jest częstym błędem w filmach) i tak jakby chciwość była emocją, a nie grzechem.

Czy jednak Patrick Bateman jest psychopatą? Czy ma uszkodzoną część mózgu odpowiadającą za współczucie? Być może, choć film jasno tego nie stwierdza. I to właśnie stanowi ciekawy trop. Bo zachowanie naszego protagonisty (będącego jednocześnie antagonistą?) wskazuje nie tyle na zaburzenia psychiczne, co na specyficzną przypadłość duchową.

Jak jest różnica pomiędzy depresją jako stanem chorobowym a acedią (o której mówili Ojcowie Pustyni, wskazując na jej moralne uwarunkowanie, jakim jest grzech lenistwa), tak wydaje się, że nasz Patrick nie jest zakładnikiem własnego szaleństwa, lecz popada w nie... z nudów. Lenistwo, pycha, próżność, niewypracowany samodzielnie dobrobyt, brak jakiejkolwiek cnoty (łącznie nawet z pracowitością), kompletna niemoralność obyczajowa (życie w związku „otwartym”) i przede wszystkim fanatyczny narcyzm – to cechy, których rozwinięciem staje się szaleństwo postaci granej przez Bale'a.

Gdy status finansowy i zanurzenie w pseudoelicie wyróżniającej się wyłącznie majątkiem i powierzchownym wyczuciem smaku nie narzucają człowiekowi konieczności praktykowania cnoty, człowiek staje się bogaty, przystojny... i zły. Będąc w tym punkcie Patrick Bateman zapragnął „mocniejszych” wrażeń.

W pewnych momentach wydaje się, że odzywa się w nim sumienie, ale – przecież on nie ma sumienia. Świat, w którym żyje, nie uznaje czegoś takiego, jak głos rozumu mówiący nam, co jest obiektywnie dobre, a co złe. W każdym razie podkreśla, że „nie umie nad sobą panować”. Jest ucieleśnieniem rozkiełznanych namiętności i grzesznych skłonności.

W końcu stwierdza: Moje cierpienie jest trwałe i dojmujące. Nie życzę innym, by nastał lepszy świat. Chcę, by moje cierpienie dotknęło innych, niech nikogo nie oszczędzi. Ale nawet ta świadomość nie przynosi katharsis. Kara wciąż mnie omija. Nie pogłębiam wiedzy o sobie. Moja opowieść nie wnosi nic nowego. Te wyznania nie miały najmniejszego znaczenia.

Tak liberalny świat, zanurzony w postmodernistycznej estetyce i filozofii życia, stwierdzam sam o sobie: To bez sensu. Ale czy próbuje sięgnąć po sens? A skądże! Przecież programowo uznał, że coś takiego nie istnieje! Musiałby przyznać, że jest coś transcendentnego wobec jego szaleńczych wizji, co jednocześnie zobowiązuje moralnie.

Jest scena, w której bohaterowie rozmawiają o problemach świata i Patrick zaczyna ni stąd ni zowąd pleść coś o „powrocie do tradycyjnych wartości moralnych”, potem o równouprawnieniu i innych sprawach z moralizatorskich nagłówków gazet. Gadają frazesy i przez chwilę udają, że się nimi przejmują, ukazując tym samym obłudną fasadę liberalnego świata.

Nawet sam porządek natury, z czymś tak elementarnym jak prokreacja, staje się pijanym widem człowieka wyabstrahowanego od własnej tożsamości. Kochanka Patricka w pewnym momencie zaczyna nagle bablać po niewiadomo jakich prochach: Chcę mieć dziecko. Dwoje idealnych dzieci. Tak jakby to dziecko miało być nową torebką albo nowym trofeum w towarzyskich wyścigach bądź erotycznych polowaniach.

American Psycho to manifest pseudo-elitarnego postmodernizmu, typowego dla niezakorzenionej w kulturze wyższej Ameryki. Młokosy w pięknie skrojonych garniturach równają do wyśrubowanych wzorców, zazdroszczą sobie nawzajem, są zmanierowani, ale jednocześnie słoma nie przestaje wystawać im z butów za parę tysięcy dolarów. Jest to film obrzydliwy, momentami wpadający w ton pornograficzny, ale bohater nie traktuje tej obrzydliwości jako guilty pleasure, lecz upaja się nią desperacko, tak jakby tylko ona mu pozostała. W tym sensie można powiedzieć, że jest to antyteza... Księgi Koheleta, gdzie natchniony autor stwierdza wprawdzie, że wszystkie sprawy tego świata są marnością, ale daje nadzieję, wskazując, że jednak jest coś dla człowieka na tym ziemskim padole, mianowicie pobożne wypełnianie obowiązków stanu i cieszenie się prostymi radościami życia, jak wino i pożycie małżeńskie. Omawiany film mówi: wszystko jest pozorem, kłamstwem i robieniem dobrej miny do złej gry (w tej grze zdaje się brać udział nawet śledczy tropiący naszego tytułowego mordercę), a jedyne, co nam zostaje, to dać upust frustracji poprzez świadome popadnięcie w szaleństwo.

Trudno powiedzieć, jaka intencja przyświecała twórczyniom tego dzieła (scenariusz reżyserka napisała wspólnie z Guinevere Turner), w każdym razie stanowi ona wymowny przykład tej ślepej uliczki, w jaką zapędziła się popkultura (i nie tylko) w XXI wieku.

Filip Obara

Zobacz także:

usa-1.jpg

Pięta Achillesowa Ameryki: fasadowa moralność i tyrania pornografii

Amerykanie cofnęli bieg Rewolucji, obalając powszechne „prawo” do aborcji w imię prawa naturalnego. Gdy Amerykanie bojkotują lewicowe firmy – powodują miliardowe straty. Ameryka jest ostatnim bastionem wolności obywatelskiej i ciągle dość powszechnej dumy z bycia państwem narodowym, a rządcy konserwatywnych stanów mają jeszcze odwagę dbać o dobro wspólne i mówić o Bogu. Ale – wszystko to diabli we...Czytaj dalej

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: